Oplecione wstążeczką / Laura Vin

0
233379

Mijał już drugi miesiąc upalnego lata w Warszawie. Optymistyczne błyski promieni słonecznych nie przyćmiewały jednak krzywd wydarzeń, które zdawały się nie ustępować, a jedynie na krótki czas dawały wytchnienie, by złapać oddech. Rzeczpospolita Polska świeżo po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. wciąż zmagała się z atakami bolszewików, a kolejna wielka zmiana dopiero miała nastąpić. Mało kto jednak zastanawiał się, jak w obliczu decydującej bitwy wyglądał świat przeciętnych ludzi w 1920 r.

Posterunkowego Brzezińskiego wybudziły z głębokiego snu odgłosy kłótni dobiegające zza okna. Świetnie – pomyślał – jeszcze nie udałem się do pracy, a już dostaję bólu głowy. Pomimo nie najlepszego rozpoczęcia dnia wstał i z ciekawością wyjrzał przez okno. Starsza pani z barwną chustą na głowie krzyczała na młodego chłopaka który sprzedawał gazety.

– Proszę mi to przeliczyć jeszcze raz, bo ja nie wiem, ile płacę! – upierała się staruszka.

– Z całym szacunkiem, najpierw dała mi pani za mało, gazeta kosztuje jedną markę, dlatego ośmieliłem się zwrócić pani uwagę, chyba pani rozumie, każdy grosz się liczy, mam pięć młodszych sióstr, ojciec pomarł na wojnie, jestem jedynym żywicielem rodziny – tłumaczył się chłopak.

– Ale co mi tu pan! Ja nie skąpię, ja uczciwa kobieta jestem! Ja po prostu nie dowidzę już, oczy nie te, co kiedyś – kobieta wystawiła rękę z garścią fenigów.

Chłopak odliczył z ręki kobiety jedną markę, podziękował i poszedł dalej krzycząc – ,,Kurjer Warszawski poranne wydanie dwunasty sierpnia!”. Staruszka stała jeszcze chwilę z zakupioną gazetą w ręku, po czym odwróciła się na pięcie i powolnym krokiem ruszyła w stronę ulicy Nowy Świat.

Brzeziński oderwał się od okna –  jeszcze spóźnię się do pracy przez jakieś uliczne nieporozumienia – pomyślał, nastawił w zardzewiałym rondelku dwa jajka, ukroił pajdę chleba i udał się do łazienki. Przemył twarz lodowatą wodą, aby lepiej się rozbudzić, powieki zareagowały od razu szerzej eksponując morski kolor oczu. Umył zęby i włożył mundur. Po wyczesaniu gęstych brązowych włosów grzebykiem powrócił do spożywania śniadania. Hałasy i krzyki zza okna ustały – chociaż tyle dobrego – pomyślał, po czym wziął do ust ostatni kęs chleba. Słońce przebijające się do wnętrza było dziś wyjątkowo jasne i ciepłe, zachęcające do spędzania czasu na dworze. Szkoda, że nie mogę sobie na to pozwolić, zresztą pora już wyjść do pracy – zasmęcił się Brzeziński. 

Wokół było nader spokojnie, zupełnie odbiegało to od porannych odgłosów.  Gołębie zasiadły cały dach kamienicy  tworząc białe pasmo obserwatorów. Posterunkowy cieszył się świeżym powietrzem mijając Cukiernię ,,A. Blikle”, z której wydobywały się kuszące zapachy. Przeszedł do końca ulicę Nowy Świat i zaraz za rogiem znalazł się już na komisariacie Policji Państwowej. Gdy szedł przez komisariat, witając się ze wszystkimi, podbiegła do niego Basia częstując świeżym pączkiem i kawą. 

– Nie uwierzysz Wiciu, kogo z samego rana przywiało nam na komisariat! Komisarz Orlik jest już cały czerwony, a wcale mu się nie dziwię bo to istny cyrk na kółkach! – zatrzepotała rzęsami sekretarka.

