WSZYSTKO CO NIEZAPISANE, ZOSTANIE UTRACONE / Łukasz Hawro

0
379

Migawka otwiera się i zamyka. Na ten ułamek sekundy, w wizjerze, spotyka mnie tylko ciemność. Obraz, w postaci światła, zapisuje się na światłoczułej błonie tak, jak informacje zapisują się w naszej głowie. Upływający czas rozmywa, zniekształca, a nawet, bez skrupułów, przekłamuje to, co zostało zapisane. Nasz umysł jest jednak znacznie bardziej skomplikowany niż film fotograficzny. Gdyby wejść do niego jak do pokoju, nasze możliwości poznawcze nie ogarnęłyby tej nieskończonej głębi. Co widać na pierwszy rzut oka, co się kryje w tych wszystkich pudłach, a przede wszystkim, czego już nigdy nie odnajdziemy. 

Ten dużo starszy ode mnie aparat, wiszący na mojej szyi, ma mi pomóc w utrwalaniu. Być może, stawiam ten cel nawet na równi z manifestacją swojej artystycznej wizji rzeczywistości. Lubię to uczucie, gdy przechadzam się po mieście i mam absolutną wolność w ocalaniu tego, co przeminie za dziesiątki lat lub za kilka sekund.

Jednak w tym miłym uczuciu, kryje się czasami perfidna iluzja. Czy nie jest tak, że im większą ilością narzędzi dysponujemy, tym mniej tak naprawdę zapamiętujemy z życia? Przecież, żeby cieszyć oczy ładnym kadrem, musimy mieć go przed oczami. W naszej pamięci, po upływie czasu, pozostanie tylko zniekształcona forma, dopóki nie zobaczymy go ponownie. Podobnie bywa z numerami telefonów, mądrymi cytatami lub prostą listą zakupów. Przy całym dobrodziejstwie rozwoju i technologii, musimy mierzyć się ze skutkami ubocznymi. Chciałbym powiedzieć, że mi to wychodzi, jednak musiałbym ugryźć się w język, gdy ktoś mnie zapyta przy okazji, ile numerów telefonu pamiętam albo o czym dokładnie był ten fascynujący artykuł, który czytałem parę dni temu i czy na pewno nie pomyliłem kilku faktów.

Staram się o tym nie myśleć. Może to, co jest warte zapamiętania, po prostu się pamięta? Oby właśnie tak było.  

*

– Jutro? Fantastycznie! A która godzina panu odpowiada?… To bardzo dobrze się składa. Wpadnę do pana przed pracą. Jeszcze raz, w imieniu całej biblioteki, bardzo panu profesorowi dziękuję za takie podejście do sprawy… No, i wzajemnie. Do zobaczenia.

Odkładam telefon na miejsce i wracam do swoich spraw. Jednak, z tyłu głowy wciąż analizuję rozmowę sprzed chwili. To naprawdę rzadko spotykana sytuacja, żeby taka persona, jaką bez wątpienia jest Jan Rakowski, emerytowany profesor naszej uczelni, zainteresował się sprawą przetrzymanych książek sprzed ponad dwudziestu lat. Co prawda, jest to jego zaniechanie, lecz czy musiał się tak zachować, skoro nikt się do niego nie odzywał w tej sprawie?

Akcję odzyskiwania zaginionych książek, prowadziłem odkąd tylko zostałem przyjęty do biblioteki. W pierwszej kolejności, musiałem wszystko uporządkować. Sprawdzić każde konto, sporządzić listę, zamknąć całość w przejrzystej, excelowej tabelce. Zdarzały się niekiedy trudne, wieloletnie przypadki, jak ten z profesorem Rakowskim. Właściwie, byłem pogodzony z tym, że dużej części zaginionych egzemplarzy już nie odzyskamy. Listy, maile, telefony szły w ilości hurtowej. Czasem zdarzyło się, że ktoś odpowiadał po drugiej stronie. Przepraszali, obiecywali, ale i narzekali. „Wie pan, od ilu lat już nie studiuję?”, słuchałem cierpliwie. Czułem się wtedy jak bezduszny komornik. Niepotrzebnie i bezpodstawnie. Wykonywałem tylko swoje obowiązki, z poszanowaniem dłużników, nie żądając niczego, chcąc tylko odzyskać jak najwięcej książek. Dlatego ujęła mnie tak życzliwa reakcja profesora Rakowskiego. 

