Tłum / Alicja Wyjadłowska

0
510

Wdech, wydech. Wdech, wydech. Raz, dwa, trzy. Muszę zachować spokój. Wdech, wydech. Spróbuję myśleć o czymś przyjemnym. Za moment, za trzy przystanki, za cztery minuty wyjdę na powietrze. Wdech, wydech. Nic mi się tu nie stanie, muszę się uspokoić. Muszę zaufać temu naciskającemu na mnie tłumowi, on mnie teraz trzyma na nogach, on mnie poprowadzi do drzwi. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Raz, dwa, trzy. Wytrzymam. Dam radę. 

Prawdopodobnie wszyscy wysiądą na Wojska Polskiego, wtedy wysiądę i ja. Wytrzymam, jeszcze dwa przystanki. Dopóki nikt nie zemdleje, nikt nie zdejmie plecaka, nikt nie wychyli się, wszyscy będą bezpieczni. Nie wolno się wychylać. Grozi to chaosem, a chaos niszczy wspólnotę tłumu. Wdech, wydech. 

Został jeden przystanek, tłum się rozrasta. Nowi nie mogą zburzyć dotychczasowej współpracy, muszą współpracować. Odsuną się, jak reszta tłumu będzie wychodzić, jak przybędzie nowa część tłumu. Tak działa tłum.

Przystanek Galeria Troki. Połowa tłumu zmierza do drzwi, ja też, spokojnie. Wdech, wydech. Niesamowite, jak idealnie się synchronizuję. Lewa noga, prawa noga, lewe ramię do siebie, prawe odsunięte, lewa noga, prawa, lekki obrót tułowia, lewa, prawa… 

Brawo, jestem na przystanku. Mogę odetchnąć głęboko i być z siebie dumna.

Kolejna podróż tym zatłoczonym tramwajem, kolejny raz udało mi się to przeżyć i to bez trwałych uszczerbków na zdrowiu. Kolejny raz zapanowałam nad moim tracącym tempo oddechem, kolejny raz mówiłam sama do siebie, ciekawe, czy na głos, bo nie przyszło mi do głowy, aby zwrócić uwagę na twarze innych ludzi. Tłum nie patrzy na tłum, tylko go czuje. W końcu żaden człowiek nie widzi swojej głowy, ale za to czuje, że ją ma.

Wy, przeciętni ludzie, zatłaczający tramwaje wpół do ósmej rano. Gdzie jedziecie, dokąd zmierzacie? Raczej nie do pracy, skoro połowa z was to emeryci. Czego brakuje w waszym życiu, że decydujecie się z własnej, nieprzymuszonej woli na współpracę z tłumem, zamiast na działanie samemu? 

Nie rozumiem ludzi, naprawdę. Połowa z nich mogłaby pojechać za godzinę, wtedy jest pusto. Z jakiegoś powodu wolą jechać o tej barbarzyńskiej porze. Ale trudno im się dziwić. Od dzieciństwa jeden tryb – o szóstej pobudka, o siódmej dojazd do pracy, o czternastej obiad, o dziesiątej pójście spać. Czy ktokolwiek z nich miał odrobinę takiej szalonej fantazji, aby żyć inaczej, niż do tej pory? Aby się przeciwstawić temu, co do tej pory było standardem? Wątpię. Tłum ma ciasny umysł. Myśli według jednej kategorii, wszystko kładzie do jednej szufladki, z własnej woli staje się niewolnikiem przeciętności. 

Całe szczęście, że ja nie współpracuję z tłumem. Żyję według własnych zasad, stworzonych przez samą siebie. Dzięki temu jestem wolna, szczęśliwa, jestem sobą. Nie tracę swojej istoty.

***

– Musimy porozmawiać – mówi mama swoim nieprzyjemnym, szorstkim, raniącym zmysł słuchu tonem.

– Co się stało? – pytam zdenerwowana. Nadal ciężko oddycham, nadal jestem zestresowana, absolutnie każdy bodziec z otoczenia może stać się punktem zapalnym i wywołać katastrofę.

– Twojej babci jest bardzo smutno, że nie chcesz iść na studniówkę. – Jej głos rani mnie coraz bardziej. Ona widzi wyraźnie, że jestem obecnie kłębkiem nerwów. Robi to specjalnie, prowokuje mnie po to, aby potem mnie załamać ostatecznie. – Chcesz robić przykrość babci?

– Babcia musi sobie z tym poradzić, że jej wnuczka nie bawi się w takie normickie rzeczy – mówię, znajdując w sobie ostatnie pokłady spokoju.