Basia była jedyną osobą w pracy, która zwracała się do posterunkowego po imieniu, w dodatku zdrobniale. Od czasów śmierci jego żony zmarłej trzy lata temu w wyniku osypania się budynku od pocisków nikt się tak do niego nie zwracał. Basia miała czarujący uśmiech, perłowe ząbki podkreślała czerwienią na ustach. Jej drobną buzię zdobiły duże, brązowe oczy, zawsze dociekliwe i czujne, a zarazem niezwykle zmysłowe. Filigranową sylwetkę podkreślała białą koszulą z guziczkami, dyskretnie eksponując dekolt z długimi perłami oraz granatową spódnicą z falbanam. Jej niepozorny wygląd uroczej sekretarki znacząco różnił się od charakteru. Potrafiła onieśmielać mężczyzn swoim inteligentnym poczuciem humoru. Często stawiała na swoim, butna i odważna, a zarazem szalenie mądra. Brzeziński nieraz myślał o niej jako o nowoczesnej kobiecie i chyba właśnie to sprawiało, że tak go do siebie przyciągała. Czasem umawiali się na kawę, jednak nie był jeszcze gotów, aby związać się z kimś po stracie Marysi. Zanadto obawiał się, iż znów kogoś straci w tych niepewnych czasach.

– Spójrz w stronę gabinetu komisarza – Basia wyciągnęła papierośnicę i poczęstowała Witolda – ta starsza kobieta przyszła tu jakieś 15 minut temu i nie chce wyjść, dopóki sam komisarz nie złapie złodzieja, który według niej wziął za dużo za gazetę! – zaciągnęła się mocno papierosem, po czym kontynuowała – wyobrażasz to sobie?! Według niej powinien wziąć jedną markę, a wziął o dwadzieścia fenigów za dużo, bo teraz brakuje jej w kieszeni.

Posterunkowy patrząc na gabinet komisarza Orlika od razu rozpoznał staruszkę z porannego incydentu, który go zbudził. Komisarz, ledwo opanowując głos od traconej cierpliwości, podjął kolejną próbę tłumaczenia kobiecie, że być może pomyliła się w rachunku i poprosił, by jeszcze raz sprawdziła swój stan pieniędzy w kieszeni. Stwierdził, że być może zgubiła ową monetę, a nawet jeśli chłopak sprzedający gazety wziął za dużo, nie jest w stanie mu tego udowodnić, a kwota jest niewarta wszczynania zamieszania.

– Nie wierzę własnym oczom – powiedział Brzeziński – uwierzysz, że byłem świadkiem całego zajścia jeszcze zanim wyszedłem z domu? Witold opowiedział Basi poranną sytuację; na jej twarzy malowało się zdziwienie i rozbawienie. 

– Babka po prostu słabo widzi, szkoda mi jej, bo nigdy nie jest pewna, czy ktoś jej nie oszukał, ale czy to powód, aby wybierać się do komisarza o 8 rano i żądać złapania rzekomego złodzieja o całe dwadzieścia fenigów? – skwitowała Basia.

– Wydaje mi się, że jest osamotniona i szuka atencji, nie wiemy, przez jakie rzeczy przeszła w ciągu ostatnich lat, a raczej każdemu z nas te czasy dały nieźle w kość. Cholera, dopiero dwa lata temu odzyskaliśmy niepodległość, a wciąż czujemy na karku oddech bolszewików, którzy ani myślą zostawić nas w spokoju. I to są sprawy, którymi powinniśmy się w tej chwili zajmować, jutro wielka bitwa, ale być może te dwadzieścia fenigów to dla niej kwestia przeżycia do kolejnego dnia? Myślę, że jako świadek sytuacji powinienem tam pójść i z nią porozmawiać. Chłopak od gazet jest niewinny, ale ona stąd nie wyjdzie, dopóki nie zazna sprawiedliwości – Brzeziński odszedł od Basi, zostawiając ją z miną pełną uznania dla jego wypowiedzi.

Komisarz Orlik miał twarz już niemalże koloru buraka, kiedy nagle ujrzał wchodzącego posterunkowego Brzezińskiego. 

– Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, ale usłyszałem o problemie siedzącej tu pani. Postaram się pomóc rozwiązać ten kłopot jak najlepiej potrafię, jeśli mi pani oraz komisarz pozwolą.

– Ależ naturalnie! To bardzo dobry człowiek i funkcjonariusz, z pewnością rozwiąże pani problem! – komisarz Orlik pomimo chorego kolana błyskawicznie wstał od swojego biurka, uciekając z papierosem w ustach i z wdzięcznością patrząc na Witolda za uwolnienie go od tej sytuacji.

