“Etiam in morte superest amor” / Julia Wołowiec

0
1347

[Zamieszczone tu opowiadanie zostało nadesłane przez autorkę na nasz konkurs im. Bolesława Prusa. Niestety, nie mogliśmy go włączyć do puli rozpatrywanych tekstów, gdyż nie spełnia warunku regulaminu. Szkoda, na pewno wzbudziłoby zainteresowanie jurorów…]

“Etiam in morte superest amor”

Kiedy tydzień po pogrzebie Aleksandra wchodziłam do jego gabinetu, aby uporządkować pisarskie notatki męża, myślałam, iż jestem już na to gotowa. Płynące z moich oczu łzy świadczyły jednak o tym, że nie powinnam była tego jeszcze robić. Czując kompletną bezsilność, poddałam się i postanowiłam dać sobie nieco więcej czasu. Zamierzałam wyjść z pokoju, kiedy moją uwagę przykuło nieznane mi, leżące na biurku pudełko. Pozłacana szkatułka okazała się być wypełniona zapisanymi kartkami. Zdziwiło mnie to, ponieważ Aleksander rękopisy wszystkich swoich książek starannie układał i umieszczał w dużych papierowych kopertach. Gdy chwyciłam w dłonie pierwszą kartkę, okazało się, iż nie była to żadna z powieści czy nowel mojego męża. To był jego pamiętnik.

“Choć zdaniem lekarzy stan mojego zdrowia uległ ostatnio znacznej poprawie, a opowiadane przeze mnie żarty znów bawią odwiedzające mnie osoby do łez, czuję, że nie zostało mi już wiele czasu. Nigdy nie chciałem, by ludzie odkryli w moich powieściach Aleksandra Głowackiego. Pytany o to, co inspirowało mnie do pisania poszczególnych utworów, odpowiadałem wymijająco, a następnie szybko zmieniałem temat. Teraz natomiast, mając świadomość bliskiego końca, jestem gotowy na wyjawienie prawdy. Największą, a jednocześnie jedyną, inspiracją było dla mnie moje życie. Odwiedzone miejsca, poznane osoby…

Wszystko miało swój początek jeszcze w moim dzieciństwie. Choć nigdy nie poznałem ojca, a matka osierociła mnie, gdy miałem niespełna trzy lata, przeżyłem nieco pięknych chwil. Doskonale pamiętam wakacje 1852 roku, które spędziłem z moim starszym bratem. Po dziś dzień mam przed oczami obraz wracającego późnym wieczorem do domu Leona… Pomimo, iż spędzał wiele godzin ciężko pracując, by zarobić, zawsze znajdował dla mnie choć krótką chwilę. Był jedyną osobą, z którą mogłem szczerze porozmawiać. Był moim przewodnikiem, nauczycielem… był moim autorytetem. Pamiętam okres, w którym przenieśliśmy się z Leonem do Kielc. Prowadził wtedy zajęcia z łaciny, historii i języka polskiego, a ja zaczynałem naukę w szóstej klasie. To właśnie z kieleckiej szkoły wyruszyłem w styczniu 1863 roku, by wziąć udział w powstaniu. Kiedy pod koniec maja wróciłem do miasta, Leon oznajmił, że nie popiera mojej działalności, choć, co ciekawe, sam był zaangażowany w spisek. Z perspektywy czasu wiem, iż chciał mnie chronić. Może gdybym choć raz posłuchał czyiś rad, uniknąłbym cierpienia, z jakim przyszło mi się mierzyć. Leon stanowił dla mnie symbol mądrości, wytrwałości, odwagi… Posiadał wszystko to, czego mnie brakowało. Miał każdą z cech, o której zawsze marzyłem. W “Lalce” ukazałem go takiego, jakim był- nie bał się wyrażać swojej opinii, potrafił przekonywać ludzi niczym Demostenes i był przy tym osobą niesamowicie inteligentną. Leon był po prostu pięknym człowiekiem.