Jestem nadzieją polskiej muzyki, kwiatem wśród beznadziejnej polskiej młodzieży. Ostatnio czytałam recenzję swojego najnowszego albumu i recenzent nie mógł się przestać zachwycać nad moimi niestandardowymi i głębokimi tekstami, moim wspaniałym wokalem, moją skomplikowaną i poruszającą wiele emocji muzyką. Nienawidzę zdemoralizowanych czasów współczesnych, chcę iść wraz z dobrym starym rockiem, chcę dalej nieść jego dziedzictwo w przyszłości. Nienawidzę zmuszania głupich dzieci do kupowania marzeń, obiecując im „najpiękniejsze dni w życiu”. Nic więc dziwnego, że na swoją studniówkę też nie zamierzałam pójść. Dlaczego miałabym? Nie jestem taka, jak moi rówieśnicy. Nie bawią mnie takie rzeczy. Mogę w ten dzień dać darmowy koncert, o. Jak mam już oglądać nietrzeźwy tłum, to na moim koncercie. Przynajmniej w tle będzie przygrywało coś pięknego, nieraniącego moich wrażliwych zmysłów.

– Normickie… – mówi mama ironicznie. – Nie nadążam już za tą waszą nowomową.

– Dyskoteki, szczególnie szkolne, są dla debili – odpowiadam najprościej jak umiem, tak, aby mnie zrozumiała bez możliwości błędnej interpretacji. – Idę spać. Jestem zmęczona.

– Ty naprawdę myślisz, że uciekniesz przed tłumem? Gdy będziesz tak stara jak ja, to zobaczysz.

Wychodzę z pokoju.

Słyszę za sobą jeszcze jakiś głos, ale zapobiegawczo wyłączam w sobie umiejętność znajdowania sensu w słowach i nie wiem, co on mówi. Wiem jedynie, że było to coś bardzo niemiłego.

Niestety, prawdziwi artyści zawsze mają ciężko za życia.

***

Będziesz budzić się wśród wrzasków!… – krzyczę śpiewająco do tłumu.

Bo tak żyją metale o brzasku! – rozdziera gardło tłum, znający tekst mojej najlepszej piosenki lepiej niż Biblię. – Czy ten dzieciak jest tobie wrogi, czy ma dziwnie wydziarane nogi? Łypie na ciebie krzywym okiem, łupie ci też ściana za rogiem!

Ludzie zgromadzeni pod sceną dawno stracili dla mnie jakiekolwiek elementy odrębności i samodzielności, stali się chaotyczną, chwiejącą się, migającą masą składającą się z bezbożnej ilości kolorów. Nawet osoby stojące najbliżej pozbawione są twarzy, wtopione są w jedność z resztą. Być może stało się tak dlatego, że dzisiaj nie wzięłam okularów. Jednak nawet bez nich widzę że tłum tańczy pogo. Rytuał hartujący ducha, mięśnie i współpracę. Odbicie o lewą osobę, odbicie o prawą osobę, odbicie o lewą osobę, odbicie o prawą osobę, upadek na ziemię, podniesienie przez prawą osobę, odbicie o lewą, odbicie o prawą i tak dalej, aż do wyzbycia się wszelkich negatywnych emocji, aż do wyzbycia się samodzielności. Bez osoby lewej i prawej nie zaistniejesz. Bez tłumu nie ma pogo.

Ale gdyby wybuchł tu pożar, od razu by ta wspólnota zniknęła. Już nie byłoby idealnego wsparcia, tylko usilne próby odzyskania indywidualności, powodujące jeszcze większy chaos. Już nikt nie podniesie cię z ziemi, jak upadniesz, tylko pobiegnie dalej, również upadając i zostając stratowanym. Ciemne oblicze tłumu. 

I właśnie to mnie przeraża w tłumie.

– Uwaga, pali się! – krzyczę.

Nagle tłum się porusza w niesystemowy sposób, zaczyna przypominać mrówki, których mrowisko właśnie zniszczono.

– Pali się! Pali się! – niby chaotycznie, ale jednak równocześnie odpowiada tłum.

Zanoszę się gromkim śmiechem, który odbija się echem o każdą ścianę sali.

– Żartowałam – mówię. – Stójcie spokojnie.

***

Goni mnie tłum.

Wydaje z siebie dźwięki, które łudząco przypominają moje imię.

Nie mam pojęcia, gdzie znikli moi koledzy z zespołu, gdzie się podział ochroniarz, ale zostawili mnie samą na całkowitą pastwę tłumu. Ten niebezpieczny, bezmyślny, niesamowicie szybki i otępiająco głośny kolor mnie goni a ja mam dwie opcje – albo uciekać, albo się z nim skonfrontować, co się łączyło z sztucznym uśmiechaniem się, pozowaniem, pytaniem o imię, słuchaniem, podpisywaniem, pamiętaniem szczegółów, mówieniem „proszę”, „dziękuję”, co było ponad moje siły. 

Lewa noga, huk asfaltu, huk tłumu, prawa noga, huk asfaltu, lewa noga, huk asfaltu, prawa noga, lecę niczym wiatr, nie stawiam oporu, powietrze ze mną współpracuje, moje ciało jest całkowicie opływowe, tłum huczy głośniej, boli mnie serce, wdech, wydech, muszę wytrzymać, słaby wdech, słaby wydech, jest coraz bliżej, zaraz mnie złapie, zielone światło miga, wbiegam na pasy, auta ruszają z lewej, z prawej, a ja ląduję niczym ciężki kamień w chodniku, tłum zostaje na lądzie, tłum zostaje zagłuszony przez silniki samochodów. 

