Pępowiny / Piotr Kotlarz

0
512

Pępowiny.

Wyspa Sobieszewska odgrywa w tym opowiadaniu rolę zupełnie drugorzędną. Mógłbym nawet pominąć informacje o niej zupełnie, a powiązane z nią wydarzenia umieścić w zupełnie innym miejscu Gdańska. Postanowiłem jednak pozostać wiernym faktom, a przy okazji powiedzieć choć kilka słów o tym wspaniałym miejscu.

Wyspa ta stała się nią dopiero pod koniec drugiej połowy XIX wieku. To wówczas panujące na zagrabionym prawie sto lat wcześniej Polsce Pomorzu Gdańskim władze pruskie postanowiły zrobić przekop Wisły, chcąc uchronić Gdańsk i jego okolice przed nieustannymi wylewami tej rzeki. W wyniku tej jakże ważnej decyzji, dzięki pracy firmy Ph. Holzmann i spółka, z Frankfurtu nad Menem, tej samej, która prawie wiek wcześniej pracowała przy tworzeniu holenderskich polderów, które to prace zainspirowały Goethego do napisania Fausta. Tak powiększenie Holandii, jak i zmiana kierunku ujścia rzeki to wydarzenia zasługujące na to by o nich pamiętać. Od czasu zakończenia prac, Wisła nosząca w tym miejscu nazwę „Wisła Przekop”, zostawiając po drugiej stronie Mikoszewo, wpływa do Zatoki Gdańskiej w okolicach Świbna, a jej dawne ujście nazwano „Martwą Wisłą”. Pomiędzy nimi leży wyspa Sobieszewska, słynna choćby z najszerszej plaży leżącej nad Zatoką Gdańską, czy rezerwatu przyrody pod nazwą „Ptasi Raj”. Walory turystyczne tego miejsca wykorzystywano już w okresie Dwudziestolecia Międzywojennego, w powojennej Polsce turystyka wróciła tu w latach sześćdziesiątych.

Moi dziadkowie zamieszkali w Sobieszewie nad Martwą Wisłą w początku lat siedemdziesiątych. Ojciec, który był inicjatorem tej przeprowadzki przez lata próbował tu walcząc z wiatrem stworzyć niewielkie gospodarstwo ogrodnicze, budując kolejne namioty foliowe. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych postanowił, że i on włączy się w rozwój turystyki. Wybudował obok domu dziadków trzy niewielkie kampingi i postanowił, że otworzy stołówkę dla turystów – obiady domowe. Przekonał do swego projektu mamę, zainwestowali pieniądze i interes ruszył. Może i był to niezły pomysł na biznes, ale cóż, silniejsza od chęci zarobku okazała się jego dusza towarzyska, potrzeba kontaktu z ludźmi, lub mówiąc wprost – jego nałóg. Różnorodność turystycznego towarzystwa nie jest najwłaściwszym towarzystwem dla alkoholika. W takiej masie zawsze łatwo znaleźć bratnią, pokrewną duszę. Biznes po dwóch sezonach na skutek interwencji mamy został zamknięty. Garnki, talerze, talerzyki, całe zastawy stołowe wylądowały w jednym z kampingów i porastały pajęczyną. Z roku na rok przykrywała je coraz grubsza warstwa kurzu.

Wspomniane zastawy też nie są tu najważniejsze. Nie była to przecież jakaś cenna porcelana.  Zwykłe, popularne wówczas wyroby z Ćmielowa. Nie o tych zastawach chcę tu opowiadać, choć w prezentowanej tu historii odegrały one pewną dość ważną rolę, podobnie zresztą jak i dwie torby, które wziąłem wówczas z warsztatu mojej mamy, który to warsztat znajdował się niemal w samym sercu Głównego Miasta Gdańska, tuż przy Hali Targowej.

