Czychowskiego krajobrazy pamięci / Maciej Gieysztor

0
400

[Poniższa recenzja, której autorem był mój przyjaciel, dziennikarz, Maciej Gieysztor, powstała w związku z wystawą, którą organizowałem w 1996 roku. Pół roku po śmierci naszego przyjaciela Mieczysława Czychowskiego. Maciej twórczość Mietka znał bardzo dobrze.  Był nią zafascynowany niemal od zawsze. Tematem jego pracy magisterskiej były wzajemne  związki malarstwa i poezji w twórczości Czychowskiego. Miałem wówczas możliwość kierowania Galerią PUNKT, którą chciałem prowadzić jako rodzaj ajencji, zatrudniałem nawet w czasie wakacji studentkę (córkę dziś znanej artystki, a co może ważniejsze, dziś wybitną filozofkę, która  – jak słyszałem – wykładała nawet na UW). Recenzja ta została zamieszczona w wydawanym wówczas przeze mnie, a redagowanym wspólnie z Andrzejem Waśkiewiczem,  „Autografie”. Znaczną część prac na tę wystawę dostarczył znany kolekcjoner Antoni Żabczyński.]

Czychowskiego krajobrazy pamięci

„Wszystko com stracił przykryte rzęsami spoczywa we mnie” – pisał w jednym z dawnych wierszy ten obdarzony dwurodnym talentem twórca, który pomimo czterdziestu lat spędzonych w Gdańsku korzeniami nadal wrasta w uboga glebę kurpiowskich pól i łąk, dzielonych zakolami Narwi i ciemnymi płatami lasów. Te pejzaże dzieciństwa wraz z widokami srebrzących się wśród wzgórz kaszubskich jezior, które urzekły chłopskiego syna bardziej niż gotyckie cegły Starówki, towarzyszą malarzowi-poecie od dziesięcioleci. Dzisiaj, kiedy wkroczył już w wiek obrachunków z przeszłością, może bardziej niż wcześniej. Mieczysław Czychowski nie rozstawia swych sztalug w Chmielni, czy Wdzydzach. Maluje zapamiętale, bo te obrazy są w nim zapisane. „krajobrazy opadają z nas – i tylko światło unosimy dla pocieszenia oczu”.

Z satysfakcją i przyjemnością obejrzałem niedawną wystawę w Galerii GTPS przy Chlebnickiej. Satysfakcją, bo w tych pastelach i rysunkach powstałych w ostatnim, trudnym dla artysty okresie choroby i rekonwalescencji odnalazłem znane mi z dawnych prac Czychowskiego motywy, przyjemnością, bo to rysowanie i malowanie wydało mi się jakby bogatsze w wyrazie, wysmakowane w kolorze przypominającym – zwłaszcza w barwnych portretach – paletę niderlandzkich mistrzów. Gdyby nie tak złe konotacje tego określenia z przeszłości, chciałoby się rzec: „ten sam i nie taki sam Czychowski”. Stary lew jeszcze raz zaryczał…

Autor jest wierny sobie i to dobrze. Ta sama zagęszczona kreska, w pastelach przechodząca w secesyjne niemal zawijasy. Koślawe wierzby „w łąkach błądzą po omacku” podając sobie obłoki, jak „pierzyny w słonecznych powłokach”. Polne ścieżki, które „w kłąbek już zwinął nad stawem”, ciemnego lasu nad rzeką, jak szpalery wojska szykującego się do ataku.

Kluczem jednak do zrozumienia tego, co „gra w duszy artysty” są nie pejzaże, lecz portrety. I te miniaturowe, rysowane dziesiątkami na szpitalnym łóżku, i te w pełni skończone pastele, nasycone złamanymi żółciami, ugrami i czerwieniami. Dramatyzm ust otwartych jak do krzyku i hieratyczny sposób podwójnych wizerunków, jakby zdjętych znad podwójnego również, małżeńskiego łoża. Trzymane na rękach przez postaci gęsi i diabełki podkreślają wiejskie, ludyczne źródła tej twórczości. Te portrety to również „krajobrazy pamięci”, próba ocalenia tego, co przemijające.

„Tu gdzie byłem – nie ma mnie.
Tu gdzie jestem – nie ma mnie.
Tu gdzie będę. Czy będę…”

Maciej Gieysztor, Gdańsk 1996

                                [Tekst za pismem „Autograf” nr 2 (26) sierpień/wrzesień 1996]

Obraz wyróżniający za: szczecinek.com/artykul/kim-byl-mieczyslaw/207983