Weź się w garść / Justyna Luszyńska

0
574

Czasem myślę, że największe tragedie, jakich byłem świadkiem, działy się nie gdzie indziej, tylko w moim własnym zakutym łbie.

Wszystkie bóle, które przygwoździły mnie do łazienkowej podłogi, to nie te, które rozrywały mi skórę i łamały kości. Nie skaleczenia kazały mojemu ciału przywrzeć do zimnych płytek, ale cierpienie, którego nie potrafiłem wskazać.

I przez tyle lat wstyd mi było pójść do lekarza. Bo co, gdyby spytał mnie: „Gdzie pana boli?”. Gdzie mnie boli? Jak miałem wskazać palcem jedno miejsce, gdy bolało wszystko i wszędzie? I nigdzie jednocześnie?

Mój ojciec miał takie powiedzenie, gdy byłem mały… Niezależnie od tego, co się działo, gdy wreszcie zaszczycił mnie spojrzeniem, burczał jedynie: „Weź się w garść”. Nieważne, czy się śmiałem, czy płakałem, czy może siedziałem obok sztywno, próbując zjeść w spokoju obiad. Czasem zastanawiałem się, czy w ogóle pamiętał, jak mam na imię.

Mój lekarz mówi, że jestem, jaki jestem, częściowo po nim. Być może więcej wiedziałbym o sobie, gdybym i jego znał lepiej. A ojca częściej nie było, niż był. Czasem widywałem go rozanielonego, najszczęśliwszego na świecie, a czasem słyszałem jego płacz przez cienkie blokowe ściany. Całymi dniami leżał i płakał. Chlipał jak małe dziecko, które tylko w ten sposób może błagać o pomoc.

Matka mówiła, żebym nie zwracał uwagi. Kiedy balował, chowała wszystkie drogocenności. Kiedy upadał na samo dno, z początku wywalała go z łóżka, darła się na niego, składała ręce do nieba. Jej wrzaski niosły się po klatce schodowej.

Aż wreszcie coś się zmieniło. Przestała krzyczeć. Ojciec zniknął. Wrócił. Od tamtej pory codziennie stawała przed zamkniętymi drzwiami do sypialni, otwierała dłoń, na której leżały tabletki i tylko się w nie wpatrywała. Stała tak bez końca.

Myślała.

Co krążyło po głowie mojej matki? Nigdy jej o to nie zapytałem. Wieczność kończyła się zbyt szybko, żebym zdążył się odezwać. Kiedy w końcu nacisnęła na klamkę, wchodziła i zaraz wychodziła z pokoju, zakładała kurtkę, zapinała ją pod samą szyję, chowała do kieszeni klucze i rzucała szybkie: „Zamknij za mną”.

Podbiegałem do zamka, przekręcałem go i z sercem w gardle odwracałem się do pustego mieszkania, w którym niby poza mną jeszcze ktoś był, a jednak chyba już tylko duch. Siadałem czasem pod drzwiami do jego sypialni i nasłuchiwałem. Bałem się, że umrze. Że choruje śmiertelnie i pewnego dnia, gdy matka wróci z roboty, znajdzie w utytłanym łóżku zimne truchło. Modliłem się więc wszystkimi modlitwami świata, żeby ojciec przeżył.

„Weź się w garść”, powtarzałem. Nie wiem, czy do niego, czy do siebie.

Mam gdzieś chody, bo ojciec przeżył.

Wyszedł z łóżka. Znalazł nawet robotę. Matka, choć nigdy słowem się nie zająknęła, odetchnęła z ulgą. Lubiła te momenty, gdy szykowała się do pracy, a jego buty już nie stały przy wycieraczce, bo wyszedł przed nią. Kąciki jej ust drgały, jakby obawiały się przypomnieć sobie, czym jest uśmiech.

„Zamknij za mną”.

Nikt nigdy nie spróbował wytłumaczyć mi, że te ojcowskie radości, długi, krzyki i płacze, pojawiły się z jakiegoś powodu. Słowa „choroba psychiczna” nie przeszłyby przecież mojej matce przez gardło. Udławiłaby się nimi, tak samo jak ja się niemal udławiłem.

– Nie. – Pokręciłem głową. – Nieprawda. Coś pan źle zrozumiał.

Psychiatra, który do tej pory tylko coś notował, przeniósł na mnie spojrzenie zimnych niebieskich oczu.

– Tak pan uważa? – spytał.

Parsknąłem. To obłęd. Wiedziałem, żeby tu nie przychodzić. Wiedziałem, że jak już przyjdę, to mi coś znajdą. Tak właśnie działają lekarze. Człowiek jest zdrowy, dopóki do nich nie pójdzie.

– Wszystkie klepki mam na swoim miejscu – rzuciłem i złapałem się za kieszeń, pragnąc wyciągnąć papierosa, ale oprzytomniałem. W przychodni sobie nie popalę. – Pan chyba nie rozumie. Moi rodzice to normalni ludzie. Ojciec nie jest byle kim. Pracuje na kierowniczym stanowisku…

– Stanowisko czy wykształcenie nie mają znaczenia. Tak samo jak grubość portfela. Choroba nie wybiera, a pana ojciec się leczy, sam pan to przyznał.