Przygotowując się do wizyty, sprawdzam na mapie dokładny adres. Okazuje się, że kamienica, w której mieszka profesor, mieści się w bardzo ciekawej lokalizacji, z przejrzystym widokiem na wrocławską elektrociepłownię, której wysokie kominy podglądają mnie chyba w każdym zaułku miasta. Pozostawało wyłącznie kwestią czasu, kiedy pojawi się przed moim obiektywem. Jak już wspomniałem, oprócz czysto artystycznych ambicji, zależy mi na utrwalaniu rzeczywistości. Czuję się nawet w obowiązku, aby uwieczniać to, co mnie otacza. Jeśli kiedykolwiek zapomnę jak wygląda moje miasto, wystarczy zajrzeć do tych zdjęć i zaspokoić swoje pragnienie.

Z rana, uderza mnie w nozdrza świeże, zimowe powietrze. Słońce zawieszone nisko nad horyzontem, nie tylko wydłuża cienie, ale również mile ogrzewa. Dzięki temu, na bluzę mogłem założyć cienką dżinsową kurtkę, a niekoniecznie długi, gruby płaszcz. Brama kamienicy, w której mieszka profesor, stoi otwarta, dlatego nie dzwonię domofonem, tylko wchodzę, jak do siebie. Numer mieszkania wskazuje na wysokie piętro i okazuje się, że jest to ostatnie z nich. Zatrzymuję się na półpiętrze. Przez szybę, widok majaczy niewyraźnie, więc otwieram okno. Nie od razu sięgam po aparat. Pozwalam sobie zastygnąć w miejscu, odetchnąć i podążać wzrokiem za kłębami dymu uciekającego z komina. Ucieka również dzień, więc w końcu wyjmuję aparat z plecaka i zawieszam na ramię. Zawsze zawieszam swój aparat na ramię. Nieśpiesznie wybieram czas ekspozycji i przysłonę, w czym pomaga mi światłomierz. Lewe oko przystawiam do wizjera, regulując ostrość. Lubię ten moment. Czuję wtedy, jakby dzięki mnie, świat nabierał wyrazu.

– To chyba pan z biblioteki, jak dobrze zgaduję – słyszę starszy głos za sobą.

Prostuję się na te słowa i obracam, opuszczając aparat. Właściwie, nie wiedząc czemu, zdejmuję go i zaczynam chować do plecaka.

– To pan, prawda? Proszę powiedzieć, że to pan, bo wyjdzie trochę niezręcznie – uśmiecha się swoją całą siatką zmarszczek i gęstym, siwym wąsem.

Przytakuję nieśmiało. Oczywiście, że to ja jestem tym „panem z biblioteki”, lecz z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu czuję się speszony, jakbym został przyłapany na próbie kradzieży widoku z okna cudzej klatki schodowej. 

– Jan Rakowski – wyciąga rękę w moją stronę. W drugiej, trzyma siatkę ze świeżymi bułkami. Już wcześniej dotarł do mnie ich zapach.

– Nikodem Wierzyński – ściskam dłoń, odwzajemniając uśmiech, który nie schodzi z twarzy profesora.

– Zdaje się, że przeszkodziłem panu z tym zdjęciem, prawda? Zrobi pan z mojego okna. Tam też jest ładny widok. Chodźmy – przekonuje, ująwszy mnie za ramię. Drobna postać profesora tonie w beżu prochowca. Wygląda na osobę bardzo starą, lecz przeczą temu jego stanowcze gesty, żywa mimika i wyrazisty głos. Z takim przejęciem opowiada o latach pracy na uczelni, że nawet nie zauważam, kiedy nieznane, ciemne pomieszczenie zaczyna otaczać mnie swoją aurą. Każda ze ścian tego niewielkiego pokoju to regały pełne książek, skazanych na łaskę światła dziennego, odkrywającego ich grzbiety.