Będąc w Lublinie odwiedziłem sklep galanteryjno-korzenny. Mieścił się on na ulicy Krakowskie Przedmieście 6, a jego właścicielem był Jan Mincel. Starszy mężczyzna o siwiejących włosach, którego twarz zawsze zdobiły czerwone rumieńce. Podczas jednej z naszych rozmów, dowiedziałem się, że nie znosił bałaganu. Wobec swoich pracowników był dość surowy, ale pomimo to wszyscy darzyli go ogromną sympatią. Choć pisząc książkę, starałem się wymyślić dla przypominającej go postaci nowe imię i nazwisko, nie byłem w stanie zmienić jego tożsamości. Od początku był Janem Minclem i właśnie nim pozostał aż do końca.

Choć wiele osób sądzi, że prototypem powieściowego Rzeckiego byłem ja sam, nie jest to prawda. Obaj nosiliśmy wprawdzie charakterystyczne, okrągłe okulary, jednak do wykreowania tej postaci zainspirował mnie Morski. Był subiektem sklepowym, który, podobnie jak książkowy Ignacy Rzecki, uwielbiał grać na gitarze. Miał również psa, pudla, który zawsze wydawał mi się być wyjątkowo brzydkim zwierzęciem… Był wprawdzie sympatycznym stworzeniem, ale ilekroć odwiedzałem kolegę, nie mogłem nadziwić się temu, jak asymetryczny był pysk jego psa. Morski był bohaterem wojen napoleońskich. Nie bez powodu przedstawiłem więc Rzeckiego jako niepoprawnego marzyciela i optymistę w kwestiach politycznych. Przez całe życie wierzył, że Bonaparte wróci, by uratować Polskę i pomóc jej odzyskać niepodległość. Morski był dokładnie taki sam…

Byłbym zapomniał o jednej z najbardziej istotnych postaci. Jako dzieci przyjaźniliśmy się z Julianem. Ochorowicz był moim serdecznym kolegą ze szkolnej ławy, a nasza relacja nie “urwała” się, gdy skończyliśmy edukację. Choć jest to dość częste w przypadku relacji zawieranych przez młodych ludzi, nas czekał odmienny los. Książkowy Ochocki jeszcze wczoraj był gościem w moim mieszkaniu. Jak zawsze imponował mi swoją inteligencją i wspaniałymi pomysłami. Opowiadałem mu o wszystkim co mnie dręczy, a on zawsze starał się mi pomóc. Choć wiedziałem, że powinienem mu zaufać, w pewnych kwestiach nie umiałem…W sprawach miłości nie ufałem bowiem nikomu. Nawet swojemu własnemu sercu. Ochorowicz od samego początku miał wiele zainteresowań, nie potrafił skupić się tylko na jednym z nich. Zazwyczaj jest to wadą, lecz on umiejętnie potrafił łączyć swoje pasje. Kim był Ochorowicz dla ludzi? Psychologiem, filozofem, etykiem… Literatem, dziennikarzem, wynalazcą, badaczem zjawisk paranormalnych, a nawet religioznawcą. Wydaje mi się, iż stanowił idealną definicję “człowieka renesansu”. Zaraz po moim bracie, był dla mnie największą motywacją. Zawsze wiedział czego pragnął i wytrwale dążył do celu, nie czekając i nie licząc na to, że osiągnie go bez jakiegokolwiek wysiłku. Nie wierzył w cuda. Choć ludzie zarzucali mu bycie cynicznym, nikt nigdy nie odważył się stwierdzić, że nie zasłużył na miano “ojca polskiej psychologii naukowej”. Za wszelką cenę chciał odmienić naukę, chciał pozostawić w nieomal każdej z jej dziedzin ślad po sobie. Czy wiernie odwzorowałem jego postać w “Lalce”? Zapewne nie. Ciężko było bowiem ująć geniusz człowieka takiego jak Ochorowicz w słowach. Ochocki wyróżniał się wprawdzie na tle warstwy społecznej z jakiej się wywodził i był wzorowym wyznawcą kultu scjentyzmu, ale bohater powieści nie dorasta do pięt mojemu serdecznemu przyjacielowi. Mam jednak nadzieję, iż choć w pewnym stopniu udało mi się ukazać to, jak wybitnym człowiekiem był i jest Ochorowicz.