Starsza pani nieufnie spojrzała na nową osobę, która pojawiła się w pokoju i nie odwzajemniła uśmiechu.

– Czy może mi pani jeszcze raz powiedzieć, co się stało, abym mógł rzetelnie ocenić sytuację? – udawał głupiego Brzeziński.

Pani Grażynka (jak się okazało) jeszcze raz ze szczegółami i nadmierną gestykulacją opisała zdarzenie, co raz to unosząc głos. Kiedy skończyła, z nadzieją wbiła wzrok w Brzezińskiego oczekując, że funkcjonariusz zrzeszy wszystkie siły do szukania młodocianego przestępcy.

– Bardzo cieszy mnie poczucie obowiązku obywatelskiego, zgłaszania kradzieży oraz chęć sprawiedliwości, jaką pani w sobie ma, to bardzo szlachetne pani Grażynko. Myślę, że najprostszym rozwiązaniem sprawy będzie wyrównanie pani tego w ten sposób – przesunął w stronę staruszki dwadzieścia fenigów – a ja osobiście dopilnuję, aby więcej nikt pani nie oszukał. 

Staruszka popatrzyła na monetę, schowała ją do kieszonki w kamizelce i odsunęła się od biurka wymownie patrząc na funkcjonariusza. Wtem usłyszeli brzdęk na posadzce. Oboje spojrzeli w dół, na podłodze leżało dwadzieścia fenigów. Pani Grażyna gorączkowo włożyła rękę do kieszeni, ale zamiast monet znalazła małą dziurkę. Natychmiast oblała się rumieńcem, podniosła monetę z podłogi, przepraszając za całe zamieszanie i wyszła. Basia, która wszystko obserwowała, w kilka kroków podskoczyła do Witolda.

– Kto by pomyślał! Od początku to podejrzewałeś, prawda? 

– Wiedziałem, że nie kłamie i naprawdę straciła pieniądze, ale wiedziałem też, że chłopak jest niewinny, to był jedyny sposób, aby się przekonać – nie ukrywał swojej racji Brzeziński.

– Może wybierzemy się razem wieczorem na premierę ,,Można zaczynać” w reżyserii Grodnickiego? Opowiesz mi po drodze więcej o tej swojej intuicji, a nie ukrywam cała się trzęsę z podniecenia i nerwów na myśl o jutrzejszej bitwie. Będę pomagać w szpitalach jako pielęgniarka, jak wiesz zrobiłam kurs w ,,Domu” obok Szpitala Czerwonokrzyskiego z inicjatywy Marii Tarnowskiej – spojrzała prosząco Basia.

– Z miłą chęcią – uśmiechnął się bez cienia wahania Brzeziński.

– Pamiętaj, aby przyjść trzydzieści minut po szóstej, spektakl miał się odbyć o ósmej, ale przecież wprowadzono dziś godzinę policyjną od dziesiątej wieczorem i przesunięto godziny seansów na wcześniejsze.

– Uwaga uwaga! – przerwał im komisarz Orlik zwołując cały komisariat w celu ogłoszenia ważnych informacji – jak wszyscy wiemy, przed nami jutro bardzo ważny dzień. Dostałem list od kapitana z wojska, iż udało się zrzeszyć na jutro siły z całej Polski, z różnych klas społecznych i obu płci, celem obrony naszej stolicy przed bolszewikami, co niezmiernie mnie cieszy. – zrobił krótką pauzę, po czym kontynuował – Jak wszyscy wiemy naczelnik państwa Józef Piłsudski powołał trzeciego lipca Radę Obrony Państwa, przy pomocy której udało się pomnożyć liczbę ochotników. Nie zapominajmy jednak, iż wciąż nasza liczebność jest mniejsza niż Armii Czerwonej, dlatego też pragnę tą przemową zagrzać was do sprawnego pełnienia swoich obowiązków, abyście nie tracili męstwa i ducha w obliczu naszego wroga!  Pamiętajcie, o co walczymy, nie poddawajmy się, albowiem jeśli to zrobimy ucierpi na tym nasz kraj, przyszłe pokolenia, a ofensywa przejdzie na Europę Zachodnią! – w oczach Komisarza Orlika zabłysnęły iskierki – Więcej niż połowa z nas za specjalną zgodą Komendanta Głównego Policji Państwowej Władysława Henszela trafiła do oddziałów broniących kraju. Reszta z nas natomiast zobowiązana jest do pozostania w służbie policyjnej, zgodnie z rozporządzeniem Rady Obrony Państwa z dnia trzydziestego lipca, celem stania na straży bezpieczeństwa wewnętrznego. Nie oznacza to jednak, że będziemy bezczynnie siedzieć! Przeciwnie, jest wiele zadań na naszych głowach, które musimy wypełnić, gdyż wielu kryminalistów korzysta z wynikłego zamieszania, rabując co tylko mogą, kwitnie nielegalny handel. Jest wiele rzeczy, które mógłbym wymieniać. Przekaz jest jasny – mamy co robić i musimy być podwójnie czujni w tym trudnym okresie!