Profesor tłumaczy, że zapomniał się przygotować przed moją wizytą. Otwierając okno, daje mi do zrozumienia, abym skończył to, co zacząłem na klatce. Ponownie więc przystawiam oko do wizjera, aby chłonąć ten sam widok, co chwilę wcześniej. Nie spieszę się z pociągnięciem spustu. Może to lubię najbardziej. Ten moment przed. Migawka otwiera się i zamyka. Kolejny kadr ocalony.

– Nie, to nie to… Cholera jasna, za przeproszeniem – stukot książek staje się coraz intensywniejszy, jakby to one same były zirytowane faktem, że ta jedna nie chce się znaleźć, że gdzieś się sprytnie ukrywa – Nie znajdę jej, panie Nikodemie, nie przypomnę sobie, gdzie ją posiałem… – siada zrezygnowany w fotelu.

– Panie profesorze, w porządku. Widzę, że udało się znaleźć prawie wszystko, a to więcej niż nic. Dla naszej biblioteki to dużo – uspokajam.

Patrzy na mnie wzrokiem badającym szczerość tych słów, dlatego muszę mówić dalej.

– Umówmy się, że jeśli pan profesor kiedykolwiek odnajdzie tę książkę, to skontaktuje się pan z biblioteką i nie będzie dla mnie żadnym problemem, aby podejść tu w wolnej chwili. 

Zastanawia się przez chwilę. Wygląda przy tym naprawdę dostojnie, mimo tego całego zmęczenia gorączkowymi poszukiwaniami. Światło bijące z okna, rozświetla siwiznę jego włosów oraz podkreśla rysy twarzy, poszarpane przez czas tak długi, że ludzie w moim wieku mogą postrzegać go w kategoriach nieskończoności. Ta cisza trwa wyjątkowo długo. Nie ośmielam się jej przerwać. Chwilowy grymas na twarzy profesora, jakby spowodowany jakimś bólem, niepokoi mnie trochę, lecz nie reaguję. Wyrywając się z zadumy, przystaje na moją propozycję, którą pieczętujemy serdecznym uściskiem dłoni. Profesor zachęca, abym został jeszcze na herbatę. Niestety wszystko mam wyliczone co do minuty i muszę już iść do pracy. Galopując schodami w dół, zamykam za sobą okno na półpiętrze, zniekształcając dym nieprzerwanie uciekający z komina elektrociepłowni.

*

Miesiąc później

Szokujące nagłówki, ładne obrazki, śmieszne filmiki i memy z pieskami. Przyznaję, że przerwę w pracy mógłbym wykorzystywać w odrobinę inny sposób. Pozwalamy zalewać się wodospadem niekończących informacji z zewnątrz, najczęściej zupełnie niepotrzebnymi. Jakbyśmy własnych myśli mieli za mało. 

Na szczęście, na biurku, czeka na mnie paczka, zwiastun pożytecznego zajęcia. Kończę kanapkę, odkładam telefon i łapię za nożyczki. Chyba nikogo nie zaskoczę tym, że w środku znajduję książki. Jedna ze studentek znalazła je i odesłała „tam, gdzie ich miejsce”, jak przekonuje w dołączonym krótkim liście. Mogę więc oznaczyć jej nazwisko na liście dłużników, satysfakcjonującym zielonym kolorem. Takich przypadków jest coraz mniej. Ci co mieli oddać, już oddali, a  pozostali już nigdy tego… nie zrobią? Waham się, gdy zauważam nazwisko profesora Rakowskiego i ogarnia mnie fala irytacji. Parę dni temu oznajmił mi dumnie przez telefon, że znalazł ostatnią brakującą książkę. Obiecałem mu, że odezwę się do niego, gdy tylko wrócę z weekendowego wyjazdu do Warszawy, a mamy już czwartek i oczywiście tego nie zrobiłem. Od razu łapię za telefon i przepisuję ciąg czerwonych cyfr, nie chcąc już tracić ani minuty, jakby miało to przywrócić upłynięte dni. Niestety, po drugiej stronie odpowiada mi jedynie monotonny sygnał. Może po prostu odwiedzę profesora bez zapowiedzi? W niczym mu zapewne nie przeszkodzę, co więcej, pewnie ucieszy się z mojej wizyty. Przeproszę go za kilka dni zwłoki, napijemy się herbaty, a biblioteka odzyska kolejną książkę sprzed lat. 

