* * *
tego dnia słońce
wstało na zachodzie
pomyślałem że to się dzieje
koniec mojego świata
a to tylko ja spałem
do góry nogami
* * *
po pierwsze nie pisać
wiersza o pisaniu wiersza
po drugie nie pisać
wiersza
po trzecie nie pisać
po czwarte
już jest po wszystkim
* * *
dzień coraz krótszy
ciemność się panoszy
i wdycham kurz spod lodówki
przychodzę żeby wyjść
kładę się żeby wstać
wychodzę żeby przyjść
wstaję żeby się położyć
żeby położyć głowę pod topór
* * *
wpatruję się w ślad na ścianie
skąd ta czarna plama
już wiem
jeszcze wiem
dopóki nie zapomnę
rozgnieciony komar
wbity w farbę szybkoschnącą
życie szybko ulatujące do ula
wyściełanego mrokiem
* * *
choćby wszystkie kalendarze świata
zmieniły daty moich przywidzeń
choćby wszyscy chirurdzy świata
wycięli każdą komórkę mózgową
odpowiedzialną za słowa
nie odważę się milczeć na trzeźwo
* * *
na parapecie
schną jabłka jabłuszka
pięć może sześć
na parapecie
blakną słowa słówka
siedem może osiem
słówka zapisane na kartce w kratkę
kratka staje się kratą
co uzależnia mnie i niszczy
jak trujący tlen
przez który żyję
dzięki któremu umieram
* * *
żeby coś zapomnieć
trzeba to najpierw zapamiętać
choćby imiona reniferów świętego mikołaja
kometek
amorek
tancerz
pyszałek
błyskawiczny
fircyk
złośnik
profesorek
rudolf
uwaga
powtarzamy utrwalamy i zapominamy
* * *
moja wieczność ma krótki
termin przydatności do spożycia
po śmierci trudniej mi będzie
zasłużyć na zbawienie
dlatego staram się jak mogę i jak nie mogę
chodzić uważnej
myśleć uważniej
pisać uważniej
uważniej niż kiedyś
gdy miałem przed sobą wszystko za nic
* * *
to był bardzo dziwny dzień
gdy wydawało mi się że żyję
oddychałem głęboko koniecznie przez nos
na lewej ręce promienie słoneczne
bawiły się w chowanego z plamkami cieni
uśmiechnąłem się na widok
zakonnicy w czarnym habicie
jechała na czerwonym rowerze
między punktami bezczasu i bezprzestrzeni
zrobiło mi się lekko i cicho
wtedy poczułem dotknięcie zimna
lodowaty wiatr owinął się wokół szyi jak szklany szal
zabrakło mi tchu i obrazy straciły ostrość
obudziłem się ze śmierci
* * *
białe są tylko dusze aniołów
ale czy anioły muszą mieć jeszcze dusze
czy nie są nimi wypełnione po brzegi
bo do czego przyrównać duszę
jeśli ożywia i płynie przez serce
jak niewidoczna woda która za nas oddycha
* * *
po drugiej stronie ulicy
znalazła się moja przyszłość
to tylko siedem może osiem metrów
i spotkam się z nieuchronnym
czas mierzymy odległością
a odległość czasem jak odcinki kosmosu latami świetlnymi
na czerwonym nie przechodzę
czekam przebierając myślami
gdy zapala się zielony krąg
pospiesznie strzepuję robaka ze spodni
i cofam się na początek uliczki
przyszłość zostawiam sobie na później
* * *
lepiej nie będzie
to może nawet lepiej
do szyby w oknie
przykleja się kurz
drobne żółte kropki
jak kasza manna
mokrą szmatą zmazuję czas
mokrą szmatą zamazuję czas
* * *
może jestem bezczelnym trupem
któremu wydaje się że żyje
że może bezkarnie zjeść bułkę z nutellą
że może napić się bez pośpiechu kawy
i wszystko gra
w nocy spadł deszcz
i zmył moje wszystkie proroctwa
* * *
gromadzę stare rzeczy
zdarte podarte obdarte
gromadzę stare rzeczy
bo nie mam czasu
by życie mi się zestarzało
w swoim jedynym powtarzalnym tempie
* * *
deszcz
to znaczy że jest sucho
ale do butów nalały się sny
że chlupie tupie
słońce
to znaczy że jest mokro
ale do oczu wlazły promienie
że razi obrazi