Wszyscy na komisariacie z poważnymi minami zaczęli bić brawo i wznosić bojowe okrzyki.

*

Wracając do domu, aby odświeżyć się przed wieczornym wyjściem, Brzeziński obserwował idącą mu naprzeciw młodzież. Byli podekscytowani i głośno rozmawiali o nadchodzącej bitwie. Niektórzy z nich inaczej zaciągali słowa, być może województwo śląskie lub krakowskie – pomyślał – tyluż różnych ludzi przejechało wiele kilometrów, aby być właśnie tutaj i walczyć. Warszawa była dziś wyjątkowo tłoczna, jakby chciała przekazać, że dla nikogo obcego nie ma tu już miejsca.

Po drodze zaszedł do swojego przyjaciela Ezechiela, który mieszkał po sąsiedzku. Już pod drzwiami roznosił się charakterystyczny zapach papieru, skór i tuszu. Ezechiel bowiem trudnił się introligatorstwem. Brzeziński zapukał trzy razy.

– Proszę wejść! – krzyknął Ezechiel.

Witold otworzył wejściowe drzwi i ujrzał przyjaciela schylonego przy stole i perforującego kartki od książki. Długą, czarną brodą dotykał swojej klatki piersiowej. Na orlim nosie miał okulary z okrągłymi szkiełkami. Brakowało mu jedynie kapelusza na głowie, aby dopełnić wygląd typowego, żydowskiego mężczyzny. Wokół rozłożone były narzędzia, takie jak prasa belkowa, szywnica, bindy, nożyce i heble introligatorskie. Wyglądał na niezwykle skupionego, ale kiedy podniósł głowę i spojrzał na gościa, zmarszczki z jego czoła od razu znikły, a na ustach zagościł szeroki uśmiech.

– Kogo my tu mamy! Siadaj, zaparzę nam herbaty. Zwykle nie widuję cię u siebie o tej porze, chyba że wieczorem jesteś umówiony z Basią i przychodzisz poddenerwowany. Zgadłem i tym razem?

– Jak zwykle nieomylny – uśmiechnął się cynicznie Brzeziński.

– Mam coś dla tej twojej panny, na pewno się uraduje bo to istna nowość wśród nowostek. Otóż wykonywałem zlecenia kilku ważnych osobistości i dostałem w prezencie zbiór wierszy Leśmiana ,,Łąka” oraz ,,Hrabiego Emila” Nałkowskiej. Osobiście bardziej lubię prozę, dlatego zdecydowałem, że uraczę kogoś zbiorem wierszy, od razu pomyślałem o tej twojej Basi. Na pewno będzie wtedy w dobrych rękach, a i zobaczysz jaka ci wdzięczna będzie. 

– Nie jest jeszcze moją panną, ale dziękuję…

– Ha! Powiedziałeś jeszcze! I tutaj cię mam.

– Dobrze wiesz, co chciałem powiedzieć, a wracając …dziękuję, na pewno się ucieszy.

Po wypitej herbacie i wysłuchaniu rad Ezechiela na temat spotkań z kobietami, który tenże uważał za bezcenne, Brzeziński postanowił zmienić temat i zapytał o jego syna.

– Gdzie podziewa się Joachim? Zwykle pomaga ci jeszcze o tej porze.

– Nie dzisiaj. Dziś, bez względu na podziały religijne, żydowska młodzież udziela się na ulicach, pomagając w wielu dziedzinach. Joachim dołączył do swoich przyjaciół, rozdając internowanym żołnierzom żywność i papierosy. Dla nas ma to podwójne znaczenie, w ten sposób uświęcamy także Imię Boże, zwane u nas kidusz Haszem.