Jeśli chodzi o Wokulskiego… Kto był Wokulskim? A może raczej kto wciąż nim jest? Nigdy nie planowałem przekazania tej informacji wprost, właściwie zawsze byłem pewny, że to już na zawsze pozostanie tajemnicą. Przez całe życie pragnąłem jednak dotrzeć do jednej, konkretnej osoby. Choć może wydawać się to nielogiczne, jednocześnie bałem się odkrycia przez nią prawdy… Teraz czuję się już nieco bezpieczniej. Wiedząc, że umrę i nigdy nie zobaczę jej reakcji, jestem w stanie objaśnić pewną kwestię. Głowaccy i Wokulscy są posiadaczami tego samego herbu. Nie jest to jednak zapewne faktem szczególnie szokującym, bowiem dziesiątki ludzi dzielą pomiędzy sobą ten atrybut. Co wnikliwsi czytelnicy dostrzegą zapewne, że i Lisieccy posiadają ten sam herb. Zapewniam jednak, że postać subiekta nie była nawet w minimalnym stopniu inspirowana moją osobą. Cechy, jakie posiadał Lisiecki, zawsze wzbudzały we mnie odrazę. Jego bezczelność, nieobowiązkowość i ten okrutny antysemityzm… Wystrzegałem się zachowania, jakie w jego przypadku stanowiło codzienność. Z głównym bohaterem łączy mnie jednak również utrata tytułu szlacheckiego. Ojciec Stanisława przez całe życie zabiegał o to, by go odzyskać, lecz jego starania nie przyniosły zamierzonego efektu. Brzemię odnoszenia niepowodzeń Piotr Wokulski przekazał swojemu synowi. On także, pomimo swojej wytrwałości, nie był w stanie osiągnąć upragnionego celu. I ja nie potrafiłem tego zrobić.

