Rozważania na marginesie rocznic związanych z Tadeuszem Kantorem

0
346

Rozważania na marginesie rocznic

związanych z Tadeuszem Kantorem

W historii kultury zaistniało w sumie bardzo niewielu twórców, którzy zyskali powszechny szacunek, których nie sposób pominąć wyliczając największe jej osiągnięcia. Kilku twórców antycznej Grecji, wkład Rzymian nie jest już tak jednoznacznie wielki. Artyści Indii, kilku Hiszpanów, Włosi, Shakespeare i kilku innych wielkich twórców brytyjskich (bo przecież znajdą się tu np. i Irlandczycy), Francuzi, Niemcy, Rosjanie, Chińczycy, Amerykanie. Można by tu wymieniać przedstawicieli wielu społeczeństw, a i Polaków: Chopin, Wieniawski, Ślewiński… Z każdego narodu zaledwie kilku, może kilkunastu twórców niezwykłych. Tak zaliczanych do tzw. kultury wysokiej, jak od pewnego czasu i należących do świata tzw. pop-kultury. Jimi Hendrix, Beatlesi… Za nimi rzesza naśladowców, epigonów, innych którzy też próbowali wnieść do kultury odrębny świat wartości… Nie wszystkim się to udało, choć w swoim czasie, za swego życia, osiągali nawet znaczące sukcesy. Najczęściej jednak giną, zostają w cieniu tych naprawdę wielkich. Wspominamy o nich nieco częściej tylko w chwilach ich rocznic.

Z drugiej strony, dziś w świecie, w którym dostęp do informacji jest aż tak wielki nie sposób ogarnąć dorobku naszej kultury choćby w jednej wąskiej dziedzinie. Na przesłuchanie całej twórczości choćby tylko kilkunastu wybranych kompozytorów mogłoby zabraknąć nam czasu. Kiedyś zwiedzając muzeum w Dreźnie (miałem na to tylko dwa dni), poczułem ogromną bezradność stając przed kolejnym, setnym… a może dwusetnym obrazem. Wszystkie zaczęły zlewać się w mej pamięci… Kontakt z nimi przestał być przyjemnością… nie dawał też satysfakcji poznawczej.

Zajmując się historią dramaturgii przeczytałem ponad tysiąc różnych dramatów … może i więcej. Pamięć jednak jest jaka jest, tylko niektóre z tych utworów pozostały w mojej pamięci na dłużej. Każdy z nich można odczytywać ponadto z różnych punktów widzenia… czytając po raz kolejny można dostrzec w każdym z nich jeszcze coś nowego. Czytając opracowania pisane przez różnych krytyków, recenzentów, literaturoznawców dotyczące różnych dramaturgów, zauważyłem, że często ich oceny bywały nawet skrajnie różne, że w tych samych utworach znajdywali zupełnie co innego, w każdym razie zwracali uwagę na inne ich aspekty.

Aż tyle uwag przed przejściem do właściwego tematu tego artykułu. To chyba jakaś próba asekuracji… obrony. Chcę napisać bowiem o twórcy wielkim, który już za życia wszedł do historii kultury… ale mam świadomość, że przecież nie jestem w stanie ogarnąć nawet niewielkiej części jego dorobku. Są bowiem ludzie tworzący nieustannie, wielcy kreatorzy… a przecież i my też wciąż tworzymy, a i odbieramy tak wiele. Aby kogoś poznać trzeba zjeść z nim beczkę soli, lub: by kogoś poznać trzeba być towarzyszem jego podróży. Jest wiele podobnych sentencji, które mówią nam jednak tylko jedno: nie jesteśmy w stanie poznać nikogo. Nie jesteśmy w stanie… tym bardziej, że na wszystko, na każdego również można spojrzeć z innego punktu widzenia… nic nie jest jednoznaczne.

A jednak odważę się, opowiem choć w kilku akapitach o Tadeuszu Kantorze, artyście, którego nigdy nie poznałem osobiście, ale który był jednym z największych twórców XX wieku.

W tym roku przypada 105. rocznica  jego urodzin i 30. rocznica jego śmierci, obchodzimy 40-lecie Cricoteki. To jednak tylko daty… nie one są tu ważne.

Kantor był malarzem, grafikiem, scenografem… twórcą teatru. Zwłaszcza to ostatnie określenie wymaga wyjaśnienia: Twórca teatru. Nie dramaturg, nie reżyser… w tym wypadku nawet nie scenograf, ale twórca teatru – teatru autorskiego, jedynego w swoim rodzaju. Ani przed nim, ani też po nim nikomu nie udało się stworzyć czegoś podobnego. Ktoś mógłby wspomnieć tu Szajnę, ale ich poszukiwania były różne. Wiem, że to co napiszę jest tylko skrótem myślowym, ale nie potrafię tego teraz wyrazić jaśniej: Szajna szukał inspiracji w szeroko pojętej kulturze (Cervantes), Kantor (jak i Gombrowicz) właściwie tylko w sobie. No właśnie, Witkacy, Gombrowicz, europejska i światowa awangarda sztuk plastycznych…

Tadeusz Kantor [pl.wikipedia.org/wiki/]

Dziwne są nasze ludzkie losy i w niezwykły wprost sposób przebiega nasz rozwój. Życie Kantora przypadało na czasy tragiczne. Urodził się podczas pierwszej wojny światowej, pierwsze znaczące kroki stawiał w czasie drugiej wojny. Z utworzonym przez niego podczas okupacji Teatrem Konspiracyjnym współpracowali m.in. Kazimierz Mikulski, Mieczysław Porębski, Tadeusz Brzozowski. Wspominam tu o nich, gdyż w okupowanym Krakowie, stolicy Generalnej Guberni, uczęszczali do Staatliche Kunstgewerbeschule Krakau (Szkoła przemysłu artystycznego). Uczyli tam polscy oraz niemieccy pedagogowie, a dyrektor Wilhelm Heerde (były student Bauhausu) sprowadził z Niemiec abstrakcyjne dzieła zaliczane do sztuki zwyrodniałej. Pretekstem Heerde miało być pokazanie studentom negatywnych przejawów sztuki abstrakcyjnej, w rzeczywistości studenci zapoznali się z awangardą, której wcześniej nie chciał im pokazywać konserwatywny Kraków.

