Patrząc mi w oczy, Boże,
zaglądasz w głąb mojej duszy –
brudnej, nieczystej, poranionej,
(obserwujesz, jak wyrastają mi rogi).
Wstydzę się być naga
wewnętrznie,
obnażać słabości i lęki,
kłaść je na tacy
(widzisz, jak dymem pieszczę swe płuca).
Oddycham ciężko,
jakby w krtani tkwił nóż,
odliczam ostatnie tchnienia
(spoglądasz na moje cierpienie).
Igram z ogniem,
z każdym krokiem
bliżej mi do przepaści
niż do Ciebie, boże –
(patrzysz, jak się osuwam).
———–
nie wszystko we mnie
chce być dotknięte
mam skórę z pytań
i kości z decyzji
są miejsca
które zmieniają kształt
gdy ktoś patrzy
zostawiam je w półcieniu
jak rzeczy, których się nie wypowiada
czasem znikam
poza ramą
która lubi układać
tam nie muszę pasować
ani zgadzać się z własnym odbiciem
jeśli coś zostaje
bez spojrzeń
bez użycia
to znaczy, że
prawdziwa jestem tylko wtedy,
gdy nikt nie ma mnie na oku
a autentyczność zaczyna się tam,
gdzie przestaję się nadawać
———–
zielony nie jest kolorem
to stan skupienia grzechu
nalewam go więc do szkła
cukier na łyżeczkę
po francusku- łykam go w całości
bez wstydu
do dna
kobiety z ptasimi głowami
siadają mi na języku
i każą mówić rzeczy,
których nie chcę pamiętać
ciało to tylko pokój na godziny
a dusza to brudna pościel po wszystkich decyzjach
ich śmiech spada między moje zmysły
skręca powietrze w ciasną spiralę
i każda myśl staje się cieniem
który tańczy w szklance-
zielony, gęsty, nierozplątywany,
i zostawia język sparaliżowany
między „nie” a „tak”
a język mam ciężki
jak słowa, które połknęłam
zamiast nimi rzucić
więc teraz zwracam je powoli
jedno po drugim
lepki alfabet winy
można być katastrofą
i mieć na to metaforę
———–
nikt nie usłyszał momentu,
w którym zaczęliśmy mówić do siebie szeptem
nawet wtedy, gdy byliśmy sami
zegar, który przez lata wisi w tym samym miejscu
nagle zaczyna się spóźniać
o kilka sekund dziennie
prawie niezauważalnie
miłość wciąż tu jest-
siedzi między nami przy stole,
dotyka naszych nadgarstków,
jakby sprawdzała puls
tym samym czułym dotykiem
którym kiedyś trzymała nasze dłonie
i bije
tylko trochę nierówno
tli się w popiele własnej
niewystarczalności
———–
Było we mnie miejsce,
które zadrżało na dźwięk
czegoś znajomego.
Przecięliśmy się
w nierozpoznanym miejscu milczenia
gdzie czas się zatrzymał, jakby go nie było.
Cisza, która minęła,
znów ma swoje miejsce
w przestrzeni, gdzie wszystko jest możliwe.
I nikt nie wie,
czy to jeszcze cud,
czy już przeznaczenie.
———–
nigdy nie byłam piękniejsza
niż w twoim milknącym zachwycie
gdy patrzysz, jakbyś znał mnie
z innego języka
twoje słuchanie
to jak deszcz spadający tylko tam,
gdzie jestem naga od słów
i nie muszę nic mówić,
żebyś wiedział,
że moje serce,
to jedyne zwierzę,
które nauczyło się, jak zostać
bo nawet jeśli błądzę,
to jesteś miejscem,
w którym chce się zgubić.
Sandra Orlikowska (Sindi)