*

Do autobusu linii 128 wsiadam z telefonem przy uchu. Rozmowa z ciocią się trochę przedłuża, a miały wystarczyć krótkie życzenia urodzinowe. Nie miałem  czasu wcześniej zadzwonić. Tak sobie tłumaczę, gdyż tak naprawdę, tego dnia, mogłem to zrobić kilka razy. 

– Dzień dobry, bilety do kontroli – słyszę znudzony głos ledwo dochodzący z drugiego końca autobusu. Sztywnieję w bezruchu.

– Muszę kończyć, ciociu. Pa, pa.

„Halo, Nikoś, co mówiłeś?…”

Rozglądam się na boki. Są z obu stron. Będą przy mnie, zanim dojedziemy na kolejny przystanek. Nie kupię już biletu. Kasownik jest zablokowany. Bardzo powoli zbliżam się do drzwi. Tak naprawdę chcę wylecieć razem z nimi. Zauważa to jeden z kontrolerów, który natychmiast znajduje się przy mnie i powtarza tę samą formułkę, co zawsze.

– Dlaczego ominął pan tych wszystkich ludzi? – pytam zaczepnie.

– Bo nie ma pan biletu.

– A pan nie ma legitymacji – zauważam.

– Mam, zawinęła mi się. Proszę bardzo – nawet nie przesuwa jej w moją stronę. Nachylam się, lecz przez stres, nie potrafię nic odczytać. Nawet nie wiem, do kiedy jest ważna.

– Mamy delikwenta? – odzywa się drugi kontroler. Poczuł krew. Jestem otoczony. Za mną tylko zamknięte drzwi. Stoimy na światłach.

– Dlaczego nie ma pan biletu?

– Mam zablokowaną kartę…

– Panie kierowco! Proszę nie otwierać środkowych drzwi!

– …zablokowaną w systemie. Nic nie wiedziałem.

– Proszę pokazać dowód osobisty – nie odpuszczają.

Jestem cały spocony. Najwolniej jak tylko mogę, wyjmuję portfel z kieszeni. Desperacko napieram plecami na drzwi. Te, o dziwo, otwierają się. Wypadam z autobusu, przewracając się na chodnik. Podnoszę portfel i odskakuję do tyłu.

– Złodziej! – krzyczy jeden z kontrolerów stojący w drzwiach pojazdu, w odpowiedzi pokazuję mu środkowy palec. Jestem już na swoim terenie.

Okazało się, że drzwi otworzył nieznajomy z zewnątrz. I to nie dlatego, że chciał wejść. Po prostu zobaczył, co dzieje się w środku. Nie byłem z nas dumny, ale podziękowałem mu.

– Nienawidzę kanarów, same męczybuły – ocenia, poprawiając czapkę z żółtym napisem „ochrona” – Z fartem, mordeczko!

– Z fartem, z fartem… – idę w swoją stronę, oniemiały wydarzeniami sprzed chwili. Wysiadłem dwa przystanki przed celem, więc muszę się pospieszyć. Czy ja wszędzie muszę się spieszyć?

Dobrze, że jeszcze słońce przyjemnie świeci zza kłębiastych chmur, a delikatny wiatr orzeźwia głowę. Za godzinę będzie ciemno i zimno, więc warto być wdzięcznym za cokolwiek. 

Wchodzę w bramę z rozpędu, lecz ta jest zamknięta. Dzwonię na domofon pod wybrany numer i czekam. Moją uwagę przykuwa kartka wisząca na drzwiach, ale tylko na chwilę. To nekrolog. Nawet go nie czytam. Jedynie przelatuję wzrokiem bezmyślnie jak po legitymacji kanara z autobusu 128. Te litery zostają ze mną na chwilę i układają się w coś znajomego. 