– Rozumiem i pochwalam, jestem dziś strasznie dumny z tego wszystkiego, co do tej pory widzę i słyszę. Jeśli wychodziłeś z kamienicy na pewno spostrzegłeś, jak odmienna jest Warszawa, jak wielu ludzi przyjechało pomóc, ulice są zatłoczone, aż łza się w oku kręci…

– Tak, doznałem podobnych wrażeń. 

Posiedzieli chwilę w milczeniu i skupieniu, po czym Brzeziński powiedział, że musi się już zbierać. Miał do swojego mieszkania zaledwie kilka kroków, toteż w mgnieniu oka znalazł się w swoim pokoju, zdejmując policyjny mundur. Odświeżył się i przebrał, zakładając jedną ze swoich lepszych koszul. Założył na nią kamizelkę i brązową, dłuższą marynarkę w delikatne paski. Spodnie w takim samym kolorze i wzorze były wyprasowane w kant. Do garnituru dopasował czarne, eleganckie obuwie i jasnożółty kapelusz. Całość dawała szykowny efekt.

Zaczął myśleć, co napisać Basi na pierwszej stronie zbioru wierszy. Wziął do ręki pióro. Droga Basiu, zaczął, mam nadzieję, że ilekroć weźmiesz do ręki ten zbiór, wywoła on na Twojej twarzy taki uśmiech, jaki pojawia się u mnie, kiedy Cię widzę. Witold.

Po ponownym przeczytaniu był zaskoczony samym sobą, iż ośmielił się na takie słowa, lecz czuł, że właśnie to chciał przekazać. Przewiązał zbiór wierszy czerwoną wstążeczką. 

*

Brzeziński czekał już na Basię pod kinoteatrem ,,Miraż” na Nowym Świecie 63. Spojrzał na zegarek – dobiegało dwadzieścia pięć minut po szóstej. Słońce leniwie zbliżało się do horyzontu Ziemi rozciągając po bezchmurnym niebie pasmo przesyconych, czerwonych i różowych barw. Powiewał przyjemny, chłodny wiatr dając ulgę od upalnego dnia. 

Basia przyszła na czas, ubrana w zwiewną, kremową sukienkę zakończoną frędzlami. Naturalnie podkreślała jej śniadą karnację. Na plecy zarzuciła ciemnobrązowe futerko z lisa. Nieodłącznym elementem dopełnienia kreacji była czerwona szminka na ustach, którą zdobiła się niezależnie od okazji i pory dnia. Włosy uczesała w gładkie fale, przepasane na czole białą opaską z piórkiem u boku. Oczy i brwi przyciemniła wyrazistym makijażem.

– Wyglądasz przepięknie – wybąkał Brzeziński po chwili wpatrywania się w Basię.

– Dziękuję – podała mu rękę zasłoniętą do łokcia koronkową rękawiczką – chodźmy,
bo przegapimy seans.

Na premierze pojawiło się bardzo dużo osób. Basi i Witoldowi udało się znaleźć ostatnie miejsca siedzące. Rozpoczął się pierwszy z dwóch aktów revue z prologiem Andrzeja Własty. Wszyscy ze skupieniem oglądali widowisko doceniając zarazem świetną oprawę muzyczną kapelmistrza Jaworskiego. 

– To jedna z moich ulubionych aktorek – szepnęła na ucho Witoldowi Basia, kiedy ukazała się Maria Bielecka – Machlejd – wcześniej występowała w „Halce” i tam pierwszy raz ją widziałam. Na scenie używa jedynie pseudonimu Bielecka. Uczęszczała do kijowskiej szkoły dram i zjeździła już kilka miast, dając występy, uzdolniona kobieta.

– Sporo wiesz, widzisz, ja nawet nie wiedziałem, jak się nazywa ta aktorka, muszę przyznać.

– Dlatego tak dobrze, że tu ze mną przyszedłeś – uśmiechnęła się Basia – po prostu interesuję się osobami, których występy mi się podobają.