Przez ostatnie dwadzieścia dwa lata twierdziłem, że pomysł na tytuł mojej najpopularniejszej powieści pojawił się po przeczytaniu artykułu dotyczącego procesu o kradzież lalki. To było wygodne wytłumaczenie, a dziennikarze zazwyczaj wierzyli w moje słowa. W rzeczywistości tytuł nawiązywał jednak do kobiety, kobiety-lalki. Choć zachwycała wyglądem- swoją alabastrową cerą, czarnymi rzęsami, przypominającymi ogromne wachlarze, i pełnymi, koralowymi ustami, jej serce było… Nie, nie było. Nie było, ponieważ ona go nie posiadała. Bo właściwie po co lalce serce? Po co jej ono, gdy jest tak piękna… Nie musi okazywać uczuć, ponieważ porcelanowe figurki tego nie robią. Nikt tego od nich nie oczekuje. Właściwie byłoby to wręcz niepokojące, gdyby lalki pragnęły, kochały… Przez całe życie czekała na miłość i wciąż narzekała na jej brak. Trudno jest jednak dziwić się jej samotności- ludzie bowiem nie zakochują się w zabawkach. Nie znaczy to jednak, że nie darzą ich żadnymi uczuciami. Lubią je. Bo przecież niekiedy miło jest przez chwilę zająć swoje myśli czymś tak beztroskim, wręcz dziecinnym, jak lalka. Poczuć szczęście podobne do tego, którego doświadczali dekady temu, roześmiać się z byle powodu… Oprócz chwilowej rozrywki, zabawki nie mają jednak człowiekowi nic do zaoferowania. Ludzie szybko się więc nimi nudzą, a w konsekwencji lalki trafiają na dno drewnianego pudła, zaś później już tylko do piwnicy lub na strych. Niekiedy są stamtąd wyjmowane, a człowiek widząc je, przypomina sobie o radości, jaką mu dawały. To jednak już tylko wspomnienia… Bywa również, że zabawki zmieniają właściciela. Czasem ten kolejny okazuje się być lepszym od poprzedniego, jednak zdarza się też, że nigdy nie zostają docenione… Krytykuję innych posiadaczy zabawek, lecz i ja nie traktowałem mojej ukochanej lalki tak, jak powinienem. Przez całe życie starałem się jednak, by czuła się wyjątkowa. Porcelanowa figurka nie jest typową zabawką. Przez jej kruchość, człowiek boi się ją uszkodzić. Pluszowego misia każdy bez chwili zawahania mocno przytula, jednak te same osoby boją się dotknąć delikatnej lalki choćby czubkiem małego palca. Choć nie zawsze byliśmy blisko, ja ciągle byłem obok. Wynosiłem ją z mojego gabinetu, ponieważ nie mogłem skupić się na niczym innym niż jej piękno. Pomimo, iż pisząc zawsze starałem się ignorować otaczający mnie świat, ona za każdym razem “wyrywała” mnie z zamyślenia. Z mojej literackiej krainy. Przestawiałem więc figurkę do salonu na czas pracy, jednak wówczas to tęsknota nie pozwalała mi robić tego, co powinienem. Bardziej niż tego, że sam ją zranię, bałem się jedynie, iż zrobi to ktoś inny. Dlatego też zawsze chowałem ją pod grubymi tkaninami, gdy goście przychodzili do naszego domu. Ludzie zawsze pytali o przedmiot wystający zza kawałka złotego atłasu. Niektórzy bezczelnie zwlekali go z lalki, po czym bezceremonialnie przyglądali się jej już do końca wizyty. Choć w takich chwilach przepełniała mnie ogromna zazdrość, czułem również dumę. Dumę, ponieważ ona była moja. Pomimo, iż nie chciałem, by ktokolwiek prócz mnie na nią patrzył, pragnąłem, aby była podziwiana. Miała ogromne szczęście, że nikt nigdy jej nie zniszczył. Ludzie pozostawiali na niej wprawdzie nieestetyczne odciski palców, jednak ja zawsze starannie je ścierałem. Tak, by nie pozostały żadne ślady. Nie widziałem zagrożenia w człowieku, któremu pozwoliłem ją kiedyś obejrzeć. Zawsze wydawał mi się dziwakiem, wręcz wariatem, ale jego zachowanie śmieszyło mnie. Nie zachwycił się lalką od pierwszej chwili, docenił ją dopiero po pewnym czasie. Traktował ją zupełnie inaczej niż pozostali- nie był wobec niej nachalny, a w jego czynach nie dostrzegałem brutalności. Ciężko było jednak zmywać odciski jego palców z porcelanowej powierzchni figurki. Właściwie wydaje mi się, że część z nich jest na niej wciąż widoczna… Pamiętam, kiedy po raz pierwszy wypadła z jego rąk. Moje wargi i dłonie zaczęły drżeć, a serce musiało się na chwilę zatrzymać. Nie byłem w stanie wydusić z siebie nawet słowa… Ułamał kawałek idealnej, porcelanowej postaci i wyszedł bez słowa. Ja nie oczekiwałem przeprosin, ale ona zdecydowanie na nie zasługiwała. Naprawiałem ją wtedy przez całą noc i połowę kolejnego dnia. Obawiałem się, że nie będę w stanie już jej odbudować, że nie przywrócę jej dawnego piękna… Chyba faktycznie nie udało mi się tego zrobić, bo wyraz jej twarzy wydawał mi się być odtąd zupełnie odmieniony. Kąciki jej ust opadły i, nie wiem dlaczego, ale unosiły się tylko wtedy, gdy on nas odwiedzał. On, który ją zranił. On, który nie poprzestał na jednym razie. Był człowiekiem, którego musiało cieszyć nasze wspólne cierpienie. Gdyby miała serce, pomyślałbym, że go kochała. Jak już wcześniej wspomniałem, zabawki nie mają jednak serc. A może to ja ją źle oceniałem? Może wcale nie była lalką? Albo była nią tylko dla mnie, zaś inni widzieli w niej więcej… Ale ja nie byłem innymi, nie mogłem, bo nie potrafiłem spojrzeć na nią ich oczami. Czytałem wiele dzieł z epoki romantyzmu i zawsze zachwycałem się cechami opisywanych w nich bohaterów. Pragnąłem być jak postaci wykreowane przez Mickiewicza, chciałem nauczyć się patrzeć szekspirowskimi “oczyma duszy”. Jednak na próżno. Nigdy mi się to nie udało… Starałem się okazywać jej miłość. Może nie robiłem tego w książkowy, idealny sposób, może nie robiłem tego wystarczająco często, ale robi… Starałem się robić.

