Placebo / Magdalena Janiak

0
921

Zegar na ratuszowej wieży wybił godzinę czternastą. Był to znak dla pana Mateusza, że już pora na jego popołudniową herbatę. Zmęczony pracą kawaler odłożył ściereczkę i ułożył kryształowe soczewki na wystawie, jak gdyby były one najcenniejszymi wyrobami jubilerskimi. Cóż, nie odbiegało to znacznie od prawdy, bo niektóre z nich warte były jego całoroczną pensję, a nawet więcej. Popijając ziołowy napar, Mateusz rozglądał się po swoim warsztacie. Bawełniane polerki, lakiery i nabłyszczacze stały równiutko poustawiane na półkach. Idealny porządek był jednym z wymogów jego profesji. Mateusz zajmował się bowiem sprzedażą i konserwacją soczewek.

Miały one chronić oczy przed odkrytym w roku 2050 promieniowaniem UXC, emitowanym przez białe karły, które według badań lokalnego Instytutu Ochrony Zdrowia wywoływało halucynacje, mdłości oraz inne objawy chorobowe, stanowiące zagrożenie dla życia.

W związku z powyższymi faktami Rada Lustrzanego Wzgórza ustanowiła powszechny obowiązek instalowania soczewek w oczach swoich obywateli. Nie był to zbyt skomplikowany zabieg, lecz wymagał użycia specjalistycznych narzędzi, dostępnych tylko dla niektórych członków personelu medycznego. Choć ustawa została wydana dekady temu, wciąż obowiązywała. Dla mieszkańców Lustrzanego Wzgórza służba ojczyźnie i społeczeństwu była największą chwałą i zasługą, dlatego też Mateusz był bardzo dumny ze swojej pracy.

Żaden jego dzień nie różnił się od poprzedniego: wychodził z domu wpół do ósmej, o czternastej pił herbatę, a o osiemnastej wracał do siebie.

Mieszkał sam, dlatego też zdziwiło go to, że po powrocie z pracy ujrzał obcy płaszcz na wieszaku w przedpokoju. Mając za broń jedynie klucze do drzwi domu, drżącą ręką włączył światło w pokoju dziennym. Jego oczom ukazał się mężczyzna śpiący na jego kanapie. Opanowując z trudem lęk, podszedł bliżej, by przyjrzeć się intruzowi.

Był to młodzieniec mający najwyżej trzydzieści lat o kędzierzawych lokach, okalających bladą twarz. Po zapachu można było stwierdzić, że nie zażywał kąpieli od dobrych kilku dni. 

Nagle mężczyzna otworzył oczy. Przerażony Mateusz odskoczył od niego z niemal dziewczęcym piskiem i potykając się o własne nogi, upadł na podłogę. Zażenowany kompromitacją przed nieznajomym, nawet nie zwrócił uwagi na jego powitanie. Dopiero chrząknięcie przywróciło go do rzeczywistości.

– Nazywam się Ambroży Skałka. Najmocniej przepraszam za wtargnięcie – przedstawił się mężczyzna, wstając z kanapy. Mateusz jednak nie dbał o to wcale. Jego uwagę przykuło bowiem coś zupełnie innego.

– Nic się nie stało… ekhem… pan jest chyba… nietutejszy…

– Skąd ten pomysł? – zdziwił się Ambroży.

– Cóż, zauważyłem że nie ma pan zainstalowanych soczewek.

– Tak? Czy widzi pan w tym jakiś problem?

– I to jaki! W tym mieście jest to bezwzględny obowiązek każdego mieszkańca!

– Więc dlatego miałbym pozwolić na wywiercenie mi dziur w czaszce? Dziękuję, postoję. – parsknął Ambroży.

– Nie rozumie pan. Soczewki to konieczność, jeśli chce pan ochronić swoje oczy przed falami UXC. Poza tym, jeżeli Rada Miasta dowie się o panu, będzie pan miał bardzo poważne problemy! – zmartwił się Mateusz.

– Właśnie w związku z tym do pana przyszedłem. Szukam noclegu na trzy, może cztery dni. Czy byłby pan w stanie mi pomóc?

Mateusz zamierzał odmówić, jednak wyuczona za młodu gościnność zmusiła go do przychylnego skinienia głową.

– Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego tak się pan wzbrania przed tymi soczewkami. Przecież to dla naszego dobra! Rada Miasta tak zdecydowała!

– Panie… – zaczął Ambroży.

– Mateuszu.

