nie my
piszę o sobie czy piszę osobie
gdzieś w prostopadłym świecie
odpakowane leżą moje metafory
i krzyczą w ostrzejszym słońcu
może nie umie pisać i czytać
więc tylko kreśli wiersz doskonały
nie szatkowany ramą nie powgniatany w zgłoski
krążąc w żyłach burzy się
kiedyś po prostu spłynie
rzeką trzeciego świata
choć to ja pokażę kwit na cierpienie
szary sweter
miałaś być nam niezmienna
niczym grunt pod nogami
teraz nie mogę patrzeć
i nie chcę nie widzieć
jak dobrze że cię mam
w głowie
teraz ja noszę za tobą
wspólną pamięć
o której przestaliśmy rozmawiać
tak jakby była zbyt oczywista
by jej nie ufać
gdybyś tylko czasem mogła
kiwnąć głową: tak było
to łatwiej by się trzymało
przeciekający przez palce
szary sweter
N.N.
czasami znienacka mi gdzieś znikają
niektóre palce albo zwyczajnie
rzadziej przypominają o swoim istnieniu
meldując się tylko w mgliste
rocznice i z wczesnym zmierzchem
kładą w chłodzie na parapetach
czasem zadrapię się w tamtym
miejscu na plecach i jakby brakowało
blizny albo napisu czyjąś dłonią
całej połaci skóry już tak nie czuję
przychodzi też chęć by poszperać za
uchem w poszukiwaniu głosu ale
tam jakiś suchy świerszcz a z lustra
spogląda na niego mój
cichy wzrok
online
wystygła kawa. gwiazdy toną
w kwarcowym lustrze, wyciętym z czerni
jak otwarte okno. świerszcze brzęczą, wyczekując
drgnięć pod taflą.
możemy niemal zetknąć dłonie; w pustce pomiędzy
rodzą się myśli, przepływają tysiące węzłów
i giną w okach sieci.
potem klik i horyzont maleje do punktu
na mapie bez współrzędnych. jak duch
rozpływasz się w obwodach.
w mroku majaczy
poblask spod półprzymkniętych powiek.
skojarzenie muzyczne:
Lech Janerka – „Pieśń mijających się wielorybów
blisko życia daleko
piszesz na paskach słońca sukiennej kratce
w musie owocowym na palcach
w skwarze i pocałunku
chłodnym kształcie
chciałbym żeby te miękkie dłonie
pływały pomiędzy wersami
doskonale
nie rozpuściły się jak powidok
albo co gorsza przybrały dziwne kształty
puchnąc czymś z dna
nim zastygną
bezpieczniej mi pisać o literach
rigor mortis
co gdyby zmarli jeszcze przez chwilę myśleli
o tym co stało się z nimi i co się stanie
gdyby powoli zyskiwali świadomość
procesów które zaczynają trawić im ciała
gdyby patrzyli śmierci w plecy
nie mogąc uderzyć jako pierwsi
gdyby bez metaforycznych butów tkwili
do kolan a potem do pasa w niepojętej pustce
można być pewnym że taki stan nie jest możliwy
Dekalografia
To mówi Pan, Styl twój,
Styl twoich braci i sióstr
oraz twojego potomstwa
do siedemdziesiątego siódmego wydania:
oto nie będziesz miał innych stylów,
a twoje wiersze będą liczne
i pełne wyróżnień będą twoje półki.
Niech twoje wersy nie zadrżą rymem,
w strofach niech błyszczą laminat i światłowód;
niech będą równe i spokojne niczym ciała
Rymokletów poległych pod Idiomem,
zaś słowa perlą się niby nazwy potęg:
Anafilaksji, Panspermii, Entropii
albo Epinefryny, albo Limfy, albo Kwantu
i każdego motywu, który należy do mnie.
Liryku z pokolenia wołającego na puszczy –
z ust swoich wypluj zrozumiałe frazy,
a jeśli ręka przywodzi cię do złego, odrąb ją
i razem z piórem odrzuć jak najdalej
od siebie, aby nie gorszyć
serc maluczkich.
Nie będziesz miał innych stylów przede mną
jak i po mnie,
albowiem wtedy wiersze oraz publikacje twoje
staną się liczne niczym ziarnka piasku
na pustyni.
Płaszcz
Pewnego dnia stwierdziłem, że znów jest mi zimno.
Wypożyczyłem więc płaszcz i wsunąłem się ostrożnie.
Poczułem, jak mrowienie przenika skórę, dociera
do płuc, rozwiera usta, zmusza do zaczerpnięcia
i zwrócenia oddechu.
*
Zadomowiłem się w nim. Dopasowałem kroje,
by nic nie uwierało, szorstkie swetry starły się
o wnętrze. Nosiłem go niczym skórę. Topił śnieg
na barkach, dźwigaliśmy chmury, wiatr
szarpał, a ja kurczowo ściskałem poły.
Niemal zapomniałem o zwrocie, a przecież
zbliżały się ciepłe dni.
Poczułem się jak złodziej albo
zabójca płaszczy. Rzekłem więc zawstydzony:
– Płaszczu, zrobię to tak,
że nic nie zauważysz:
proszę, oto wieszak
– a on stał w lustrze
i nawet nie drgnął.
po to
aby domyślić co się uczuło
i poukładać w nadobnej ramce
dotknąć swojego istnionka
i nim zaważyć składam
na gmach literalny
mieszam zaprawę na nowo
w rytmie wnet uśrednionym
by nie podrażnił zewnętrznego
ucha nadstawiam i nie jestem
pewien czy staję się
wierszem
przypisy
czy to ja tworzę
czy jestem tworzonym
dziełem sztuki
na ile
waszym
światłem przysposobionym
w pryzmacie skóry
granicy której
nie widzę
nie poznaję
Szymon Florczyk