Tu pojawia się dodatkowy temat… Kantor stworzył podziemny, niezależny teatr w warunkach okupacyjnych, w czasie gdy groził za to co najmniej obóz koncentracyjny, gdy okupant chciał, by Polacy – ich zdaniem podludzie – mieli tylko kulturę niską, splugawioną. To w takich warunkach kształtował się ten artysta… człowiek.

Środowisko Teatru Niezależnego składało się głównie z malarzy mających wówczas od osiemnastu do dwudziestu pięciu lat. Część z nich zaczęła studiować malarstwo jeszcze przed wojną, część uczyła się w zaimprowizowanej szkole malarskiej, istniejącej w czasie okupacji w dawnym gmachu Akademii. Do grona skupionego wokół teatru należeli: Brzozowski, Mikulski, Nowosielski, Kujawski, Kraupe, Skarżyński, Ali Bunsch, Cybulski, Kantor, Wenzel, Grochot (zginął w obozie) i Adam Hofman. kobiet: Srefa Rogalanka, Ewa Jurkiewicz, Zofia Gutkowska (studiowały malarstwo), Ewa Siedlecka miała mało czasu na grafikę, ponieważ musiała całe to towarzystwo w swym domu przyjmować, Lidia Krasicka studiowała muzykę. Mieczysław Porębski usiłował to wszystko jakoś uzasadnić. Wszyscy prawie stanowili zespół aktorski, do którego spoza malarzy doszli Marta Stebnicka, obecnie znana aktorka teatrów krakowskich, Krystyna Zwolińska, później profesor Wyższej Szkoły Filmowej, Nana Lauowa, malarka, Franciszek Puget, Jerzy Turowicz, później redaktor Tygodnika Powszechnego, Henryk Jasiecki uprawiający wówczas poezje oraz Alina Chwalibożanka1.

W eksperymentalnym Teatrze Konspiracyjnym odbyły się dwie premiery „Balladyny” Słowackiego i „Powrotu Odysa” Wyspiańskiego. Pierwsza z końcem 1942 roku, druga w lecie 1944.

Idąc śladem Witkacego, Gombrowicza…, a właściwie własną drogą Kantor podejmował ważne dla ówczesnych myślicieli tematy – ja człowiek, egzystencja. Jednostka. I na jego twórczość wpłynęła myśl egzystencjalistów. Dostrzegamy to w jego „Umarłej klasie”, dziele, które zapewniło mu poczesne miejsce w historii kultury. Późniejsze działa „Niech sczezną artyści”, „Wielopole, Wielopole” to miejsce utrwaliły.

To właśnie oglądając w wersji filmowej (rejestratorem spektaklu był Andrzej Wajda) „Umarłą klasę”, siedząc w pustej Sali kinowej wyłącznie w Wiktorem Musgrave, dla którego ten film specjalnie sprowadziłem z Warszawy do Gdańska w 1980 roku, uświadomiłem sobie, że nie zgadzam się z przekazem Kantora, uważałem, że jego przekaz jest pesymistyczny z tego powodu, że ujmuje on Człowieka w sensie jednostkowym, a przecież sensu życia powinniśmy szukać w Człowieku pojmowanym jako gatunek. Może zresztą się mylę, ale to przecież dzieło Kantora stało się inspiracją do takich moich przemyśleń.

Wiktor długo pozostawał pod wpływem tej projekcji, długo milczał – później stwierdził „To największy artysta naszych czasów”.

Ławki i manekiny – „Umarła klasa”2


Później powrót do wspomnień, młodości… też w perspektywie egzystencjalnej. „Wielopole. Wielopole”. Żyjąc wciąż coś tracimy. Nie każdy musi się z takim poglądem zgadzać. Trzeba jednak zrozumieć, że miał prawo tak sądzić człowiek, artysta dotknięty aż dwoma wojnami. I znów wrócę do wojny. Jej ślady, jej wpływ na pokolenie, które ją (je) bezpośrednio dotknęły był ogromny. Jakże można zapomnieć o takich okrucieństwach, wyprzeć z siebie takie ogromy zbrodni…? Jak może to zrobić tym bardziej artysta, człowiek przeżywający to wszystko całym sobą, każdym swym nerwem? Jakże może o tym zapomnieć? Nie można wyrzucić z siebie tych obrazów… one są w nas, stają się nami. Pozostają w naszej pamięci… chcemy je przekazać… to rodzaj traumy. Chcemy, musimy je przekazać, a przecież wiemy, że świat, że ludzie nie chcą tych wiadomości… chcą je z siebie wyprzeć… Artyści jednak pamiętają, wyrażają to… o czym… „Niech sczezną artyści”.

Jedną z ostatnich myśli Kantora było to, że: „Nigdy tu już nie powrócę”. Czy jednak musi powracać? Przecież wciąż jest, w każdym razie jego twórczość, jego działa pozostały…

Piotr Kotlarz

1 Por.: T. Kantor, Teatr Niezależny w latach 1942-1945, „Pamiętnik Teatralny” 1963, nr 1-4, s. 165.