W podróży do Z. / Piotr Kotlarz

0
330

Co mnie podkusiło, by wczoraj nastawić ten cholerny budzik? Do diabła! Niech sobie dzwoni, zaraz przestanie. O, już. Przecież dziś niedziela. Świeci słońce, chyba będzie łądny dzień. Niedziela, to śmieszne, już od roku był na emeryturze, a wciąż nastawiał budzik, ciągle odliczał dni.

Wstanę – pomyślał – to bez sensu tak się wylegiwać, wieczorem znów nie będę mógł zasnąć. Powinienem pojechać na działkę… Pogrzeb, otwarte trumny… twarze Krystyny i Adama.

Zginęli przed trzema laty i od tamtego czasu coraz rzadziej odwiedzał działkę.

Adam… Zakopane, wyprawa na Omak. Mazury, wspólnie budowany jacht.

Adama już nie ma. Krystyny też.

Nie spotka już Adama na sąsiedniej działce. Od czasu ich śmierci bywał tam tylko czasami, w niektóre niedziele. Bo i z kim rozmawiać? O czym?

Wstanę, szkoda dnia.

Wstał, przeszedł do łazienki. Umył się, sprawdził zarost. Początkowo chciał zrezygnować z golenia, a jednak ogolił się.

Łączyło ich coś więcej niż nas za przyjaźń? Ludzie zawsze coś plotą. Idąc na działkę musiał przechodzić obok działki państwa Z-skich. Plotkarska rodzina. Co ich obchodzą moje sprawy? Adama i Krystyny już nie ma. Co ich obchodzą…? K-wscy byli z kolei zbyt młodzi. Hałaśliwi i wciąż mają gości. Nie, doprawdy nie ma po co jeździć na działkę. W kuchni nastawił wodę i wrócił do pokoju. Nie zdążył się ubrać, gdy zaczął gwizdać czajnik. Nie dopiął koszuli, przeszedł do kuchni i wyłączył gaz. Zaparzył herbatę i wrócił do pokoju. Dopiero tam zapiął guziki. Popijał herbatę. Włączył radio. Denerwowało go, wyłączył je. Podszedł do wiszącej na krześle marynarki. Z jej bocznej, prawej kieszeni wyjął klucze od domu, z lewej kluczyki od samochodu i portfel, następnie podszedł do szafy, wyjął z niej sweter i trzymając to wszystko w ręce wyszedł z mieszkania.

Zamknął drzwi. Później sprawdził, czy zamknięte. Windą zjechał na dół.

Przed domem, pośród wielu innych, stał i jego samochód. Wsiadł, włożył kluczyki do stacyjki, włączył radio i ruszył w kierunku działki. Słuchając radiowej listy przebojów (nie lubił współczesnej muzyki) przejeżdżał przez miasto. Skoncentrowany ma manewrach (co za dureń, przejścia nie ma. Ty ośle, jak wyprzedzasz? Znów mam pecha, czerwone światło, nie myślał o niczym innym. Dopiero za miastem, gdy ruch był już nieco mniejszy, pomyślał o Adamie. Przypomniał sobie pogrzeb, później stypę.

– To wszystko nie ma sensu. Bezsens. Dlaczego akurat teraz. Właśnie teraz, gdy wszystko miało się dopiero zacząć? Dlaczego? To nie ma sensu.” – powtarzał bez przerwy Paweł, wspólnik Adama.

Miał rację, śmierć Adama, jego śmierć właśnie wówczas, rzeczywiście nie miała sensu. Ale, czy kiedykolwiek ma? Na rok przed wypadkiem Adam otrzymał właśnie upragnione mieszkanie, awansował, został kierownikiem pracowni. Rok wcześniej będąc we Francji załapał niezłe fuchy i przywiózł Alfa Romeo. Żona Adama była w siódmym miesiącu ciąży. Ta śmierć naprawdę nie miała sensu. Śmierć Adama… A Krystyny? Czy w ogóle jakakolwiek śmierć ma sens? Dlaczego wciąż myślami wracał do tego wypadku? Czas zapomnieć. Przez chwilę nucił w tak słyszanej w radio melodii. Później wyłączył radio, jeszcze później zauważył, że minął już drogę skręcającą na działkę. Jechał w kierunku Z. Powinienem odwiedzić Staszków, aż dziwne, ze tak dawno u nich nie byłem, pomyślał, ale dopiero wówczas, gdy mijał kolejne skrzyżowanie. Nagle zauważył stojących na poboczu autostopowiczów. Oczywiście nie miał najmniejszego zamiaru zatrzymywać się. Mimo to stanął. Czekał.

