Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku, by jednak ten uczynić trzeba wielu wcześniejszych przygotowań i co najważniejsze, dotrzeć do miejsca, z którego zamierzamy wyruszyć.

21 lipiec 2025 roku ok godz. 2.00. Dworzec w Ostrawie pawie pusty.

Przed dworcem w Ostrawie na przystanku trolejbusu spotykam Czecha, który wrócił z Polski, z Krakowa, do którego wybrał się paralotnią. Jak widać każdy z nas ma swoje preferencje rozrywki. Sympatyczny Czech bawił się paralotniarstwem już ponad dwadzieścia lat i nie uważał tego sportu za zbyt niebezpieczny. Dzięki jego informacjom próbowałem się dostać nad Odrę. Niestety, przesiadając się później na tramwaj pomyliłem przestanki i moja podroż trwała nieco dłużej.

Po dość długich poszukiwaniach, błądzeniu autobusami, trolejbusami i tramwajami, dotarłem wreszcie nad Opawę w Ostrawie. Właściwie nie wiedziałem, gdzie jestem, ale wiedziałem, że płynąc z prądem znajdę swój cel. Mogłem zakończyć dźwiganie ciężkiego plecaka i takiejże torby z kajakiem i resztą sprzętu.

Kajak przygotowany do spływu. Zaczynam.

To już Odra.

Po prawej, pierwsze ślady „wielkiej wody” w postaci powalonych drzew.


Mostów na Odrze po czeskiej stronie jest bardzo wiele. To bardzo uprzemysłowiony obszar Europy.

Elektrownia wodna na Odrze.

Elektrownia właściwie nie była oznakowana. Wcześniejsze spływy nauczyły mnie jednak ostrożności. Na czas dostrzegłem niebezpieczeństwo, dobiłem do brzegu, a później przez prawie 500 metrów przenosiłem kajak i resztę sprzętu.

Takich drzew na brzegu Odry jest bardzo wiele. To, poza wysokim brzegiem, najwidoczniejsze ślady wcześniejszych powodzi.

Kolejna elektrownia wodna i konieczność kolejnego przenoszenia. Wprawdzie wzdłuż Odry po czeskiej stronie były ścieżki rowerowe i widziałem dość wielu rowerzystów, to jednak sporty wodne nie były tu zbyt popularne. Tuż przed tą elektrownią trafiłem jednak na pomost, a później na podwórzu jednego z domów dostrzegłem kilka kajaków.

Kolejne mosty.




Sterta drzew naniesiona przez „wysoką wodę”, może pozostałość powodzi. Jej widok i myśl, że dalsza przeprawa może być dość trudna, wpłynęły na decyzję. Czas na pierwszy postój. Tym bardziej, że zanosiło się na deszcz, a miejsce po prawej stronie wyglądało na dość dogodne do biwakowania.

Następnego dnia kontynuuję spływ.
Po biwaku pozostały mi dwie refleksje. Po pierwsze, ponieważ padało całą noc, mogłem dostrzec, że mój namiot przesiąka. Uznałem, że w czasie postoju w najbliższym większym mieście, będę musiał kupić następny. Tym razem nieco lepszy.


Kilka chwil po minięciu tego wpływającego do Odry strumienia, złamałem wiosło. Wcześniej wielokrotnie nieco je nadużywałem, gdyż dno Odry na tym odcinku było często bardzo płytkie i kamieniste. Na szczęcie miałem drugie wiosło i mogłem płynąć dalej. Wówczas jeszcze nie myślałem, że może to być kolejny (po namiocie) znak.




Na tym odcinku pozostałych po powodziach, wyrwanych w ich czasie drzew, było bardzo wiele.
Niesiony dość silnym prądem rzeki zaplątałem się właśnie w taki gąszcz. Próbując się wyrwać musiałem w pewnym momencie użyć obu rąk. Wyrwałem się, niestety nie bez strat. Woda porwała mi wiosło. Pozostała mi jeszcze połowa drugiego i to bardzo krótka.
To już trzeci sygnał. Wystarczy. Uznałem, że nie będę dalej kusić losu.


Ostatni odcinek płynąłem pod prąd, „z wiatrem”. Był na tyle silny, że dmuchany kajak pozbawiony siły wioseł nie był w stanie mu się przeciwstawić. Próbowałem, pozbawiony wiosła, zakończyć swój spływ już wcześniej, ale dwa kilometry od mostu Olzie brzeg okazał się niezwykle bagienny. Zanurzałem się w nim prawie po pas.
Po znalezieniu przystani wyciągnąłem kajak na brzeg i zacząłem przygotowania do zakończenia. Nagle los zaczął mi sprzyjać. Napotkałem dwóch wędkarzy, jak się okazało spawaczy, którzy okazali się chętni przyjąć w prezencie kajak i resztę niepotrzebnego mi jednak sprzętu. Zgodzili się zabrać również zebrane w czasie podróży przeze mnie moje i cudze śmieci. Szacunek dla przyrody, jak widać, jest w naszym społeczeństwie dość powszechny.
Spacer w kierunku dworca w Olzie zajął mi niecałą godzinę. Pociąg do Katowic nadjechał już po dziesięciu minutach. W Katowicach na pociąg do Warszawy również czekałem stosunkowo krótko.
Na Odrę wrócę zapewne za rok, choć zapewne wybiorę już formę spływów zorganizowanych.
Moje przeczucie okazało się słuszne. Zaledwie dwa dni po powrocie do domu zachorowałem. Ostra biegunka, którą dopiero od wczoraj pokonuję. Warto zwracać uwagę na znaki i się w nie wsłuchiwać.
Piotr Kotlarz
Niniejsza praca (w tym wszystkie zdjęcia) jest licencjonowane na podstawie licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.