Choć i Wokulski nie był perfekcyjny, radził sobie w kwestii uczuć na pewno lepiej ode mnie. Wierzył, że może mu się udać osiągnąć cel i dążył do jego realizacji. Właściwie stworzona przeze mnie postać stała się moją inspiracją. Tak naprawdę to nie on miał naśladować mnie, ale ja jego. Chyba niestety z marnym skutkiem, jednak wciąż powtarzam- próbowałem. Pewnie powinienem przeprosić za to, w jaki sposób przedstawiłem moją lalkę w książce. Z drugiej strony nie byłem w stanie zrobić tego inaczej… Bo o ile pisarz może naginać prawdę i kreować postaci tak, jak podpowiada mu jego wyobraźnia, o tyle cech niektórych bohaterów po prostu nie można zmienić. Nie można ich usunąć, nie można ich ukryć… Nie można ich chociażby ubarwić. Osobowość pewnych postaci jest bowiem niczym wosk, którego nie sposób zamalować. Można się starać, ale i tak każdy wie, że nie jest to możliwe. Pytany o to kim była, odpowiadałem, że pierwszą ważną kobietą w moim życiu. To chyba najprostsze wyjaśnienie, jakie mogłem wymyślić, ale działało. Najpierw starałem się wmówić bliskim to samo, co powtarzałem dziennikarzom podczas wywiadów, jednak byli bardziej dociekliwi. Wersja z młodzieńczym zauroczeniem i niespełnionym uczuciem okazała się być natomiast doskonała. Właściwie jestem zaskoczony, że ona sama również w to wierzyła. Wydaje mi się niemożliwym, żeby osoba tak inteligentna jak ona nigdy nie odkryła prawdy… Ktoś może powiedzieć: “Przecież starałeś się ją ukryć”. Owszem, pragnąłem by pozostało to tajemnicą, jednak chęć odczytania przez nią rzeczywistego znaczenia słów, które pisałem była jeszcze silniejsza. Nietrudno jest zobaczyć w teatrze lalkę. Marionetkę, kukiełkę… To naturalne środowisko dla tego typu zabawek.

Wbrew temu co opisałem w książce, ja swoją lalkę ujrzałem jednak pierwszy raz w kościele. Pamiętam odbywającą się lata temu kwestę wielkopiątkową. Usłyszałem o niej od znajomych i za ich namową postanowiłem się na nią wybrać. Czując potrzebę wsparcia potrzebujących, zabrałem nieco pieniędzy i udałem się do kościoła. Kiedy otworzyłem drzwi i wszedłem do środka, zobaczyłem jaki naprawdę jest świat. Niesprawiedliwy, podzielony… Po prostu okrutny. Ludzie wyglądający na biednych gorliwie modlili się i całowali stopy Chrystusa. Upadali przed nim na kolana, wyciągali ręce ku górze i zanosili do niego swoje prośby. Ich dusze zdawały się opuszczać ciała i wznosić ku jakiemuś lepszemu miejscu, ku niebu. Kiedy przeszedłem nieco dalej, moim oczom ukazał się kolejny, zupełnie inny od poprzedniego, obraz. Ujrzałem wesołe kobiety ubrane w piękne suknie z jedwabiu i aksamitu. Ich głowy zdobiły kapelusze z piórami, a na nogach lśniły kolorowe pantofelki. Śmiały się głośno, kompletnie zapominając o tym, że są w kościele. Chciałem zwrócić im uwagę, ale były zbyt idealne. Radość płynąca z ich szlachetnych twarzy i beztrosko brzmiące słowa nie pozwalały mi przerywać ich zabawy. By ochłonąć po tym co zobaczyłem i przemyśleć bezzasadność świata, udałem się do bocznej nawy kościoła. W tej części budynku było o wiele chłodniej i ciemniej. Dostrzegłem jednak stojący w rogu konfesjonał, który okazał się być pusty. Ostrożnie odchyliłem drewniane drzwi, by jeszcze raz upewnić się, że nikogo nie ma w środku, po czym ukryłem się wewnątrz. Miejsce to było doskonałym punktem obserwacyjnym. Widziałem z niego bowiem główną nawę i znajdujących się w niej ludzi. Znów patrzyłem na tę scenę- pełną sprzeczności i kontrastów. Na te jaskrawe kolory, obok których, w pewnej odległości, widać było ciemne barwy. Znowu słuchałem słowiczych głosów, mieszających się co jakiś czas z pozbawionymi nadziei szeptami i płaczem.