– Panie Mateuszu, rozumiem pana obawy i może pan całkowicie zanegować moją decyzję, jeśli odpowie mi pan na jedno pytanie. Skoro te soczewki są tak niezbędne do życia, to jakim cudem przeżyłem całe trzydzieści lat, nie mając ich ani razu na oczach?

Na to pytanie Mateusz nie potrafił odpowiedzieć. Nigdy nie ośmielił się podważyć decyzji władz, lecz teraz pojawiły się w jego umyśle wątpliwości. Czy to możliwe, by Rada okłamywała obywateli?

Z zadumy wyrwał go głos Ambrożego.

– Jeśli pan pozwoli, udam się na spoczynek. Dobrej nocy życzę –  wychodząc zgasił światło, pozostawiając Mateusza w ciemnościach, sam na sam z kłębiącymi się w głowie myślami.

Około godziny szóstej rano Mateusza obudził brzdęk garnków, patelni i najprawdopodobniej zbitego talerza. Spanikowany wyskoczył z łóżka, gdy powróciły do niego wspomnienie z poprzedniego wieczoru. „No tak” – pomyślał – „Przecież już nie mieszkam sam”. Powoli udał się schodami na dół, spodziewając się najgorszego. Ku jego zaskoczeniu, nie było czuć woni przypalonej potrawy, a kuchnie sama w sobie wyglądała bardzo porządnie.

– Dzień dobry! Jak Ci się spało? Przygotowałem naleśniki. – wesoło zagadnął jego nowy współlokator.

– Dobrze. – odburknął Mateusz. „Szybko przeszedł na „ty”. Widać, że brak mu ogłady”. – pomyślał. Gdy zasiedli przy stole zapanowała niezręczna cisza. Mateuszowi to jednak nie przeszkadzało, wciąż główkował, czego tak naprawdę chciał od niego dziwny przybysz. Przecież nikt nie wchodzi do czyjegoś domu ot tak! Postanowił rozpocząć konwersację.

– Miło mi gościć kogoś, kto przyrządza tak wyborne śniadania, jednak wciąż nic o tobie nie wiem.

– Czyżby? Przecież znasz moje imię. – zażartował przybysz.

– Nie o to mi chodzi. Skąd jesteś? Dlaczego tu przybyłeś? Czego właściwie ode mnie chcesz? – gorączkowo wypytywał poirytowany Mateusz.

– Cóż, zacznijmy od początku. Pochodzę z Pobrzeża, niewielkiej wioski na Starym Kontynencie. Jestem tu… z powodów osobistych. A ciebie poznałem dzięki ogłoszeniu w gazecie!

– Hm?

– Ogłoszeniu o pracę! Z tego co zrozumiałem szukasz kogoś, kto mógłby naprawiać soczewki. Zgłaszam się na ochotnika!

– No nie wiem… A masz jakieś doświadczenie? – niepewnie zapytał Mateusz.

– Oczywiście! W rodzinnych stronach mówili na mnie „złota rączka”.

– Ale policja…

– Tym się nie przejmuj. Mogę pracować tutaj! Po prostu przynieś mi zepsute soczewki, a ja je naprawię!

– No dobrze – westchnął Mateusz – ale zaczynasz od dzisiaj – powiedział wstając z krzesła. Podszedł do szafki i po chwili zastanowienia wyjął z niej pudełko. Były w nim soczewki z różnymi uszkodzeniami: jedne były obtłuczone, inne wyblakłe lub zarysowane.

– Oto twoje zlecenie na dziś. – Mateusz podał Ambrożemu pudełko wraz z cenną  zawartością – Na razie wychodzę, ale wpadnę tu za półtorej godziny. Postaraj się naprawić choć jedną parę. Powodzenia – rzucił, zostawiając przybysza sam na sam ze stertą wadliwych soczewek.

Reszta dnia upłynęła Mateuszowi całkiem zwyczajnie. Już tego samego popołudnia znalazł kupca na używane soczewki naprawione przez Ambrożego. Była to niezbyt zamożna kobieta w średnim wieku. Potrzebowała soczewek dla dwunastoletniego syna. Większość ludzi, których nie stać było na zakup nowych soczewek w firmowym salonie sprzedażowym, nabywała je z drugiej ręki. Mateusz dobrze wiedział, że soczewki nie są trwałe. Aby spełniały swoją funkcję, użytkownik powinien je wymieniać co cztery lata. W perspektywie czasu jest to więc niemały wydatek.

Popijając herbatę Mateusz pomyślał, że zatrudnienie przybysza było rzeczywiście dobrą inwestycją.