– Dzień dobry. Czy jedzie pan w stronę A.?

– Dzień dobry. Tak

– Możemy się zabrać?

Zamiast odpowiedzi otworzył drzwi. Wsiedli, zajęli miejsca.

– A już myśleliśmy, że pan, tak jak ci poprzedni, pojedzie dalej – zaczęła dziewczyna.

Autostopowiczów było czworo. Dwie (jedna ruda, druga blond) dziewczyny i ich partnerzy. Mieli po około dwadzieścia trzy, może pięć lat. Poznali się w czasie studiów, właśnie je ukończyli i dlatego wybrali się na ten pożegnalny auto-stop. O tym i o wielu jeszcze innych sprawach z ich życia dowiedział się w trakcie wspólnej podróży już w ciągu pierwszych piętanstu minut.

Skończyli państwo studia i co dalej? – spytał, choć właściwie wcale go to nie interesowało. Przez chwilę żałował, że się zatrzymał, a nawet, że w ogóle postanowił jechać do Z. Zawsze lubił samotność. Jego zamiłowanie do samotności wzrosło jeszcze bardziej od czasu wypadku. Drażniła go nawet obecność sąsiadów w domu, czy na działce, drażniły wizyty syna, który przychodził i zamęczał go swoimi sprawami. Lubił samotność, a tymczasem zgodził się na towarzystwo, w tej bezsensownej podróży. Towarzystwo czworga młodych i zupełnie mu nieznanych osób.

– Andrzej wyjeżdża do Austrii. Jego kolega załatwił mu tam niezłą pracę. Jesteśmy architektami – powiedziałą rudowłosa, chcąc zapewne pochwalić się swoim partnerem.

– A jest pani pewna, że wróci? – spytał, lecz po chwili znów wolałby, by pytanie to nie padło, nawet nie przyszło mu na myśl. Mimochodem zerknął w lusterko i zauważył, że jej partner objął ją ramieniem, że uśmiechnęli się do siebie, że potrzebowali takich pytań, by jeszcze raz móc powiedzieć.

– Wrócę, oczywiście, że wrócę. A co bym tam robił? Mnie się tu podoba, potrzebuję tylko trochę forsy na początek. Tylko czy Agnieszka poczeka?

– Jak możesz – odpowiedziała oburzona.

Zauważył, że znów spojrzeli na siebie, że znów na ich twarzach pojawiły się uśmiechy wyrażające bezwzględne zaufanie.

A jaka to praca? – spytał. Nie chciał już ich drażnić. Każdy wiek ma prawo do swoich złudzeń. Po cóż im mówić, że często nie takie zapewnienia nie znajdowały pokrycia. Przecież oni byli szczęśliwi. Jakie miał prawo do tego by niszczyć, czy choćby podważać, ich wzajemne zaufanie? Zauważył że staje się coraz bardziej zgryźliwy. Dobrze, że choć w minimalnym stopniu panuje nad sobą.

– Kolega pracuje tam w pewnej firmie kreślarskiej. Kopiuje plany, można na tym nieźle zarobić. Tam płace są dużo wyższe niż u nas, a zarobek wydam właśnie tu. Planujemy z Agnieszką, że wybudujemy domek. Taki niewielki, pod miastem. Wie pan jak trudno jest u nas zdobyć mieszkanie. Rodzice Agnieszki już dwa lata temu kupili działkę. Całe szczęście, bo przy dzisiejszej inflacji musielibyśmy już zapłacić nawet kilka razy więcej.