Z Mietkiem, znanym gdańskim pisarzem i malarzem, spotykaliśmy się wówczas bardzo często, prawie codziennie. Nasze drogi stykały się albo w pracowni Buniego, albo w mieszkaniu Jurka, czasami w „Literackiej”, lub po prostu na ulicach Głównego Miasta. Często wymienialiśmy tylko kilka zdań, bywało że rozmawialiśmy, lub nawet biesiadowaliśmy znacznie dłużej. W czasie spotkania, od którego rozpoczęły się opisywane w tym opowiadaniu wydarzenia, zamieniliśmy zaledwie kilka zdań. Ja śpieszyłem się do pracy, Mietek szedł do biblioteki w spawie jakiegoś spotkania autorskiego, którego szczegóły chciał ustalić. A jednak było to spotkanie ważne. Mietek postanowił zaprosić mnie na wesele. Był ze swoją partnerką już od kilku lat, mieli dwójkę dzieci, a w drodze było kolejne.

Czas to zalegalizować, stwierdził. Wesele będzie w sobotę. Ślub, tylko cywilny, o jedenastej. Zapraszam cię.

Gratuluję. To świetna wiadomość. Dziękuję za zaproszenie.

Naprawdę się ucieszyłem. Cieszyło mnie też to, że zostałem przez Mietka zaproszony na tak ważną jego rodzinną uroczystość. Byliśmy wprawdzie dobrymi znajomymi, kilka razy udzieliłem mu jakiejś drobnej pomocy, ale zaproszenie na wesele… to znacznie więcej. Mietek był dla nas, stosunkowo wówczas młodych ludzi, wielkim autorytetem. Jego szczerość, bezinteresowność, otwartość, to cechy, które nie u wszystkich były aż tak oczywiste. Jest tym gdańskim artystą, którego i dziś możemy zaliczyć do największych spośród pomorskich twórców XX wieku.

Mam jednak kłopot… wiesz… wesele…, będzie parę osób…, a my nie mamy zastawy,  dodał.

A ileż to roboty? Odparłem szybko. Przypomniałem sobie o porastającej pajęczyną w Sobieszewie porcelanie.

Jutro przywiozę ci całą zastawę.

Następnego dnia wziąłem z warsztatu mamy dwie duże torby i udałem się do Sobieszewa. Kartony z zastawą pokryte były warstwą kurzu i pajęczyn. Jakoś udało mi się oczyścić ich część. Wazy, miski, talerze, filiżanki i talerzyki pozawijałem dla celów transportu w stare gazety, które znalazłem w sąsiednim kempingu i po krótkiej rozmowie z babcią udałem się w drogę powrotną. Porcelana jest dość ciężka. Przez dziesięć minut niosłem dwie duże torby z zastawą do promu, następnie przeprawa promem przez Martwą Wisłę, wsiadłem do autobusu zatrzymującego się wówczas przy będącej przy promowej przystani pętli, w Gdańsku przesiadka przy budynku „Lotu” na tramwaj w kierunku Siedlec. Jeszcze tylko pięć minut spaceru i już byłem u Mietka. Zostawiłem u nich torby z ich zawartością, wypiliśmy herbatę, krótka rozmowa i wróciłem do domu.

W czasach, które tu opisuję, telefon nie był czymś powszechnym. Były tylko telefony stacjonarne, a i te posiadali tylko nieliczni szczęśliwcy, lub ci, którym udało się je sobie załatwić za pomocą różnych układów. Załatwić coś, mieć układ, to słowa bardzo związane z ówczesnym autorytarnym systemem, jaki panował w naszym kraju. Mietek oczywiście telefonu nie posiadał. Nie był beniaminkiem ówczesnej, a i późniejszych władz. Przeciwnie był z nimi na bakier.

Możesz powiedzieć prawdę

i być źle zrozumiany

źle przyjęty

Mogą cię nie zrozumieć

i przyjąć wrogo

Mogą cię przemilczeć

lub skazać na milczenie

Mogą ci uciąć głowę

Mogą prosić i grozić

abyś określił się wobec

Mogą opluć, oszczekać

                   nieludzko

                   perfidnie

                   kłamliwie,

I na co liczą gangsterzy[1].           

Tak oceniał ówczesnych urzędników partyjnych. Czy mógł być przez nich lubiany?

(…)

Stoi smutnie pan pałka

Pałka mu zwisa bezczynnie[2].