Basia wyciągnęła papierośnicę, częstując Witolda. Mijał już drugi akt spektaklu. Na scenie przewijali się różni aktorzy, nawet sam reżyser Grodnicki. Wydawało się, że trwało to wszystko za krótko, kiedy ponownie pojawił się, tym razem w epilogu, Andrzej Własta. Po zakończonym i przyjemnym widowisku wszyscy bili gromkie brawa. Sala, tak szybko jak na początku zrobiła się pełna, tak teraz była już kompletnie pusta.

Brzeziński wraz z Basią po spektaklu udali się na spacer wzdłuż brzegu Wisły. Słońce było już tak nisko, że wyglądało, jakby topiło się w wodzie. Żartowali i wspominali różne zabawne sytuacje, jakie nieraz zdarzały się na komisariacie, aby zatuszować nerwy i emocje związane z jutrzejszą bitwą. W pewnym momencie, który Witold uznał za stosowny, wyciągnął spod marynarki zbiór wierszy i podarował go Basi.

– Nie wiem, co powiedzieć… – zarumieniła się Basia – dziękuję, uwielbiam poezję i uważam, że to bardzo romantyczny gest.

Zanim Witold się zorientował Basia przywarła do niego ustami. Oplotła ręce z koronkowymi rękawiczkami wokół jego szyi. Brzeziński objął ją w pasie, przyciągając do siebie. Stali tak wtuleni, namiętnie się całując, aż słońce zaszło całkowicie, a wokół zrobiło się ciemno. Niechętnie się od siebie odsunęli, zbliżała się godzina policyjna. 

– Odprowadzę cię do domu – postanowił Witold.

Kiedy znaleźli się pod mieszkaniem Basi na Powązkach, zostało kilka minut do godziny dziesiątej. 

– Nie masz wyjścia, musisz zostać u mnie na noc. Wybiła godzina policyjna – uśmiechnęła się Basia. 

– Chyba masz rację, będąc funkcjonariuszem nie mogę łamać prawa.

Rozmawiali do późna, chcąc jak najdłużej nacieszyć się swoim towarzystwem. W końcu zmęczeni usnęli, mocno do siebie wtuleni.

*

Po relaksującym wieczorze i miło spędzonej nocy, poranek był dla Witolda i Basi jak kubeł zimnej wody. Dotarła do nich powaga sytuacji związana z dzisiejszym dniem, w najgorszym wypadku być może widzą się teraz po raz ostatni. Basia naszykowała śniadanie i zaparzyła kawy. Kiedy nalewała napar do filiżanek trzęsły się jej ręce. Witold ujął jej dłonie i spojrzał w oczy.

– Spokojnie, wiem że to bardzo trudne, ja też się denerwuję, ale myślę że wszyscy dziś się tak czują, nie wiemy co się wydarzy. Zjedzmy to śniadanie w miłej atmosferze – starał się pocieszyć Basię.

Basia nieco się uspokoiła, uśmiechnęła i przysiadła obok. Jedli śniadanie, rozmawiając o wczorajszym spektaklu. Atmosfera ledwo się rozluźniła, kiedy przyszła pora, aby wyjść z mieszkania. Dzień był słoneczny, lecz nie tak upalny, jak poprzedni. W oczach przechodniów widać było strach, ale i determinację. 

– A więc to ta chwila, pora się żegnać… – posmutniała Basia.

– Basiu, proszę… nie używaj tego słowa ,,żegnać”. Rozstajemy się teraz na krótką chwilę, spełnimy swoje obowiązki i znów się zobaczymy. Wybierzemy się na kolejny seans…

Nie zdążył dokończyć. Basia rzuciła mu się na szyję przytulając i mocno całując. Nic już więcej nie mówili, gesty powiedziały za nich wszystko. Rozstali się i rozeszli, każde w inną stronę. Basia udała się do Szpitala Czerwonokrzyskiego, zaś Brzeziński na komisariat.

Idąc przez ulicę mijał tłoczne szwadrony policyjne i wojskowe, zmierzające w kierunku przedmieść warszawskich. Wszyscy dumnie kroczyli, z poważnymi minami, wyrażającymi świadomość celu, do którego dążą. Droga była ledwo widoczna spod tysięcy końskich kopyt, ludzkich stóp i kół wozów. Brzeziński wśród całego zamieszania rozmywał się na tle Warszawy jak mała mrówka. 