– A czy nie żal panu studiów. Przecież by zostać kreślarzem nie musiał pan studiować aż pięć lat.

– Oczywiście, że wolałbym tam pracować jao projektant, ale przecież za rok wrócę i znajdę u nas pracę na miarę swoich możliwości. Choć muszę panu powiedzieć, że praca przy projektowaniu bloków, że zabawa w układanie klocków wcale mnie nie pociąga. Niestety wciąż brakuje na naszym rynku prywatnych inwestorów.

– A ja mam wrazenie, ze nasi architekci często właśnie tworzą takie mity, by usprawiedliwić swą indolencję. Przecież nie tylko w Polsce budowano wielką płytę, a zresztą i u nas są osiedla z wielkiej płyty, które nie odstraszają swą posępnością – właczył się do rozmowy jego kolega.

– No właśnie, a co pan planuje?

– Ja nie mam takich możliwości jak Andrzej. Ot, po prostu zachaczę się w jakiejś firmie.

– Łatwo ci mówić. Wy macie mieszkanie, a my musimy walczyć. Możliwości! Pracować przez rok za granicą, dusić tam każdy grosz, by później móc przyzwoicie mieszkać. Ty to nazywasz możliwościami?

– Przestańcie się kłócić – wtrąciła się do rozmowy siedząca z przodu blondynka.

W tej chwili z polnej drogi wyjechał na głowną zaprzężony w dwa konie wóz z sianem. Ponieważ droga, którą jechali obsadzona była z jednej i drugiej strony drzewami zauważył go dopiero w ostatniej chwili. Nacisnął na hamulec, zwolnił i z trudem udało mu się ominąć tę niespodziewaną przeszkodę.

– Cholera! Kiedy wreszcie zabronią tym chłopom wjeżdżać takimi wozami na główne drogi.

– Ale mieliśmy szczęście.

– Muszę stwierdzić, że nieźle pan prowadzi. Jest pan świetnym kierowcą.

Milczal. Cóż miał mówić? Czy właśnie w taki sposób zgięli Adam i Krystyna? Wpadli na drzewo. Może i im ktoś zajechał drogę? Adam był świetnym kierowcą, brał nawet udział w rajdach. Był świetnym kierowcą, a jednak zginął.

– Bzdura. Mieliśmy po prostu szczęście. Umiejętności są ważne, ale nie najważniejsze. Ja wierzę w los. Co komu pisane… Mój przyjaciel wspaniale prowadził samochód, a jednak zginął. On i moja żona. Los, tylko los.

Chwilę jechali w milczeniu. Młodzi nie wiedzieli w jaki sposób zareagować na taką wiadomość. On był coraz bardziej zły na siebie. Był zły na to, że zdecydował się na te podróż.

– Państwo wchodzą w życie. Jak słyszę, macie wspaniałe plany. Pięknie, lecz czy uwierzycie mi państwo, że na chwilę przed tym jak was zauważyłem, myślałem o śmierci. Właśnie o zupełnie bezsensownej śmierci mego przyjaciela i mojej żony. Byliśmy z Krystyną szczęśliwi, Adam też miał wszystko. Wspaniałą pracę, dorabiał do spólki z kolegą, podobnie jak pan dopiero zamierza. Zarobił nieźle we Francji. Wszystko było przed nim. I co? – spytał nieoczekiwanie, psując wszystkim do reszty nastrój. Był zły, niepotrzebnie ich zabrał i po co w końcu zadawał im te pytania? Dlaczego otwiera się wobec nich, zupelnie mu obcych ludzi? Nie oczekiwał odpowiedzi, a jednak jeden z młodzieńców odpowiedział.

– Ma pan rację. Śmierć zawsze szokuje. Może wydawać się bez sensu. Czy nie zauważył pan jednak, że zawsze jest aktem osobistym, nawet gdy ginie na raz wielu, zawsze jest przeżyciem tylko dla kogoś, odnosi się do jego świadomości? Później tak naprawdę pamięć pozostaje tylko wśród najbliższych. Mój o wiele ode mnie starszy przyjaciel spytał mnie kiedyś, czy nie zauważyłem, w jak dziwny sposób i jak szybko po wojnach ponownie wzrasta liczba ludności? Pana pytanie jest subiektywne, ja usiłuję znaleźć odpowiedź obiektywną. Śmierć zawsze będzie nas szokować, jeśli jednak spojrzymy na nią obiektywnie, to myślę, że przyjmiemy ją znacznie łatwiej.