Prof. dr hab. Jan Rakowski

Oczy widzą, ale umysł nie dowierza. Chciałby odczytać coś innego. Rozumie, ale nie chce się pogodzić. Machinalnie, dzwonię jeszcze raz, uświadamiając sobie, że to przecież bez sensu. Ku mojemu zaskoczeniu, nieznajomy głos w domofonie wyprowadza mnie z tego błędu i jestem pewny, że się nie przesłyszałem. To ktoś dużo młodszy od profesora. Pewnie rodzina. Próbuję wytłumaczyć cel mojej wizyty. Wydobywa się ze mnie potok losowych słów, jąkam się, szukam brzegu. Drzwi zaczynają brzęczeć znajomo, otwieram je natychmiast. Do góry idę chwiejnym, ciężkim krokiem. Stres spowodowany incydentem z autobusu został zastąpiony absolutną pustką. Nie mam pojęcia, czego spodziewać się na górze. Czuję się trochę niezręcznie. Upominać się o książkę od zmarłej osoby? Ten bezduszny komornik, za którego się miałem przy okazji rozmów z dłużnikami, to przy mnie naprawdę miły człowiek.

Drzwi otwiera brodaty mężczyzna w średnim wieku. Jego ubranie i włosy sprawiają wrażenie, jakbym widział tylko twarz na tle nieskończonej czerni. Zaś zmęczone spojrzenie czeka na wyjaśnienia.

– Dzień dobry… znaczy… Przepraszam, że przeszkadzam w tak trudnym momencie. Pracuję w bibliotece na uczelni, w której wykładał pan profesor. Ja…  ja byłem z panem profesorem umówiony od paru dni. Widziałem na dole kartkę i…

– Pan Nikodem? – przerywa mi twarz brodatego mężczyzny. Przytakuję – Mój dziadek zostawił coś dla pana – oznajmia i znika w nieskończonej czerni, a ja stoję tak przed nią i czekam.

Wraca po chwili z zawiniątkiem w znajomym kształcie, wyłaniając się z ciemności korytarza. Moje imię widnieje na karteczce samoprzylepnej. Wnuczek profesora wręcza mi pakunek i przeprasza, że musimy rozmawiać na korytarzu. Ja rozumiem i również przepraszam. Tak po prostu. Żegnamy się bez zbędnych uprzejmości. Zapewne oboje nie mamy na nie siły ani ochoty. Zachodzące słońce oślepia mnie z każdego okna na półpiętrach, a kłęby czarnego dymu nieprzerwanie uciekają z czarnych kominów. 

Na dole, jeszcze raz zaglądam w nekrolog. Profesor zmarł we wtorek. I tak najzwyczajniej w świecie, szkoda mi, że tak wyszło. Że nie zadzwoniłem po powrocie z Warszawy. Że dałem się wplątać w inne, mniej ważne sprawy. Że zapomniałem. Przenika mnie żal, ale trudno mi znaleźć jego podłoże. Takie bezdenne uczucie, przezroczyste, ale odczuwalne. Musi minąć czas, żeby… zapomnieć? 

To chyba rzecz ludzka. Czasami robimy to świadomie, żeby uciec od tego, co niewygodne dla duszy. Jednak często świadomość, jakby złośliwie chowa przed nami to, co chcemy mieć w zasięgu. Ten jednak jest ograniczony. Należę do pokolenia, które numery telefonu ma przecież w telefonie, w poszukiwaniu tego mądrego cytatu wystarczy wygooglować strzępek informacji, a listę zakupów to podaj mi smsem. Wszystko ma swoje skutki uboczne i niby trzeba się z tym po prostu pogodzić, ale chyba warto też powalczyć o to, by lądowanie było miękkie. 

Pakunek otwieram od razu po powrocie do domu. Nachodzą mnie przy tym wręcz niepokojące myśli. Premedytacja towarzysząca przygotowaniu paczki wskazuje na to, że śmierć profesora niekoniecznie przyszła znienacka. Wolę chyba o tym nie myśleć. W środku, oprócz książki znajduję coś jeszcze.

Hala Stulecia, Dworzec Nadodrze, widok z Katedry, kilka znajomych ulic. To zdjęcia pochodzące sprzed około czterdziestu lat. Pokazują Wrocław z zupełnie innej strony. Informują też, że ich autor (mogę się domyślać, iż był nim profesor) rozumiał moją wizję utrwalania rzeczywistości. Nie wiem, czy cokolwiek wskazałoby trafniej sens tego, co robiłem do tej pory. Walki z niepamięcią nigdy się nie wygra, ale próbować trzeba.        

Łukasz Hawro

Obraz wyróżniający: File:Nikonf.jpg. From Wikimedia Commons, the free media repository