JAK ZOSTAĆ BŁAZNEM / Kazimierz Babiński

0
137

Czasy takie, że coraz częściej wracam do ukochanego Chaplina i stworzonego przezeń dzieła w postaci cyfrowych filmów DVD, sygnowanych przez TV ARTE. Zdobytych na zachodnich rubieżach Europy kosztem przedzierzgnięcia się w dwudniowego menela po rezygnacji z motelowego wyra, strawy, którą odjąłem sobie od ust, aby uwielbić mistrza i zamieszkania w samochodzie na parkingu przy stacji paliw AGIP. Przez to paradoksalnie zbliżyłem się do postaci Wielkiego Trampa zwanego też Wiecznym Tułaczem i nawet zacząłem się z nią utożsamiać posyłając na szczaw dotychczasowych idoli z On the Road Kerouaca: włóczęgów Sala i Deana; powieści, którą uznałem a priori za nieprzekładalną na język kina, co udowodnił ku mej dzikiej radości Walter Salles koncertowo partoląc jej  ekranizację (2012).

Tym, co łączy Charliego z Salem i Deanem i porusza moją wyobraźnię jest WOLNOŚĆ wyrażona niczym nieograniczoną możliwością przemieszczania się. No, może chronicznym brakiem kasy, ale bez akceptacji dla uprawianego przezeń żebractwa, wyłudzeń, wymuszania gościny, drobnych, ale częstych i bezczelnych kradzieży.

Wielki Tramp nigdy nie żebrał. Żebracy patologicznie boją się pracy, a on jej szukał; w większości filmów Charlie ima się różnych zajęć, wykonuje różne zawody, w tym  najpodlejsze, przeznaczone dla imigrantów stojących, podobnie jak dzisiaj, na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Przeistaczając się w klauna łączącego w sobie postaci z commedia dell`arte Spavento i Arlekina czasami kradnie i wyłudza pożywienie, ale w finezyjny, inteligentny i komiczny sposób, m. in. udając klienta przy straganie i nadgryzając owoce lub wkręcając się bez zaproszenia na przyjęcia wydawane przez klasę próżniaczą.

W przeciwieństwie do arystokratycznej postawy bohatera Głodu Hamsuna godność przegrywa w nim z fizjologią. Bywa nawet włamywaczem! Błaznując ustanawia wyraźny dystans do purytańskiego, lecz pełnego hipokryzji społeczeństwa amerykańskiego, do zbrutalizowanego świata i tragizmu wszystkich sytuacji, w które wbrew woli raz za razem się wplątuje. Wiara i nadzieja na ich szczęśliwe zakończenie, jak na przykład w Gorączce złota, w ostatecznym rachunku okazuje się złudna, gdyż w większości przegrywa zapasy z życiem.

Błazen kreowany przez Charliego ewoluował razem z poglądami jego twórcy i coraz bardziej dojrzewał do polityki. Podaję za Marcelem Martin`em i jego syntetycznym opracowaniem Chaplin, że po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny rozpoczęła się w kwietniu roku 1917 kampania prasowa przeciwko dekującemu się Anglikowi. Co paradoksalne, najwścieklej zaatakowali go z establishmentu ci, którzy w twórczości Wielkiego Trampa ujrzeli siebie po ciemnej stronie mocy, ci, dla których stał się wyrzutem sumienia. Rzeczywiście, Chaplin nie wziął udziału w wojnie, lecz odkupił to późniejszą twórczością.

Nie zarzucając burlesek tworzonych w kolejności dla Mutual, First National i United Artists odpowiedział rok później na zarzuty filmami: Charlie żołnierzem i propagandowym The Bond (Pożyczka wolności lub Bon wolności) wzywającym do subskrybowania pożyczki na wsparcie kraju w wielkiej wojnie.

Jednakże to polityka społeczna okazała się głównym tematem jego coraz doskonalszych dzieł, stających się teraz bardziej drapieżnymi w wymowie. Dzieł obnażających rażące nierówności społeczne i niesprawiedliwość oraz krytykujących władze za politykę socjalną i niepodejmowanie działań na rzecz poprawy i uzdrowienia gospodarki, a tym samym – braku możliwości podniesienia statusu materialnego Johna Doe, czyli amerykańskiego Jana Kowalskiego.

Widać to szczególnie w takich obrazach, jak Imigrant, Psie życie, Brzdąc, czy Światła wielkiego miasta. Apogeum zostaje osiągnięte w Dzisiejszych czasach (1936), najważniejszym dziele Chaplina, prawie dokumentalnym filmie o skutkach amerykańskiego kryzysu gospodarczego, w którym dopatrywano się również krytyki produkcji masowej. W efekcie Chaplina oskarżono o propagandę komunistyczną i działalność na szkodę Ameryki. Przypominam, że poszło o scenę, w której z krawędzi ładunku wystającego poza tył skrzyni jadącej ciężarówki spada źle przymocowana szmata będąca jego oznakowaniem. Charlie, wykopany przed chwilą za bramę fabryki, podnosi ją i biegnie za pojazdem. Nie wie, że z tyłu narasta tłum zdesperowanych, głodnych, gniewnych bezrobotnych proletariuszy. Nieuświadomiony politycznie, mający poczucie spełniania dobrych uczynków, okazjonalny i przypadkowy proletariusz Charlie zostaje aresztowany przez uczulonych na czerwone policjantów i pod zarzutem zorganizowania demonstracji i rozruchów trafia na kilka lat do więzienia.