*

Do szpitala, w którym pomagała Basia, przybywało coraz więcej rannych. Był już dwudziesty sierpnia, choć i tak wszystkie dni wydawały się zlewać się w jedną całość. Niektórzy mieli tak poważne obrażenia, że byli w stanie agonalnym i już żaden cud nie był
w stanie ich odratować. Inni zaś mieli jeszcze szansę, przykładowo tam, gdzie pocisk ominął ważne organy. Rannych było jednak bardzo dużo. Pielęgniarki dosłownie biegały, starając się pomóc jak największej liczbie osób. Zaczynało brakować łóżek, pomimo wcześniejszych starań zapoczątkowanych ósmego sierpnia, jakimi były przewozy w specjalnych pociągach sanitarnych około trzech tysięcy pacjentów z całej Warszawy. Chorzy trafiali do szpitali w Krakowie, Poznaniu, Grudziądzu i Toruniu, aby zwolnić jak najwięcej miejsc na poczet bitwy.

W obecnej chwili Basia zmieniała opatrunki, przemywając żołnierzowi ranę po kuli
w prawym barku. 

– Teraz trochę zapiecze – poinformowała Basia, przykładając do rany zwilżoną szmatkę. Zanurzyła ją ponownie w miedniczce z wodą i powtórzyła czynność. 

– Ma pani bardzo delikatne dłonie… – uśmiechnął się żołnierz – prawie nic nie poczułem.

Z sali obok wyraźnie słyszalne były nieludzkie krzyki, spowodowane odbywającą się tam amputacją stopy jednego z rannych. W powietrzu unosiła się gęsta woń krwi, środków odkażających, potu i rozkładającego się mięsa. Sierpień wciąż był upalny i nie przyspieszał gojenia się ran, u niektórych występowała infekcja. Ludzie dostawali dreszczy, gorączki, a nawet sepsy kończącej się zgonem. Rany bitewne nie były jednak jedyną zmorą. Armia Czerwona wraz ze swoim natarciem przyniosła także wiele chorób zakaźnych, tworząc rozprzestrzeniające się skupiska epidemiologiczne. Do tych najbardziej zagrażających należały czerwonka oraz tyfus plamisty, które podstępnie atakowały żołnierzy na polach bitewnych. Basia nie dawała jednak za wygraną, starała się pomóc każdemu, choćby był w najgorszym stanie. Okropne widoki utwierdzały ją jedynie w przekonaniu, iż jest we właściwym miejscu niosąc pomoc.

Dni mijały Basi w szalonym tempie na ogromie pracy i makabrycznych widokach. Otuchy i motywacji dodawał jej nocami, w wolnych chwilach zbiór wierszy od Witolda. Codziennie czytała po jednym wierszu przed zaśnięciem, jeśli udawało jej się w ogóle zmrużyć oko. Bardzo chciała, aby był teraz przy niej. Nie mogła się doczekać, kiedy będzie po wszystkim i znów wybiorą się do teatru, choć w obliczu obecnego obrazu wydawało się to jak najbardziej nierealne i odległe marzenie, niczym absurdalny sen. Nie miała jednak pojęcia, że owe pragnienia pozostaną jedynie na płaszczyźnie jej wyobraźni. Nie spodziewała się tak tragicznych wieści jak ta, że czternastego sierpnia Witold został postrzelony przez bolszewików, kiedy wraz z innymi funkcjonariuszami jechali z zasobami żywności dla żołnierzy. Dowiedziała się o tym dopiero, kiedy po zakończonej bitwie wróciła na komisariat.

Nie było w Rzeczpospolitej człowieka, który nie cieszył się wygraną. Wszyscy wychodzili na ulice wiwatując i obsypując żołnierzy i dowódców kwiatami. Armia Czerwona została ostatecznie zatrzymana dwudziestego piątego sierpnia. Dla Europy Zachodniej miało to również ogromne znaczenie i było powodem do radości. Basia także nieopisanie cieszyła się ze zwycięstwa, jednocześnie jednak ogromnie ubolewając nad stratą ukochanego. Nieustępliwie nosiła przy sobie zbiór wierszy na znak upamiętnienia, a czerwoną wstążeczką, którą był przewiązany, przepasywała sobie nadgarstek. 

Laura Vin

Obraz wyróżniający: Bitwa warszawska – piechota polska w tyralierze. Autorstwa unknown-anonymous – Centralne Archiwum Wojskowe, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=58830537