Wydawało mi się, że nie istnieje już trzecia grupa. Myślałem, że świat składa się tylko z tych dwóch. Przekonałem się jednak, iż wcale nie miałem racji… Pomiędzy ciemnością a światłem było coś jeszcze. Wyglądem przypominała damy w pięknych sukniach, ale jej twarz wyrażała smutek podobny do tego, malującego się na obliczach ludzi biednych. Choć nie wyglądała na ubogą, jej dusza mogła taką być. Zakładając oczywiście, że ją posiadała. Coś kazało mi za nią pójść. I do dziś nie wiem czy była to moja wyobraźnia, czy naprawdę ktoś do mnie przemówił. Zdecydowałem się jednak postąpić zgodnie ze słowami, które wydawało mi się, że słyszałem. Idąc przez ponure pomieszczenie, rozświetlała je, lecz blask, jaki roztaczała wokół siebie nie stał się nawet odrobinę mniejszy, gdy przeszła do głównej części kościoła. Choć mrok tej nawy oświetlało wpadające przez liczne okna słońce oraz rozstawione gdzieniegdzie świece, ich blask nie równał się z jej blaskiem. Gdy mijała arystokratki w sukniach podobnych do tej, którą sama miała na sobie, wcale nie “ginęła” wśród nich. Nie pasowała do żadnej ze znanych mi grup, była dla mnie zagadką. Zresztą nie tylko wtedy, już na zawsze nią pozostała… Nie byłem pewny co powinienem zrobić, aby zwrócić na siebie jej uwagę. Gdy zatrzymała się przed stojącym obok ołtarza stołem, dostrzegłem, że bierze do rąk drewniane pudełko. Wówczas przypomniałem sobie cel mojej wizyty w kościele- miałem przecież wesprzeć potrzebujących. Zanurzyłem więc dłoń w kieszeni mojego czarnego fraka i wydobyłem z niej pięć półimperiałów. Spojrzałem na nią, po czym w myślach skarciłem się za to, co planowałem zrobić. Jak mogłem chcieć przekazać jej tak niewiele? Zasługiwała na całe piękno, na całe bogactwo tego świata. Wprawdzie zgromadzone środki miały trafić do ubogich, ale najpierw musiałem umieścić je przecież w szkatułce znajdującej się w jej dłoniach. Chciałem wywrzeć na niej wrażenie, więc wyjąłem z kieszeni pięć kolejnych półimperiałów, a następnie zbliżyłem się do kobiety. Musiała poczuć moją obecność, ponieważ odwróciła się w moją stroną. A wtedy pierwszy raz ujrzałem z bliska jej twarz. Nie pamiętam czy cokolwiek jej powiedziałem, wydaje mi się, że nie. Ona jednak, z najpiękniejszym uśmiechem jaki miałem okazję kiedykolwiek oglądać, odpowiedziała “dziękuję”, po tym jak wrzuciłem dziesięć złotych monet do pudełka. Szkatułka stała się już na zawsze symbolem łączącego nas uczucia. W sobotę udałem się znów do kościoła i spytałem czy któraś z kwestujących poprzedniego dnia osób nie zostawiła pudełka. Usłyszałem, że kobieta o jasnych włosach, ubrana w białą suknię przewiązaną różową kokardą zapomniała zabrać swoją szkatułkę. Zapewniłem, że doskonale się znamy i że oddam jej zgubę przy najbliższej możliwej okazji. Po powrocie do domu postanowiłem pomalować pudełko. Pokryłem drewno złotą farbą, przypominającą kolor jej pięknych, długich włosów.