– Nie powiedziałem panu na co.

Lekarz westchnął i odsunął od siebie klawiaturę. Oparł łokcie na chyboczącym się białym biurku i splótł palce obydwu dłoni. Patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć…

„Weź się w garść”.

– Z tym można żyć. Medycyna poszła do przodu, a leki nie powodują wielu efektów ubocznych. Nie otumaniają. Ta diagnoza… To nie wyrok, panie Naczyk. Tylko diagnoza. Terapia, farmakoterapia…

Mówił dalej, ale mogłem myśleć tylko o papierosach schowanych w lewej kieszeni mojej kurtki. Tylko o tym, że jak wyjdę z tego śmierdzącego detergentami, rażąco białego miejsca, będę mógł zapalić.

– Myślę, że się pan myli – wszedłem mu w słowo.

Facet opuścił ręce na kolana, po czym jednak uniósł je i rozłożył w powietrzu.

– Dobrze – stwierdził. – To całkiem prawdopodobne. Jeśli leki nie zadziałają, a pan nie poczuje się lepiej, będzie to oznaczało, że się pomyliłem.

Łypnąłem na niego. Jakbym obudził się z wyjątkowo durnego snu.

– To możliwe? – wydukałem. – Że się pan pomylił?

Pokiwał siwą głową.

– Choroby psychiczne działają inaczej niż fizyczne. Tutaj nie wystarczy zrobić badania krwi czy USG. Potrzeba bardzo dokładnej obserwacji, ale… Panie Naczyk. Niech pan da sobie czas. Epizody, o których pan mówił… – przerwał, gdy zgromiłem go spojrzeniem. – Powiedział pan, że nie ma już siły żyć w taki sposób. To pańskie słowa. Proszę dać lekom szansę. Co panu szkodzi?

Podsunął mi receptę, wziął w dłoń długopis i zaczął rozprawiać o tym, kiedy mam wziąć ile tabletek.

Wyszedłem z gabinetu, zatrzaskując za sobą drzwi i dopadłem do wyjścia. Wyciągnąłem z kieszeni receptę, zgiąłem ją w pięści i zamachnąłem się, żeby wrzucić ją do kosza.

Moja ręka zawisła nad górą śmieci.

A co, jeśli ja już nie potrafię wziąć się w garść? Co, jeśli utraciłem możliwość samodzielnego poskładania się do kupy? Co, jeśli najchętniej leżałbym w pokoju, dokładnie jak leżał mój ojciec, i płakałbym, bo boli… Boli, a nikt nie widzi gdzie i nie rozumie dlaczego.

Podniosłem rękę i znów ją opuściłem. Skrawek papieru zalegał w dłoni, jakby ważył tonę. Rozłożyłem go i wlepiłem spojrzenie w koślawe pismo lekarza.

– Idziesz?

Podskoczyłem i odwróciłem się do stojącego kilka metrów dalej renaulta. Ojciec. On mnie tu przywiózł. Nie wiedział tylko po co.

Schowałem kartkę głęboko do kieszeni i zbiegłem ze schodków. Wsiadłem do samochodu, zapiąłem pas i spróbowałem stopić się w fotelem.

Jechaliśmy w ciszy. Oczywiście wszystkie czerwone światła były nasze. Jasne, jakżeby inaczej. Niech ta droga ciągnie się w nieskończoność.

– We worki przyjmuje tylko psychiatra i ginekolog – odezwał się niespodziewanie ojciec. – Wydaje mi się, że możemy wykluczyć, że byłeś w tego drugiego.

Wmurowało mnie. Siedziałem dalej z nosem w szybie i wpatrywałem się uparcie w ludzi tłoczących się na przystanku. Byleby tylko się nie ruszyć i nie zdradzić, że cokolwiek słyszałem.

– Synu, weź…

– Tak, wiem. – Odwróciłem się do niego. – Wezmę się w garść. Wezmę się, tylko potrzebuję czasu, okej?

Brązowe oczy mojego ojca zmrużyły się, gdy uśmiechnął się smutno.

– Weź wykup te leki – dokończył. – Z kardiologiem byś się nie kłócił, nie? Tutaj też się nie kłóć.

                                                    Justyna Luszyńska

J. Luszyńska – autorka, anglistka. Porzuciła pracę w szkole i zamiast nauczać angielskiego, remontuje kampera, którym chce wyjechać w świat, pisze książki oraz prowadzi swoją stronę (www.pisadlo.pl). Uczy się o pisaniu, a zdobytą wiedzą dzieli się na Instagramie (@j.luszynska).

W 2023 premierę miała jej powieść pt. „Łączy nas nienawiść”.

Obraz wyróżniający: pexels-vijay-sadasivuni-4406406.jpg