Odwracam się lekko. Tłum stał nadal na chodniku, rozglądając się po ulicy i machając do mnie. Wdech, wydech, wdech, wydech. Muszę zejść im z oczu.

Biegnę dalej.

Gdy byłam już daleko, odwróciłam się i spojrzałam w daleką przestrzeń. Naszła mnie myśl, że chyba nie był to ten sam tłum, który pojawił się na moim koncercie, ale nie chciałam się nad tym bardziej zastanawiać, już utraciłam wystarczająco energii.

***

Po raz pierwszy w naszym pięknym kraju pojawił się szwedzki zespół Hrgtv. Odliczałam dni do tego koncertu już od dwóch lat, codziennie rano budziłam się z myślą, że jestem dzień bliżej do koncertu Hrgtv i dlatego warto żyć dalej. To mój ulubiony zespół, zdecydowanie niszowy, znany tylko przez zorientowanych ludzi, więc nie kupisz ich koszulek w sieciówkach. To właśnie Hrgtv mnie zainspirowało do założenia własnej kapeli i to ich muzyką się inspiruję. Ten niesamowity bas, sterylna perkusja, skomplikowane kompozycje gitarowe… Coś pięknego. Wierzę, że pewnego dnia sięgnę takiego ideału, jak oni.

A teraz ja stoję i chłonę ich muzykę całą sobą. Oni wszyscy, Erik, Karin, Pär, Rikard, Johan byli kilkanaście metrów przede mną, przed moimi oczami i nie było to żadne złudzenie, a najprawdziwsza rzeczywistość. Biorę udział w tym niesamowitym rytuale, którym był koncert Hrgtv. Po raz pierwszy w życiu czuję uniesienie religijne, taką błogość, szczęście i ukojenie, jakich szukałam ostatnimi czasy. Ciepło, bliskość opływa moje ciało, mam wrażenie, jakby ktoś dobry mnie przytulił i obdarzył opieką. Czy po koncercie będą rozdawać autografy? Błagam, niech rozdają, chcę od wszystkich podpis na mojej koszulce. I chcę zdjęcie z każdym. 

Nagle czuję jakiś denerwujący, wilgotny uścisk na kościach miednicy.

– I czego się pchasz? – warczę do osoby obok.

– Zamknij mordę – odparł typek obok mnie. Chcę go kopnąć w nogę, ale czuję opór.

Nie mogę. Moja noga jest całkowicie zablokowana.

– Możecie się uspokoić? – pyta ktoś obok.

– No, jak się przestanie pchać – odpowiadam. Chcę podnieść rękę.

Moja ręka również jest całkowicie zablokowana.

– Możecie się odsunąć? – pytam wrogo.

– No, ciekawe gdzie – odpowiada typek.

Próbuję gwałtownie odepchnąć tych ludzi, walcząc o swoją przestrzeń, ale typek popycha mnie na tyle mocno, że upadam na podłogę, czując, że zabieram na ziemię coś ze sobą.

Chcę się podnieść, ale zewsząd napierają na mnie czyjeś kości i mięśnie. Czuję na mojej twarzy i klatce piersiowej jakiś wielki ciężar, który całkowicie zasłania mi pole widzenia, który zagłusza muzykę i docierają do mnie tylko jakieś szumy. Ciemność, odurzające ciepło, brak powietrza.

Wdech.

Nie mogę wziąć wdechu.

Znowu coś stawia opór.

Wdech, wdech, wdech.

Nie dam rady. 

Wdech, wdech, wdech, wdech, wdech, wdech, wdech.

Ciemność.

Opór staje się coraz większy.

Wdech.

Wydech.

Udało się!

Światła z powrotem pojawiają się przed moimi oczami. Muzyka zaczyna się robić z powrotem głośniejsza. Ale nie podnoszę się z ziemi. 

Kończyny mam ściśnięte, skrępowane, nie muszę nimi ruszać, bo tłum robi to za mnie, kieruje mnie w dobrą stronę. Na nic nie patrzę, bo tłum patrzy za mnie, nie myślę, bo tłum myśli za mnie. Nie mam już żadnej cechy odrębności bo jestem tłumem, a tłum jest mną. Nie muszę już oddychać moimi marnymi, niedotlenionymi płucami, bo tłum to jeden organizm i oddycha całym swoim jestestwem. Uścisk na twarzy przestał być duszącą mnie przeszkodą, a jest ratunkiem. Nie istnieje już ani lewa, ani prawa strona, żadna granica, nikt nie wie, czyja głowa jest czyja, wszystko jest tłumem a ja w tym tłumie zatonęłam, przyjmując całą sobą jego ciepło, bliskość i spokój. 

                                                                Alicja Wyjadłowska   Gdańsk, 2023

 

 

Obraz wyróżniający: Obraz Kirill Foto z Pixabay