Los najwidoczniej chciał nas połączyć. Od chwili pierwszego spotkania w kościele, widywaliśmy się już bowiem dość często. Choć właściwie nie wiem, czy było to przeznaczenie, czy raczej nasze wzajemne starania o to, by ujrzeć drugą osobę… Bez względu na to liczył się jednak fakt, iż nasze drogi wciąż się przecinały. Dobrze wspominam wspólnie spędzany czas. Pomimo, iż często zdarzało nam się oddalać i upadać, za każdym razem podnosiliśmy się i wracaliśmy do siebie. Nie chcę myśleć o tym co było złe, chcę widzieć przed moimi oczami tylko te dobre momenty. Chciałbym nas zapamiętać właśnie takimi, jakimi byliśmy podczas naszego wyjazdu na wieś. Wówczas oświadczyłem się jej i choć żadne z nas nie wypowiedziało słów “kocham Cię”, wydaje mi się, iż darzyliśmy się miłością… Nie potrafię jednak wymazać z pamięci obawy, jaka zrodziła się wówczas w mojej głowie. Przez całe życie wiedziałem, że jest wyjątkowa, natomiast ona dostrzegła we mnie więcej chyba tylko wtedy. Jej, zwykle pozbawiona emocji twarz, zdawała się być wówczas jakaś inna… Myślę, iż próbowała jak zawsze zachować obojętność, jednak nie była w stanie ukryć tego, co naprawdę czuła. “Lekki gniew, lekkie zadowolenie i lekka obawa” były widoczne w jej oczach. Umysł wytworzył w mojej głowie iluzję, którą tłumaczyłem sobie jej pozytywne nastawienie do mnie. Wydawało mi się, że dzieje się tak, gdyż właśnie zaczynałem zdobywać sławę. Odnosiłem wrażenie, iż myślami wybiega w przyszłość i widzi już piękny, ogromny dom z ogrodem czy suknie z najdroższych materiałów. Nie jestem wprawdzie przekonany czy faktycznie zależało jej jedynie na moich pieniądzach, ale zdaje mi się, że moja osobowość nie była warta pokochania przez kogoś takiego jak ona. Mój majątek już natomiast owszem… Podczas składania przysięgi małżeńskiej także nie ujawniliśmy swoich uczuć. Nie zrobiliśmy tego po dziś dzień i raczej już nigdy nie zrobimy.

Moja dłoń zaczyna drżeć, piszę coraz mniej czytelne litery. Czuję dreszcze, a po moim policzku spływa kropla potu. Właśnie upada na kartkę, tworząc nieestetyczną plamę. I znów kolejna toczy się po mojej twarzy. Ale czy to na pewno pot? Przesuwam trzęsącą się dłonią po skórze i zbliżam wilgotne palce do ust. Mają słony smak, to łzy. Nabieram do płuc większą ilość powietrza, po czym głośno wypuszczam je spomiędzy warg. Przygotowuję się do tego, by wyrazić najważniejsze w całym moim życiu słowa, ale boję się, że nie zdążę. Przyciskam mocno pióro do papieru i widzę, że zaczyna brakować w nim atramentu. Nie uda mi się już jednak go wymienić, mam za mało czasu. Czuję, że oddychanie sprawia mi coraz większą trudność, a każdy mój ruch powoduje nieznośne kłucie w sercu. Pióro nie pozostawia już prawie żadnego śladu, ale ja muszę to w końcu napisać. Jeśli w tej chwili tego nie zrobię, stracę ostatnią szansę.”

Mężczyzna łapiąc lewą dłonią swoją klatkę piersiową i jęcząc z bólu pochylił się możliwie blisko nad kartką. Wydawało się, iż chce ukryć zapisywane na niej słowa przed całym otaczającym go światem.

-Kocham- wydusił z siebie, napierając metalowym piórem na papier- Cię…

Kolejny wyraz wypowiedział zbyt cicho, by dało się go usłyszeć. Właściwie wyszeptał go. Coś musiało się stać, ponieważ nagle krzyknął przerażony i ostatkiem sił szybko włożył wszystkie zapisane kartki do złotego pudełka stojącego na biurku, przy którym siedział. Mężczyzna wyszeptał coś jeszcze, po czym jego ciała zsunęło się z krzesła na podłogę. Twarz Aleksandra wyrażała ogromny ból. Jego oczy były wprawdzie zamknięte, jednak policzki wciąż pozostawały wilgotne od łez. Na ustach malowało się ogromne cierpienie, a jego zawsze idealnie wyprostowana sylwetka, choć już nieruchoma, wydawała się wciąż drżeć w konwulsjach rozpaczy.