Po powrocie do domu mężczyzna jak zwykle rozsiadł się na kanapie i włączył wieczorne wiadomości. Pogoda, wypadki, skandale. Nagle coś przykuło jego uwagę. Był to reportaż o pochwyceniu niepoczytalnego dziecka. W telewizji wypowiadała się jego matka. Mówiła, że chłopiec zachowywał się normalnie, do czasu zabiegu. 

Mateusz nie mógł uwierzyć własnym oczom. Przecież to była kobieta, której sprzedał soczewki!

– Ambroży! Zejdź tu natychmiast! – krzykną poirytowany.

– Czy coś się stało? – ziewnął młodzieniec.

– Ty mi to wyjaśnij! – wskazał na telewizor – ta kobieta twierdzi, że przez soczewki jej syn zwariował. Kupiła je u mnie dziś rano. To były te, które ty naprawiałeś. Dzieciak widzi rzeczy, których nie ma!

– Tak? A co konkretnie? – zaciekawił się Amboży.

– W tym momencie to nieistotne. Lepiej powiedz, co zrobiłeś z tymi soczewkami!

– Wszystko ci wyśpiewam, tylko powtórz mi, co widział tamten chłopak.

– Majaczył, że widział gwiazdy i jakąś „porzuconą wioskę” w alei Gustawa.

– Co w tym dziwnego?

– Jak to co? Przecież gwiazdy zgasły dziesiątki lat temu! Co do alei… tam nie ma nic, prócz starego muru. Nic ciekawego.

– Mhm, a więc wszystko idzie zgodnie z planem.

– Jak to? – zdziwił się Mateusz.

– Zaraz ci wytłumaczę. Poczekaj chwilę.

Ambroży udał się do pokoju gościnnego i po chwili wrócił z ogromnym plikiem papierów.

– To są instrukcje i plany budowy soczewek, które wykradłem z archiwum – zaczął tłumaczyć. – Niektóre z nich pochodzą z XXI wieku. A to – wyciągnął z kieszeni płytkę – jest nanoprocesor, który wymontowałem z soczewki. Jak myślisz, co on tam robił?

– Nie wiem, nie jestem informatykiem. Pewnie chronił źrenice przed szkodliwym promieniowaniem.

– Otóż nie. Tak się składa, że ma on łączność z bazą danych w siedzibie Urzędu Miasta. Osoby zarządzające serwerownią mogą za pomocą soczewek manipulować waszą wizją postrzegania rzeczywistości! Myślisz, że dlaczego zamknęli tego dzieciaka? Bo zobaczył prawdę i to dość niewygodną politycznie.

– To niedorzeczne! – wykrzyknął wzburzony Mateusz – Po co mieliby to robić?

– Aby zataić jeszcze większe niebezpieczeństwo. Mam dowody na to, że Lustrzane Wzgórze zostało wybudowane na ruinach innej cywilizacji, która upadła w wyniku katastrofy nuklearnej. Teren wciąż jest skażony.

– Ale przecież soczewki chronią przed promieniowaniem.

– To zwykłe placebo. Soczewki w niczym tu nie pomogą, są zbudowane z mikrokabli i kryształu. Bliżej im do monitorów niż do środków ochronnych.

– Sam nie wiem Ambroży. To zaszło za daleko. Gdyby ktoś się dowiedział o twoim „śledztwie”, uznaliby nas za wrogów publicznych.

– To niewielka cena za życie tych wszystkich ludzi. Wystarczy tylko zmodyfikować kilkaset soczewek. Czy nie chcesz, by byli bezpieczni?

Słowa Ambrożego wciąż wybrzmiewały w uszach Mateusza. Mężczyzna walczył sam ze sobą. Co powinien zrobić? Jedno było pewne, tej nocy nie zmruży oka.

Rankiem Mateusz jak zwykle wstał i przygotował się do pracy. Jednak zamiast do kuchni poszedł prosto do pokoju gościnnego. Tajemniczy przybysz wciąż jeszcze spał.

– Wchodzę w to – oświadczył.

– Co? – wymamrotał zaspany Ambroży.

– Mówię, że pomogę ci w twojej „rewolucji” – westchnął Mateusz. 

To było wszystko, co Ambroży chciał wiedzieć.

