Wiersze / Jacek T. Zielinski

0
361
Obraz kynologiczno-alergiczny

 

Mężczyźni tacy jak my powiedział Bernard do swoich psów,
myślą, analizują i milczą, ponieważ często nie mają nic do powiedzenia.
Stojąc przed lustrami czują jedynie czas który się krzywi
i ich demony starzejące się razem z nimi.
Tacy mężczyźni przebierają nerwowo nogami w pajęczynach koniunktiwów
jakby był to sport, a uczeni miedzy nimi dokonują sekcji tego
co pozostało za pomocą kauzalnych nożyc.
To wszystko jest próbą obserwacji fotografii, które przemieniają się w film.
Nie dążenie do władzy uczy tutaj pokory, lecz poszukiwanie pustki.
Mężczyźni tacy jak my, szczekał w odpowiedzi jego pies, potrafią to docenić.
Teorie zmieniają się nieustannie, szczególnie podczas zachodu słońca.
Każdej nocy umiera coś, jeszcze zanim przemieni się
w pokarm nadchodzących pór roku.
Ja przeżywam jesień mojego życia, pomimo że jeszcze tyle mógłbym poznać.
Może poszlibyśmy wspólnie na pola aby dojrzeć, rozmawiając na przykład o sensie rewolucji,
albo przynajmniej pomolestować czas?
Ostrożnie, odpowiedział Bernard:
Przecież czas może być relatywny, albo w ogóle nie istnieje.
Pies odszczekał pogodnie:
Co jest w takim razie z zapachem ciętych pomarańczy, mogą one nas zwodzić
tak jak czas?
Reszta psów przewróciła jedynie oczami.
Idziemy podpalić nasze mozgi, szczekały radośnie.
Ja tego samego dnia widziałem zamkniętego w klatce królika
nie był on ani młody, ani zbyt ochoczy do pracy.
Przestałem pisać, nawet myśleć o starości.
Kiedy błogosławimy innych, stwierdziłem,
dopuszczamy się ryzyka życzenia ofiarom szczęścia.
To nie jest obca mowa, pomimo ze cisza dookoła
bywa w takich momentach twardsza od kowadła.
To oczywiste, z królika będzie pieczeń
ze mnie ciągle jeszcze nie wiadomo co.
Lubię pieczeń z królika, to tak jakbym za każdym razem
odrąbywał sobie rękę.

Obraz sympatyczny

Morze przestało mi smakować, jest niczym solone masło
ciężko strawne, a tu pełne wodorostów.
Jego fale nie wypluwają już z siebie wierszy,
są delikatne niczym papier ścierny.
Ale właśnie teraz, w momencie kiedy każda pamiątkowa fotografia
byłaby jedynie dowcipem
miedzy mistyką nudy i śmieciami
dokonuje się coś nadzwyczajnego.
Z morza ludzkich głów powstaje stukilogramowa Wenus.
Z cukrową watą w dłoni, oblepiona piaskiem i potem
płonie w słońcu niczym pochodnia.
A kiedy zbliża się ku zatoce, wypełniona dymem z papierosów,
z aureolą chmur oblegających jej kark
krzywi się nawet zgroza tego przedpołudnia.
Plażowi marynarze milkną, gdy bogini urlopów znika
pochłonięta przez fale.
Botticelli nie namalował by tego piękniej.
Ja pozostaję zimny jak moje piwo, uparty niczym to lato, bo wiem,
że nic nie pozostanie później takim samym.
Podczas tej sceny dzieci kwiczą niczym prosiaki
karmione hamburgerami, lodami i moim niepokojem.
Miedzy symfoniami dźwięków ich komórkowych telefonów
miałem wrażenie dostrzec mego zmarłego przyjaciela sprzed lat.
Nie chciałem go spotkać, i tak nie mięlibyśmy sobie nic do powiedzenia.
Wtedy rozpłynął się się w powietrzu lecąc na plecach latawca
zniknął w międzyświecie niczym błyskawica.
Jestem zakotwiczony w piasku, rzeźbą z wyplutego przez wodę drewna.
Na zatoce: kontenerowce i piekło gorąca.
Spalona skóra zdobi mnie niczym biżuteria lata
milczę, nie wiem czy to jest prawda, czy tylko piękne,
to co widzę.

Strach

Kiedy budzę się w nocy
nie boję się
ani tego że jestem
ani tego że każdy kwant światła
to początek nowej przygody.

Nocą rzadko dotykam ziemi stopami
szybując nad łóżkiem
przyglądam się
przemijaniu.

Moje demony przestały
mnie brać na poważnie
sny opuściły ostatecznie.
Z upływem czasu
stałem się dla życia
niewygodny.

Gdy to pojąłem
przestraszyłem się
że już nie mam
się czego bać.

Sortowanie przemian

Bóg czuwa nade mną choć go nie znam wcale
ani mowy jego ani śpiewu ani dudniącego głosu
i żona czuwa nad moją głową wytrwale
czuwając głównie nad sobą
by przetrwać bez strachu do rana
i syn co się zmienia na podobieństwo i obraz
wreszcie ja czuwam nad własną skórą aby nie spłonęła
i dzwony dudniące nie na moja chwałę
czuwają jak włosy nad moją czaszką skamieniałą
czuwa duch święty zakopany w rowie
i niejeden poeta uderzony w ciemię
czuwa policja i palma i małpa włochata
czuwa Tarzan z komiksów i sklep z coca-colą
i sąsiad z piętra wyżej kupując mięso na wagę
i klęczące przede mną byłych muz oddziały
więc siadam na trawie i oddycham miarowo
otoczony czuwaniem sięgam wzrokiem w chmury
one gruchoczą po niebie nowiną nirwany
aż mi od tego czuwania ciemno przed oczami.

Letnia kolęda

W płomieniach wieczornego słońca
szeleszczą kamienie
dzieci grają w klasy
pod okapem jabłoni cienie starców
studzą kości

resztka lata burzą owadów
grzęźnie w padlinie wakacji
jej śruta kotwiczy w płucach
niczym azbest

gdy do otwartych okien
skrada się Nowina
dudnią dzwony
obwieszczając misterium kolacji

ukrywam się
w brzęku talerzy
jestem bezszelestny

                   Jacek T. Zielinski

Nota biograficzna

Jacek T. Zielinski

Urodzony w 1962 w Gdańsku. Współzałożyciel „Gdańskiej Grupy Poetyckiej”. Od lat związany z GTPS w Gdańsku. Od ponad 30 lat zamieszkały w Niemczech. Autor czterech zbiorów wierszy.

Przygotowane do druku:

Ein Sommer voller Engel“ („Lato pełne aniołów“) -powieść- Geest Verlag Vechta.