Budda (Z cyklu: Cienie na ścianie) /  Marek Weiss Grzesinski

0
276

Warto cofnąć się w czasie i przyjrzeć się, jak na długo przed mistycyzmem chrześcijańskim w innej części świata pojawił się mistycyzm najbardziej oddalony od rzeczywistości, pozbawiony tej źródłowej metafory jaką była jaskinia Platona. A przecież powstał w szóstym wieku przed Chrystusem, a więc sto lat wcześniej, niż idealistyczny system grecki. W dalekich Indiach podobnie jak na Bliskim Wschodzie i w rodzącej się na wzgórzu ateńskim Europie, ludzie zastanawiając się nad swoją tożsamością i dalszym losem wsłuchiwali się w swoją intuicję. Podszeptywała im, że ponad ich widzialnym światem, poza odczuwalną zmysłami rzeczywistością musi istnieć jakiś wyższy porządek bytu, niż ten, który jest im dostępny, a który niestety wydaje się bardzo niedoskonały i uciążliwy. Pragnienie dotarcia do prawdy o tym „wyższym porządku” stała się dla wrażliwych i myślących ludzi potrzebą pierwszej wagi, często bardziej istotną dla osiągnięcia błogiego zaspokojenia ciekawości, niż nasycenie organizmu jadłem i napojem, czy zmysłów rozkoszą. Pojawiła się w różnych częściach świata, niezależnie od siebie, potrzeba odsunięcia od siebie tych podstawowych dążeń właściwych zwierzętom i ludziom, którzy poza zwierzęcy instynkt się nie wychylali. To odsunięcie polegało na wstrzemięźliwości prowadzącej do ascezy i życia oddalonego od ludzi. Pustelnicy – asceci cieszyli się wielkim szacunkiem. Ich wytrwałość i siła woli imponowała przeciętnemu człowiekowi, dla którego odmawianie sobie pożywienia i seksu były tajemniczym i nieosiągalnym dla większości poświęceniem. Widocznie powód takiego poświęcenia musiał być doniosły, więc budził zainteresowanie i z góry wydawał się wiarygodny. A cóż dopiero, gdy okazywało się, jak doskonale rymował się z powszechną intuicją, że chyba istnieje świat ducha inny, piękniejszy i potężniejszy niż świat ciała i jego banalnych potrzeb. Najważniejsze, że świat ducha gwarantował jakieś metafizyczne życie po życiu. A przecież śmierć od zawsze była największym utrapieniem ludzkości. Jaka jest więc prawda? Jak do niej dotrzeć? Zmysły i rozum są w tym zadaniu bezradne. Trzeba się ich wyrzec, żeby nie przeszkadzały. Budda na tysiąc lat przed chrześcijańskimi mistykami odkrył, że poznanie prawdy jest możliwe tylko w stanie nirwany, ekstatycznego uniesienia ducha pozbawionego ciężaru, jakim są wszystkie kłopoty związane z ciałem i jego nieustannymi cierpieniami. Mistycyzm wschodni tak skutecznie zapłodniony przez wielkiego nauczyciela rozkwitał przez wieki i kwitnie do dzisiaj przetransponowany do społeczności zachodnich, zmieszany z tęsknotą ludzi ogłuszonych i umęczonych cywilizacją techniczną, która tylko nielicznym zapewniła szczęśliwy żywot. Rozliczne szkoły medytacji, jogi, ćwiczeń zen i wstrzemięźliwości konsumpcyjnej są dzisiaj obok wielu religii wciąż tak przedziwnie żywotnych bujną glebą wierzeń metafizycznych, mających służyć człowiekowi w walce z bezlitosnym żywiołem rzeczywistości, przyrody i prawd naukowych, które wciąż nie są dość przekonujące, że żadna metafizyka nie istnieje i to, co Platon nazywał światem idei, jest tylko wymysłem kultywowanym, umacnianym i wielbionym przez pokolenia. Kiedy próbujemy zrozumieć dzisiaj przesłanie, jakie pozostawił po sobie Budda, wczytując się w jego przekazane przez ustną tradycję, a potem przez niezliczone zapisy, słowa, to zwraca uwagę jego natrętne łączenie szczęścia i przyjemnego życia z koniecznością oderwania się od materialnych potrzeb i cielesnych pragnień. One prowadzą do cierpień i przedwczesnej śmierci. One psują więzi pomiędzy ludźmi i pozostawiają człowieka w rozpaczy oddalania się od prawdy. Nie ma w mistycyzmie Buddy osoby Boga, jaka jest w większości religii, ale jest owa nadrealna Moc, od której wszystko pochodzi i na której wszystko się kończy. W starożytnej religii Indii bogów jest wielka ilość, jak w mitologii greckiej, jak we wszystkich wierzeniach politeizmu wywodzącego się z obserwacji natury i prób ułożenia sobie z nią jakiegoś znośnego życia. Religie monoteistyczne wykształciły przekonanie, że istnienie Boga jedynego, stwórcy i władcy świata daje człowiekowi większe wsparcie w walce z naturą, wywyższa go z jej chaosu i pokazuje mu drogę do życia wiecznego w rzeczywistości, której nie trzeba badać i udowadniać. Trzeba ją czuć i miłować, a wszelkie rozterki poznawcze znikną. Budda nie kreując osoby Boga zastąpił jednak wszystkie bóstwa natury jedną jedyną Siłą metafizyczną, z którą człowiek jest w stanie połączyć się i zaznać ukojenia w nirwanie, jeśli tylko przejdzie odpowiednio długą i trudną drogę wyrzeczeń i ćwiczeń. Zawierzenie jego słowom, zaufanie do nauczyciela i podzielanie jego wiary jest wymogiem koniecznym jak we wszystkich religiach, które uczą, że jest jakiś świat idealny, którego zwykły człowiek nie pozna i nie może w nim zamieszkać, jeśli nie posłucha wskazówek Mistrza, Proroka, Nauczyciela – jakkolwiek się go nazwie. Bez niego metafizyka nie istnieje, bo któż powie cokolwiek prawdziwego, jeśli nie ten, co zaświadcza swoim słowem, że poznał prawdę i dostąpił zaszczytu jej przekazywania innym?

                                               Marek Weiss Grzesinski

                             fot. Budda na moim biurku

[Tekst publikowany był pierwotnie na Facebooku pana Marka Weiss Grzesińskiego. Tu za zgodą autora.]