Egipt – kraj tysiącletnich marzeń / Aleksandra Siuta

0
563
Fot.: Szczyt Góry Synaj.
Już starożytni twierdzili, że podróże kształcą. To prawda. Poznawanie świata, ludzi i kultur umożliwia nie tylko odkrycie nowości, lecz także refleksję nad swoim własnym stylem życia. Podróżowanie nadaje kontekstu rodzimym treściom, daje porównanie, uczy krytycznego myślenia o świecie – w ten sposób kształci człowieka…
Z pewnością refleksję przynieść może krótka podróż do Egiptu, którą miałam okazję odbyć na początku lipca 2023 roku. Moja rodzina lubi podróżować, najczęściej na własną rękę. Tak też było i tym razem. Krótko po podjęciu decyzji o wyjeździe znaleźliśmy się u bram pustyni na Półwyspie Synaj, w rosnącym upale spokojnie popijając colę z lodówki postawionej obok telewizora w beduińskiej knajpie dla taksówkarzy, oczekując na nasz pojazd.
Przez Synaj
Podróż przez Egipt chcieliśmy zacząć od Półwyspu Synaj, gdyż znajduje się na nim święta góra o tej samej nazwie, a pod nią piękny, wielowiekowy klasztor z niezwykłą kolekcją rękopisów oraz ikon. Cywilizacja dotarła także i w to odludne miejsce, nie ograniczając się jedynie do nadbrzeżnych kurortów, przeniknęła w głąb lądu, dzięki czemu znaleźliśmy nocleg przez Internet. Po dogadaniu ceny i terminu pozostała kwestia dojazdu. Jako Europejczykom wydawało się nam, że dojedziemy tam autobusem, komunikacją publiczną. Musiało to wywołać spore zdziwienie u gospodarzy, którzy nam potem wytłumaczyli, że jedyną opcją jest wzięcie taksówki. Wydało się nam to dziwne, ale po sprawdzeniu różnych stron internetowych, okazało się, że mówili prawdę.
Jako naiwni Europejczycy sądziliśmy, że komunikacja autobusowa istnieje wszędzie. Jednak wystarczyło przejechać kilka kilometrów, żeby rozwiać te założenia. Pustynia okazała się rzeczywiście… pusta. Kilka otwartych, a drugie tyle zamkniętych resortów, parę parterowych ubogich domków w otoczeniu kóz i wielbłądów. Nie jest możliwe na takim pustkowiu życie bez samochodu, a poza tym nie znalazłoby się wystarczająco dużo pasażerów do komunikacji zbiorowej. Uderzył mnie zwłaszcza widok pustych wiosek dla turystów. Wiele było porzuconych – palmy uschnięte, schludne uprzednio domki teraz smagane kurzem, wiatrem i falami gorąca. W nielicznych osadach w głębi półwyspu – bieda. Jechaliśmy szeroką, lecz pustą autostradą, mijając jedynie kilka aut i ciężarówek oraz parę posterunków policji. Zrozumiałam, dlaczego autobus nie jeździ przez to odludne miejsce.
Welcome to the St. Catherine!
Dojechaliśmy do miasteczka o nazwie Św. Katarzyna. W jego okolicy znajduje się grecki klasztor pod wezwaniem Świętej oraz Góra Synaj. Na skrzyżowaniu oprócz posterunku policji i stacji benzynowej ustawiona była naturalnej wielkości figura wielbłąda, trzymetrowy dzbanek beduiński oraz kolorowa mozaika z napisem „Welcome to the St. Catherine”. Słowo „welcome” było powtarzane przez wszystkich jak mantra, nawet przez nieznajomych na ulicy – „Hello! Welcome to Egypt!”. Wyglądało to, jakby bardzo chcieli zrobić dobre wrażenie. W gruncie rzeczy, cały ten kraj stara się chyba wzbudzić takie uczucie w przyjezdnych… 
Po wylądowaniu w miasteczku wystraszyłam się trochę. Wszędzie pełno dziur, niedokończone drogi, śmieci i odchody na ulicach. Oraz bieda, straszna bieda. Minaret lokalnego meczetu – niedokończony. Kilka sklepików – zamknięte. Kurz, dziury w drogach, parterowe domki. Rozmawiając zarówno z taksówkarzem, jak i właścicielem guest house’u okazało się, że trwa remont, w wyniku którego chcą przerobić małe miasteczko na kurort. Jednak wyglądało to tak, jakby prace coś przerwało – podejrzewam, że covid. Trzymam kciuki za powodzenie tego projektu. Bardzo przykre było patrzenie na pozamykane sklepiki. W gruncie rzeczy, ciężko znaleźć na pustyni źródło utrzymania, więc jedyną nadzieją są turyści.
Turystów w Egipcie się lubi, a szczególnie – ich pieniądze. Czasami pachnie to wręcz postkolonializmem: osobne, oczywiście wyższe ceny biletów dla odwiedzających spoza Egiptu, a przed hotelami posterunki policji. Nawet do francuskiej kawiarni w Kairze wejście odbywało się przez checkpoint. Na ulicy wołają zaś „welcome”… W hotelu można załatwić wszystko, od wycieczki wielbłądem po transport do stolicy. Zapakowaliśmy się do busika relacji Dahab-Kair. Razem z nami jechał policjant w cywilu, dlatego też bez kolejki przeszliśmy kontrolę pod Kanałem Sueskim. 