Sygnał, a raczej ostrzeżenie, wysłane przez Chaplina możnym tego świata, było aż nadto czytelne. I choć Stany nie zakazują, jak faszystowskie rządy Włoch i Niemiec, wyświetlania filmu, to zaczynają grozić twórcy represjami. Trwa medialna nagonka,  osaczanie Chaplina i urabianie opinii publicznej. 4 lata po premierze filmu zostaje po raz pierwszy wezwany przez sławetną Komisję Parlamentarną do Badania Działalności Antyamerykańskiej w celu złożenia upokarzających wyjaśnień; ileż trzeba było złej woli, by w czarno-białym filmie zobaczyć czerwień a nie np. amarant lub barwę pomarańczową!    Wybuch II wojny światowej tylko odracza nieuniknione. Twórca aktywnie włącza się do walki z nazizmem. W roku 1942 tworzy fenomenalnego Dyktatora, pisze apele i przebywając w Hollywood   uczestniczy … telefonicznie w wielkiej manifestacji w Nowym Jorku na rzecz utworzenia drugiego frontu w Europie.

Kolejny i ostatni raz Komisja wzywa go na przesłuchanie w roku 1947 tuż po wejściu na ekrany autorskiej gorzkiej, czarnej komedii Monsieur Verdoux, w którym, co absurdalne, dopatrzono się aluzji do … zrzucenia bomb atomowych na Nagasaki i Hiroszimę; widać tu jak wielki strach musiał powodować działaniami naganiaczy! Ostatecznie, w atmosferze nienawiści i oskarżeń o komunizm opuszcza 5 lat później Stany i przenosi się do Europy.

Chaplin przeszedł długą drogę twórczą i ideową: od BŁAZNA rozdającego kopniaki i obrzucającego tortem przeciwników do POLITYKA realisty pozostającego jednakże poza wszelkimi strukturami państwowymi i samorządowymi, demaskatora zorganizowanej niesprawiedliwości, świadomego swojego miejsca w Historii.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że jest w tej materii pewna osobliwość zwana przeze mnie „odwróconą analogią”. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w naszych realiach społeczno-politycznych ewolucja przebiega odwrotnie: najpierw zostaje się politykiem, potem – błaznem; Darwin i de Chardin już przewracają się w grobach!.

Pół biedy, jeśli ewoluują tylko poglądy, które dzisiaj ma byle klocek czy kołek w płocie, zaś trzy czwarte – jeśli te zostają połączone z coraz bardziej ekspresyjnymi i wyrafinowanymi, zbliżającymi się do granicy ekshibicjonizmu formami ich wyrażania.

Słuchając i oglądając w telewizorni niektórych polityków, a także dowiadując się o ich działalności kuluarowej, happeningowej i klaunadzie wyrażającej się np. w montypythonowskich podskokach, obsikaniu budy z gazetami lub innego zabytku, jeździe   zezłomowanym a więc wirtualnym samochodem, fanatyzmie światopoglądowym, coraz wyraźniej widać, gdzie przebiega granica między zwykłą głupotą a symptomami głębszego regresu fizycznego i psychicznego. Regresu prowadzącego wprost do – powiedzmy to szczerze i otwarcie – parku jurajskiego lub – o zgrozo(!) – do świata równoległego podobnemu stworzonego przez Jankela i Mortona w filmie Super Mario Bros. (jego mieszkańcy ewoluowali z dinozaurów). Nawiasem mówiąc, te i inne dowody, np. w postaci „błyskotliwych” wydzielin odmózgowych, na poparcie mojej tezy o rozwoju wstecznym, dostarczane dzień w dzień przez telewizyjne i internetowe serwisy informacyjne i transmisje powinny wreszcie skutecznie dobić wszelkiej maści kreacjonistów, przy czym za sprawiedliwość dziejową należałoby uznać ich jazdę na jednym wózku z ewolucjonistami. Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o ciekawej, acz kontrowersyjnej tezie egzegetów wytworów umysłowych zwanych ustawami i rozporządzeniami jakoby przyczyną tego stanu rzeczy był kształt budynku. Może coś w tym być, gdyż nikt nie widział kwadratowego cyrku.

Kartezjańskie cogito ergo sum przy cwanym założeniu, że błaznowi wolno więcej, zaczęło oznaczać błaznuję, więc jestem. I tak oto w naszym państewku błazeństwo stało się najwyższy stadium rozwoju polityki.

W tym kontekście Janusza Palikota uważam nadal za chlubny wyjątek, gdyż ewoluował i błaznował we właściwym kierunku. Takiemu Jerzemu in spe VI było łatwiej: wystarczyło, że przestał się jąkać.

                                                                                           Kazimierz Babiński

Obraz wyróżniający:  Autorstwa First National – here, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=18298