To z kolei fragment wiersza o milicjantach. Udało mi się później, mimo ówczesnej cenzury i wobec sprzeciwu obawiających się o swe stanowiska władz klubu, przeczytać dwa podobne w tonie wiersze Mietka w czasie jednego ze spotkań jesiennych w ŻAK- u, którego siedziba do 1978 roku znajdowała się przy Wałach Jagiellońskich. Nie o tym chcę jednak tu opowiedzieć. Pozostańmy tylko przy tym, że Mietek telefonu nie posiadał. Nie mógł, więc zawiadomić nas, zaproszonych gości, o tym, że wesele zostało odwołane. Wandy nie było.

Wczoraj zaczęły się bóle i trafiła do szpitala. Urodziła chłopaka, poinformował nas Mietek.

Byliśmy bardzo beztroscy. My młodzi, ale i dwadzieścia lat od nas starszy Mietek i jego przyjaciel Stasiu, wówczas dyrektor POM-u w Żukowie, któremu Mietek zawdzięczał pomoc w postaci dostarczanego mięsa, jajek, wędlin, Buni, znany gdański rzeźbiarz oraz rodzina Wandy, jej bracia. Byliśmy bardzo beztroscy, a i sytuacja skłaniała do radości. Mietek po raz kolejny został ojcem. Nie będzie wesela, ale można zrobić pępowiny. Równie ważna, a może i ważniejsza okazja do biesiady. Naszą radość wyrażaliśmy aż do wieczora. Kolejne posiłki, kolejne toasty. Mietek, a i Jurek, nasz wspólny kolega, bardzo zdolny młody poeta, recytowali swoje wiersze. Dyskusja o poezji, o sztuce. Ustaliliśmy, że wesele odbędzie się za jakieś dwa, trzy miesiące.

Następny problem miał Mietek z chrzcinami. Proboszcz z jego parafii odmówił ochrzczenia nieślubnego dziecka. Znów mogłem pomóc. Mój wujek, brat mojej mamy, był wówczas proboszczem w Pruszczu. Powiedziałem mu o sprawie, właściwie nie spodziewając się tego, że zachowa się w taki sposób. Chciałem mu, a byliśmy wobec siebie dość konkurencyjni, tylko wykazać, że takie postępowanie kleru jest, co najmniej niewłaściwe. Wujek jednak nie wdał się z dyskusję. Może nawet nie dostrzegł mojej zaczepki.

Chrzciny? Niech przyjdzie do mnie. Bóg dał Bóg ochrzci, powiedział.

Kilka dni później Bartek został ochrzczony w Pruszczu.

Minęło kilka miesięcy. Tym razem spotkałem się z Mietkiem u Jurka. Przyszedł do niego, by zaprosić go na obiecane wesele. Ucieszył się, że właśnie przyszedłem. Jestem oczywiście również zaproszony.

No i czyż mądrość ludowa nie jest wielka. „Co się odwlecze, to nie uciecze”, ucieszyłem się na samą myśl kolejnej biesiady.

Głupio mi o tym mówić… ale wiesz… znów nie mam zastawy, dodał Mietek.

Przypuszczam, że w czasie kolejnych biesiad sporo z dostarczonych przeze mnie talerzy się wytłukło. Może też do wytłuczenia tej zastawy doszło z innych, może smutniejszych przyczyn… porcelana często wówczas padała ofiarą rodzinnych sporów. Nie drążyłem jednak tego tematu.

A ileż to roboty? Masz jeszcze te torby? Przynieś je do Jurka, to znów je wypełnię, odparłem.

Dwa dni później ponownie wyprawiłem się do Sobieszewa. Ponowna droga z ciężkimi torbami do promu, autobus, tramwaj i do mieszkania Mietka. Tym razem ślub i wesele odbyło się bez przeszkód. Ślub tylko cywilny, Wanda była drugą żoną Mietka. Wesele odbyło się w tym samym gronie znajomych i przyjaciół Mietka i Wandy oraz jej rodziny. Tym razem biesiada trwała do późnych godzin nocnych. Jak tu się nie cieszyć. Szczęśliwe narodziny dziecka i wesele naszego przyjaciela. To był szczęśliwy rok.

[1]       M. Czychowski, Gangsterzy, z tomiku Krwią lamowane.

[2]       Fragment niepublikowanego wiersza Mieczysława Czychowskiego.

Autor reprodukcji obrazu Mieczysława Czychowskiego wykorzystanej na obrazku wyróżniającym – Piotr Smoliński

„Reprodukcja: Piotr Smoliński”.