Za Kanałem Sueskim
Byłam bardzo ciekawa i podekscytowana na myśl o jeździe przez ten kanał, gdyż jest to miejsce, o którym się wielokrotnie uczyłam na geografii, o niesamowitym znaczeniu strategicznym. Dlatego też przejazd pod nim obywa się strzeżonym tunelem – wygląda to jak normalna kontrola graniczna.
Muszę powiedzieć jedno – w wielu miejscach wzbudzaliśmy zainteresowanie. Kobiety w tym miasteczku praktycznie nie wychodziły na ulice, lokalnych kobiet widziałam może ze dwie, nie licząc dzieci. Rodzina egipska poprosiła mnie pod piramidami, żebym zrobiła sobie z nimi wspólne zdjęcie. Poruszając się zwykłymi ulicami, nie taksówką ani nie autokarem, spotykaliśmy się z entuzjazmem lokalnych mieszkańców.
Odnoszę wrażenie, że większość wczasowiczów jedzie do kraju faraonów tylko do kurortu, potem pod piramidy i z powrotem do hotelu. Agencje turystyczne sprzedają potencjalnemu podróżnikowi marzenie o czystej niebieskiej wodzie, palmach i zabytkach starożytności. Nie można odmówić piękna Morzu Czerwonemu, majestatu piramidom, bogactwa zbiorom Muzeum Kairskiego, potęgi Nilowi, ogromu surowym pustynnym skałom. Jednak Egipt poza tymi oazami dla gości jest zupełnie inny…
Egipt poza kurortowymi obrazkami
Przede wszystkim widać dzielnice biedy. Jest to widok szokujący. Jadąc taksówką przez Kair, z okna można obserwować, jak żyją ubożsi obywatele. Wysokie bloki, pomiędzy nimi wąskie i zaśmiecone uliczki. Niektóre budynki stoją metr od siebie, można by sobie podać z okna do okna garść daktyli bez żadnego problemu. Dołem jadą trzydziestoletnie busiki, skutery, na których siedzą całe rodziny, oczywiście bez kasku, poobijane samochody, wózki ciągnięte przez osiołki. Co dla mnie było niemal dystopijne, z estakady widać było dzielnice ciemne, w oknach mimo późnej pory paliło się jedynie kilka świateł, za to ulice rozświetlał blask billboardów reklamowych. Niektóre domy były niedokończone, inne miały zburzone ściany (widać było kafelki na ścianie albo kolorowe pokoje dziecięce), aby poszerzyć drogę…
W Gizie pomiędzy blokami zdarzały się pola uprawne albo stajnie na parterze dla koni, wielbłądów czy osiołków. Zwierzęta te budziły we mnie współczucie, nie wyglądały na dobrze traktowane. Co zdziwiło mnie, dorożkami pod piramidami jeździło dużo miejscowych. W drodze na Górę Synaj (2 285 m n.p.m.) dogonił nas mały osiołek, niosący dzielnie na grzbiecie dostawę soków i napojów na górę.
Hałaśliwe, tysiącletnie dziedzictwo
Zaśmiecone i nieliczne skwerki, harmider, kakofonia klaksonów i głosów. Aby wejść do ogrodu trzeba kupić bilet wstępu. Tego w przewodnikach i folderach reklamowych nie napiszą. Pensja minimalna wynosi tu równowartość 350 zł, jest to niecałe 90 dolarów. Nic dziwnego, że w tym kraju każdemu zależy na robieniu dobrego wrażenia na turystach, chcą, abyśmy ich odwiedzali, przywozili dolary, dawali szansę na zarobienie lepszych pieniędzy. Są też inne dzielnice, na przedmieściach, z wielkimi pięknymi domami, szerokimi alejami, ogrodami dającymi wytchnienie od upałów, klimatyzowanymi centrami handlowymi. Jak dowiedziałam się od dziewczyny poznanej w busiku do Kairu, Egipt jest społeczeństwem klasowym. Za to wszystkich obywateli męczy to samo co w Polsce – inflacja i rosnące ceny mieszkań. Problemy mamy wszyscy, różni się tylko skala, jednak mierzenie się z trudnościami moim zdaniem jest czymś, co nas wszystkich do siebie zbliża jako ludzi.
Trzymam kciuki za egipskie marzenie. Każdy powinien mieć szansę, aby godnie żyć. Niesprawiedliwym wydaje się kontrast pomiędzy blokowiskami, przedmieściami i turystami. Chciałabym, żeby mieszkaniec zarówno domku na pustyni, jak i osiedla w stolicy mieli szansę rozwoju. Egipt liczy na turystów. Odlatywaliśmy z nowego lotniska Sphinx Giza International, postawionego od zera na środku pustyni. Duże i piękne lotnisko, lecz puste. Zachęcam każdego, kto przyleci, aby przespacerował się bez przewodnika i obstawy po Kairze, aby złapać szerszą perspektywę na Egipt, a także na swoje życie. Choć nasze problemy są różne, to nas wszystkich łączą marzenia.
Aleksandra Siuta
Członek Koła Naukowego Kultury i Prawa Wschodniej Słowiańszczyzny
działającego przy Wydziale Prawa i Administracji UJ

 

Obraz wyróżniający: Szczyt Góry Synaj. Autorstwa Tamerlan z polskiej Wikipedii – Na Commons przeniesiono z pl.wikipedia., Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=8015457