– A jeśli dotknie któregoś z nas?

– Jeden z filozofów powiedział: „Gdy my jesteśmy, nie ma śmierci, gdy śmierć przychodzi, nie ma nas”. Może niezbyt dokładnie cytuję, ale istota jego wypowiedzi była właśn ie taka, śmierć nas nie dotyczy.

Zaskoczyła go swego rodzaju dojrzałość tej wypowiedzi, z drugiej strony rozumiał też witalizm młodości ich niezachwiany optymizm. Jak niewiele jeszcze wiedzą, myślał. Może jednak rzeczywiście za bardzo babrał się w sobie, za bardzo żyje pamięcią. Nie można wciąż żyć przeszłością, nawet, gdy się ma już tyle lat. Może to dobrze, że ruszył w końcu w tę podróż, że wyrwał się z marazmu i nawet to, że zabrał po drodze tę grupę autostopowiczów. W dole, obok drogi zauważył leżące na skraju lasu jezioro. Nie tylko zresztą on.

– Czy bardzo się panu śpieszy? – spytała blondynka.

– Nie, jestem już emerytem. Jadę odwiedzić przyjaciól. Dlaczego pani pyta?

Może zatrzymalibyśmy się chwilę. Niech pan spojrzy, jakie piękne jezioro. Aż żal marnować taką pogodę.

Zamiast odpowiedzi, skręcił w polną drogę w kierunku jeziora. Nigdzie przecież się nie śpieszył. W pobliżu brzegu jeziora zatrzymał samochód. Młodzi, może podświadomie, może tylko chcieli oderwać się od przykrej dla nich rozmowy, a może tylko z tego powodu, że rozpierała ich młodość, że wypełniał ich nadmiar energii, którą chcieli jak najszybciej wyładować, spowodowali, że sytuacja i nastrój uległy diametralnej zmianie. Szybko wyskoczyli z samochodu i pobiegli w stronę jeziora. Biegnąc zdejmowali spodnie, sukienki, bluzki i ze śmiechem, chlapiąc się wpadli do wody.

Wysiadł i on. Jak zwykle skrupulatnie pozamykał wszystkie drzwi i spacerkiem poszedł w kierunku jeziora. Usiadł na brzegu i obserwował zabawy swych przygodnych znajomych. Chciał zwrócić im uwagę, że moze odpływają zbyt daleko, że nie znają tej wody, jednak widząc, ze pływają swietnie, milczał. Czekał.

Wrócili. Pozbierali ubrania. Jedna z dziewcząt wyjęła z torby, którą zdążyła zabrać wyskakując z samochodu, ręcznik. Wytarli się i ubrali.

– No, możemy jechac dalej. Pan nie pływa? – spytała.

– Pływałem, lecz dziś jestem bardzo zmęczony. Miała pani rację, tu jest naprawdę pięknie. Będę tu musiał przyjeżdżać częściej.

Ponownie wsiedli do samochodu. W drodze do A. słuchał jak przekomarzali się ze sobą wspominając ostatnią przygodę. Powiedział im o swych obawach, gdy widział jak odpływali zbyt daleko. W A. Wysiedli. Rozstał się z nimi szczerze zmartwiony.

– Może się jeszcze spotkamy – powiedział. I chciał tego.

Dalsza droga do Z. przebiegała spokojnie, już bez przygód. Późnym popołudniem zatrzymał samochód przed domem Staszków.

W przyszłości musi częściej wyjeżdżać. Musi też pomyśleć o jakiejś pracy. Nie można przwcież bez przerwy siedzieć w domu lub na działce. Do końca można sie czegoś od życia spodziwać.

                                   Piotr Kotlarz

 

Obraz wyróżniający: Obraz Albrecht Fietz z Pixabay