Jutro mają być naleśniki / Maciej Wittych

0
114
– A wy co chcecie robić w przyszłości?
– Jak to… w przyszłości? – na twarzy jednego z sześciorga dzieci pojawiło się zdumienie. Przecież z góry wiadomo, jaki mają plan na przyszłość – to znaczy na dzisiejszy wieczór. 
– No, jak już stąd wyjdziemy, głuptasie – był to pierwszy dzień dziewczynki, znalazła się wiekowo między starszą i młodszą grupą dzieci, dlatego jako nowa osoba postanowiła zapoznać się ze wszystkimi. Przy stoliku była najmłodsza.
– Stąd się nie wychodzi – skwitował najstarszy niskim głosem i zapadła cisza. Żadne
z pozostałych dzieci nie odważyło się odezwać. Grzebały tylko widelcami w jedzeniu. Najstarszy również kontynuował swój obiad.
– Ja chciałabym pójść do szkoły – zaczęła po chwili nowa dziewczynka. – Teraz powinnam być w drugiej klasie, ale rodzice nie chcieli, żebym tam poszła. Przez okno widziałam tyle dzieci, bawiących się na placu zabaw. Macie tutaj plac zabaw? Bardzo chciałabym pozjeżdżać
na zjeżdżalni… – rozmarzyła się, patrząc w sufit. – Kiedyś przez okno słyszałam, jak jakiś chłopiec tłumaczy zasady gry w berka. To wspaniała gra! Musimy później zagrać! – patrzyła to na jedno,
to na drugie dziecko i zauważyła kilka rozmarzonych uśmiechów. – To kiedy gr…
– Tutaj nie ma placu zabaw ani zjeżdżalni – odparł stanowczo najstarszy. Siedział
na przeciwko niej.
– W takim razie, gdy tylko wyjdziemy…
– To umieralnia. Stąd. Się. Nie. Wychodzi – dał jej do zrozumienia stanowczym głosem. Wszystkim pozostałym zrzedły uśmiechy. – Zrozum to. Im szybciej ci się uda, tym łatwiej dla ciebie i twoich rodziców.
Na jej twarzy pojawiło się zakłopotanie. W myślach z pewnością doszło do sprzeczności. Rodzice mówili, że jedzie tam tylko na kilka miesięcy. Mówili, że później już wszystko będzie dobrze – pójdzie do szkoły, będzie mogła bawić się z innymi dziećmi, odbiorą jej ukochanego pieska, którego, według rodziców, musieli oddać dziadkom. A jednak ten chłopiec mówił co innego. I inne dzieci zdawały się myśleć tak samo jak on.
Nie… to niemożliwe… Jej rodzice, ukochani rodzice, którzy zawsze się nią opiekowali, którzy zawsze chcieli dla niej dobrze… nie mogliby jej okłamać… Chociaż skoro chcieli dla niej dobrze, to dlaczego nie pozwalali jej bawić się z innymi dziećmi… Mówili, że to przez chorobę, której nazwy nawet nie pamięta (a ile już razy próbowała zapamiętać, gdy oni albo lekarze ją wymawiali).
Może to „dobrze” znaczy tylko, że ona będzie myśleć, że będzie dobrze. A rodzice
od początku wiedzieli, że dobrze nie będzie. Nie… powiedzieli by jej… Przecież jest już prawie dorosła! A przynajmniej myśli jak dorosła. To niemożliwe… I ponownie na jej twarzy pojawił się beztroski uśmiech.
Wtem zamyślenie wszystkich przerwała inna dziewczynka, siedząca po lewej stronie najmłodszej:
– Ja chciałabym pójść do nieba… – oczy wszystkich zwróciły się ku niej. – Rodzice nigdy nie powiedzieli mi wprost, że umrę, ale słyszałam rozmowy z lekarzami, słyszałam płacz mamy. Cały czas mówią, że w niebie wszyscy odpoczniemy… Bardzo chciałabym tam pójść z rodzicami.
I z wami!
– Kiedy moi rodzice żyli – zaczęło z lekkim akcentem dziecko o ciemniejszej karnacji, siedzące obok najstarszego – opowiadali mi o tym, co jest po śmierci. I wierzę, że moi rodzice już tego doświadczyli. Nie wiem, gdzie są, ale wiem, że gdzieś na pewno. Ja bardzo chciałbym być orłem. Chcę być wolny od ziemi i wszystkich problemów.
– Jak to? Chcesz być zwierzęciem? – spytała ta sama dziewczynka. – Nie chcesz iść
do nieba? Nawet jako orzeł i tak będziesz związany z ziemią. A przecież tam wszyscy będziemy wolni. I szczęśliwi. I nie będziemy czuć głodu i nie będzie chciało nam się pić. I…
Chłopiec zmarszczył czoło, już miał coś odpowiedzieć, ale przerwał mu najstarszy:
– To nie jest ważne, w co wierzymy. Ważne, że zdajemy sobie sprawę, że stąd nie wyjdziemy.
Ponownie cisza.
Najmłodszej dziewczynce rodzice też opowiadali kiedyś o niebie. Ale ona nigdy nie przywiązywała do tego większej uwagi. Za to nigdy nie słyszała o staniu się w przyszłości zwierzęciem. Nie mogła sobie tego wyobrazić. Jak to zwierzęciem? Jakim się chce? Pomyślała,
że zdecydowanie chciałaby być albo w niebie, albo stać się mustangiem. Wnet potrząsnęła głową
i przypomniała sobie, w co ona wierzy – że wszyscy stąd wyjdą!
– To wspaniali lekarze! Czemu myślicie, że nas nie wyleczą? – dodała najmłodsza.
Najstarszy tylko westchnął głęboko i jadł dalej.
– Ja chciałbym już ulżyć rodzicom. Widzę, jakie to dla nich ciężkie. Nie są w stanie tego ukryć – głos zabrało ciche dziecko, siedzące po prawej stronie najmłodszej. Bardzo rzadko, niemalże nigdy się nie odzywało. – To wszystko mogłoby już nawet dzisiaj się skończyć… Nic nie musi być później.
Dzieci spojrzały na niego zdumione.
– Umiesz mówić – stwierdził najstarszy.
– A nie chcesz później pójść do nieba? – spytała tamta dziewczynka.
– A nie chcesz później stać się zwierzęciem? – spytał tamten chłopiec.
Cichy do tej pory chłopiec zamyślił się nad kompotem.
– Mógłbym być później rybką w akwarium. Wtedy byłbym bardzo szczęśliwy.
– Rybką w akwarium? Pff! – zaśmiał się najstarszy.
– Rybki w akwarium nie muszą przejmować się niczym. Budzą się, gdy zapala się światło, nie muszą martwić się o jedzenie, o rodziców. Tylko pływają w te i z powrotem bezmyślnie… Mógłbym już dzisiaj stać się taką rybką…
Do jego ucha zbliżyła się najmłodsza dziewczynka i coś mu szepnęła. Cichy chłopiec zarumienił się. Najstarszy prychnął i wrócił do jedzenia. Pozostali za nim. Jednak jej słowa przyniosły niewyobrażalną ulgę. Jakby wszystkie problemy nagle zniknęły… A ona po prostu wyszeptała: Jutro mają być naleśniki. Proszę, zostań jeszcze chociaż do jutra.                     

                                           Maciej Wittych       

Obraz wyróżniający: Obraz Andrea z Pixabay