Dwa tygodnie później wydawać by się mogło, że życie Mateusza powróciło do normy. Wychodził z domu w pół do ósmej, a wracał o osiemnastej. Jednak popołudniami, zamiast pić herbatę, jak to miał w zwyczaju, zasuwał żaluzje w swoim biurze i wyciągał spod biurka pudło pełne soczewek do naprawy. Tego dnia, gdy zgodził się wspomóc przyjaciela zaczął studiować książki opisujące konstrukcję soczewek. Zmodyfikował już około czterysta par. Pieczołowicie rozwarstwiał je, wyjmował nanoprocesory i korygował pozostałe usterki. Następnie „naprawione” soczewki wystawiał na sprzedaż w bardzo konkurencyjnej cenie. Jego biznes kwitł, a efekty poczynionych zmian były szybko dostrzegalne u kolejnych użytkowników. 

Każdego dnia w wiadomościach było coraz więcej doniesień o ludziach, którzy postradali zmysły po zabiegu. Szpitale psychiatryczne pękały w szwach, a na ulice wyszli protestujący, których bliscy zostali zamknięci. Wielu z nich sprzeciwiało się brutalnemu traktowaniu chorych przez policję. Obywatele sprzeciwiali się obojętności Wysokiej Rady na nową sytuację. Coraz więcej osób domagało się wyjaśnień.

Wszystko zgodnie z planem. Prawie wszystko. Nieważne jak bardzo by się tego wypierał, Mateusz był tylko człowiekiem. Nie potrafił przewidzieć wszystkich konsekwencji swoich czynów. Gdyby było inaczej, może nie zdziwiłby go widok strażników Rady Miasta, czekających w jego biurze z nakazem aresztowania. Domyśliłby się, że Rada Miasta kontroluje wszystko i wszystkich. Podjęte śledztwo ujawniło, kto kryje się za ostatnimi wydarzeniami. Winą za nie obarczono Mateusza. Okrzyknięto go manipulatorem i wrogiem narodu. Wkrótce miał odbyć się jego proces.

Stojąc przed sądem skromny sprzedawca soczewek miał wrażenie, że grunt zapada mu się pod nogami. Prokurator odczytał akt oskarżenia. Wysłuchał. Świadkowie zarzucili mu winę za swoje tragedie. Wysłuchał. Ława przysięgłych krzyknęła „winny”. Wysłuchał. Sędzia miał ogłosić wyrok następnego dnia.

Wychodząc z sądu, Mateusz miał przed oczyma pełne pogardy spojrzenia krewnych i „przyjaciół” z pracy. Oni wszyscy byli za Urzędem. Nikt mu nie wierzył.

Ledwo trzymając się na nogach wrócił do domu. Już od progu zauważył leżącą na stole kartkę. Rozpoznał pismo Ambrożego.

„Drogi Mateuszu,

Jak zapewne zauważyłeś, zniknąłem z miasta. Policja Urzędu namierzyła mnie, więc musiałem uciec. Przyjadę po Ciebie jutro. Spakuj to co niezbędne i czekaj przy alei Gustawa. Widzimy się o 5.00.

Ambroży”

Mateusz po chwili oprzytomniał. Uświadomił sobie, że jutrzejszy wyrok może być wyrokiem śmierci. Jak dla jakiegoś zbrodniarza wojennego! Czy taka była zapłata za próbę pokazania prawdy? Całe życie ślepo podążał za słowami Rady Miasta. Czy nie byłby szczęśliwszy, gdyby tak zostało?

Wiedza jest darem, ale też ciężarem. Ciężarem, który przygniótł Mateusza. Choć tak wielu ludziom otworzył oczy, jego własne wciąż przykrywało przeklęte narzędzie. Uznał, że musi coś z tym zrobić, bo wciąż pozostanie pod kontrolą Wielkiej Rady – nigdy nie będzie wolny.

Mateusz znał procedury. Nie miał czasu do stracenia. Drżącymi rękami ujął pencetor i umieścił w oczodołach. Gdy urządzenie chwyciło za soczewki pewnym ruchem pociągnął, wyrywając je. Krew zmieszana ze łzami spływała po jego twarzy. Mężczyzna, nie zważając na przerażone spojrzenia sąsiadów, wyszedł przed dom. Krew i ból ograniczały jego pole widzenia, jednak on wpatrywał się w niebo. Ujrzał gwiazdy! Ach, te piękne gwiazdy! Dotąd tylko czytał o nich w książkach, lecz teraz widział je w całej swej okazałości.

Gardłowy śmiech wydostał się z ust Mateusza. Ukląkł na ziemi. Wpatrzony w to wszystko, już nie miał wątpliwości. Dopóki żyje będzie walczył. Nawet jeśli jest to walka niesprawiedliwa. Inaczej nic się nie zmieni. 

Magdalena Janiak

Obraz wyróżniający: AdobeStock 429170359. Do pobrania bezpłatnie.