Kogo kochał Głowacki? Złota szkatułka wcale nie odkryje przed światem żadnego nowego faktu z jego życia, żadnej tajemnicy. Na imię jego ukochanej musiała bowiem upaść łza pisarza, gdyż w jego miejscu powstała ogromna granatowa plama. Choć Aleksandrowi wydawało się, iż w jego piórze zabrakło atramentu, było go wystarczająco dużo, aby mógł wyrazić to, co czuł. Los sprzyjał zakochanym, jednak oni byli dla siebie największą przeszkodą.

Aleksander zmarł ponad tydzień temu, natomiast pogrzeb Oktawii odbył się przed trzema dniami. Przeżywam tragedię z racji bycia ich przyjacielem i największą zawodową porażkę jako psycholog. W pewnym momencie życia straciłem już nadzieję na to, że uda mi się im pomóc, lecz do końca wierzyłem, iż będę w stanie ich uratować. Niestety nie dałem rady. Każda moja wizyta w ich domu wiązała się z długimi godzinami rozmów. Najpierw siadaliśmy z Aleksandrem w jego gabinecie i dyskutowaliśmy o tym, co go trapiło. Później zaś, Oktawia prosiła mnie o to, bym jej wysłuchał i doradził w pewnych kwestiach. Może nie powinienem był pełnić funkcji terapeuty ich obojga jednocześnie, może postąpiłem nieprofesjonalnie. I może to co się stało było w rzeczywistości moją winą. Chciałbym w to wierzyć, ponieważ fakt, iż zabili się nawzajem nie pozwala mi osiągnąć choć chwilowego spokoju. Nie potrafię spać, żyjąc ze świadomością tego, że on wymierzył śmiertelny cios jej, a ona jemu. Aleksander odszedł nie usłyszawszy nigdy od swojej ukochanej wyrazu miłości. Za każdym razem, gdy zwierzał mi się, że Oktawia go nie kocha, powtarzałem, iż nie ma racji. Nigdy nie wierzył… Żona mojego przyjaciela zanosiła do mnie dokładnie takie same skargi jak on. Nie wyobrażam sobie nawet jak ogromny ból musiała czuć, gdy umierała… Gdy wszedłem do ich mieszkania, Oktawia płakała, rozrywając zapisane kartki na strzępy. Zachowywała się jak osoba szalona… Trudno jest się jednak dziwić- odchodziła bowiem, nie będąc pewną kogo kochał jej mąż… Zdążyłem jeszcze powiedzieć jej, że na papierze widniało jej imię, ale ona nie chciała wierzyć moim zapewnieniom. Co z tego, że powtarzałem obojgu, iż wystarczy powiedzieć swojemu partnerowi o miłości? Co z tego, iż zapewniałem Oktawię, że Aleksander ją kocha i to samo powtarzałem jemu? Moje usta nie mogły wyrazić ich miłości- to ich wargi powinny były wypowiedzieć słowa: “kocham cię”.

Choć przez całe życie jedynym, w co wierzyłem, była nauka, dzięki nim zrozumiałem, że oprócz niej istnieje również miłość. Wstydzę się tego, iż wyznawcę scjentyzmu zaślepiło uczucie. Nigdy nie powinienem był do tego dopuścić. Gdybym przez cały czas racjonalnie spoglądał na ich problemy, być może wciąż jeszcze by żyli. Choć jako baczny obserwator ich zachowania mogę stwierdzić, iż oboje cierpieli na jedno z dość popularnych zaburzeń psychicznych, nigdy nie określę ich mianem chorych. Byli zbyt niezwykli dla tak zwykłych, przyziemnych schorzeń. Jeśli jednak, jako naukowiec, musiałbym postawić diagnozę Aleksandrowi i Oktawii, powiedziałbym, że byli chorzy na miłość. Jako zwykły człowiek mam natomiast nadzieję, iż śmierć, która na ogół jest tragedią, dla moich przyjaciół okaże się wybawieniem od pozorów i przyziemnych ograniczeń.

                                                    Julia Wołowiec

 

Obraz wyróżniający: Beata Tyszkiewicz w roli Izabeli Łęckiej w filmie „Lalka” (1968). Autorstwa Nieznany fotograf – scanned from "Ty i Ja" monthly, Warsaw, Poland, January 1968, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=6534604