Gala rozdania nagród FPFF. Fot. Marek Baran
Jesienne grzybobranie
Uczestnictwo w festiwalu filmowym można porównać do zbierania grzybów albo łowienia ryb. Czasami znajdziemy prawdziwego grzyba, częściej muchomora. Bywa, że złowimy szczupaka, częściej- płotkę. Na 16 wyselekcjonowanych filmów ja znalazłem zaledwie trzy godne polecenia, mimo to uważam, że warto było poświęcić tydzień życia żeby je zobaczyć.
Wielcy
Zanim jednak zdradzę, które filmy najbardziej mnie zainteresowały, pozwolę sobie na kilka ważnych obserwacji.
Po pierwsze – trzej wielcy reżyserzy: Władysław Pasikowski, Juliusz Machulski i Wojciech Smarzowski wyjechali na tarczy. Żaden z nich nie dostał nawet wyróżnienia, Smarzowski – jedną mała nagrodę na tak zwanej Małej Gali- nagrodę Don Kichota przyznawaną przez Dyskusyjne Kluby Filmowe. Jest to jak najbardziej dobra decyzja- wszyscy zaprezentowali słabe filmy, o czym niżej.
Domalewski jak Kieślowski, Wajda i Zanussi
To szokujące porównanie jest oparte na faktach. Wymienionych reżyserów łączą dwa Złote Lwy jakie w swojej karierze otrzymali. Czy Piotr Domalewski jest tak dobry jak trzej pozostali? Śmiem wątpić i raczej nie spodziewam się, że „Ministranci” (i „Cicha noc”) pojawią się w zestawieniach najlepszych filmów przygotowywanych przez badaczy i krytyków filmowych po latach. Nie są tak dobre jak „Trzy kolory”, „Popiół i diament” czy „Barwy ochronne”.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z deprecjacji Złotych Lwów przez przyznawanie ich prawie za każdym razem Agnieszce Holland za wszystko co pokaże. Ma ich już cztery, a ja śmiem twierdzić- razem z byłym selekcjonerem Festiwalu Tomaszem Kolankiewiczem, że najlepszy film zrobiła w 1980 – „Gorączkę”, która dostała zasłużonego Złotego Lwa. Czy Agnieszka Holland jest dwa razy lepsza od wspomnianych na wstępie reżyserów? Z tym pytaniem chciałbym zostawić Czytelników pozwalając sobie na uwagę, że na pewno jest cztery razy lepsza od Domalewskiego.
Kategoria Film nie polskojęzyczny
Podział na kategorie pozwala mi oceniać filmy według pewnego porządku, dlatego lubię go stosować. Kategoria wskazana w śródtytule rozpoczyna moją ocenę filmów, ponieważ uważam, że „Chopin. Chopin!” był najlepszym filmem 50. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Wpisuje się on w odbywający się w październiku tego roku Konkurs Chopinowski, jest poprawny i opowiada o polskim kompozytorze, mimo, że tytuł i dialogi grane po francusku mogą potwierdzać francuską tezę o narodowości kompozytora. Jego konstrukcja jest trochę podobna do „Amadeusza” Milosa Formana, jednak zamiast Salieriego mamy Liszta – dużo bardziej utalentowanego kompozytora i faktycznego przyjaciela a nie zawistnego konkurenta jak w przypadku relacji Mozart-Salieri. Mnie ten koncept skojarzył się też z dramatem „Kolacja na cztery ręce” gdzie mamy duet Bach -Haendel. Oczywiście, w tym przypadku też należy wziąć moje porównanie w duży nawias. Niestety muzyka w filmie jest nie do końca satysfakcjonująca. Jest tak z dwóch powodów. Po pierwsze znane utwory są urwane jak w teleturnieju „Jaka to melodia?”. Wygląda to tak jakby reżyser nudził się muzyką i kasował ją po piętnastu nutach. Drugi powód to zbyt dużo muzyki Liszta. W końcu jest to film o Chopinie i to jego muzyka powinna dominować. Zastosowanie tak dużych cytatów z niemieckiego kompozytora powoduje, że tytuł powinien zostać zmieniony na „Chopin-Liszt”. Film „Chopin. Chopin!” otrzymał dwie nagrody na Festiwalu: za scenografię i kostiumy, czyli nagrody małoznaczące. Dlaczego film nie został doceniony przez tegoroczne kury? Być może wpisuje się nie we właściwą agendę?
„Gdzie (są) nowe polskie filmy fabularne o Chopinie, czy Skłodowskej-Curie albo o Mickiewiczu – prawdziwych „magach” słowiańskiej, nie tylko polskiej kultury?”
Andrzej Nowak – „Polityka wstydu” w: „Wygaszanie Polski” (2015)
Według obecnej agendy można robić filmy hagiograficzne o Wisłockiej albo milicyjnym bokserze Kuleju, a nie o bohaterach, którzy nie budowali socjalistycznego państwa.
Do kategorii filmów nie polskojęzycznych z oczywistych względów należy zaliczyć „Franz Kafka” Agnieszki Holland. Osobiście oceniam, że jej film sprzed kilku lat „Szarlatan” (2020) był lepszy. Nie dotyczy on tak ważnej postaci jak Kafka ale zrobiony jest w bardzo podobny sposób – współtworzyli go ci sami współpracownicy Agnieszki Holland. Szkoda, że nie udało się odtworzyć tamtej atmosfery i szkoda, że „Szarlatan” nie został zaprezentowany polskiemu widzowi. „Franz Kafka” to średni film, który spokojnie można porównać do realizacji Macieja Wojtyszki dla Teatru Telewizji. Jego spektakle o Mrożku i Gombrowiczu są w mojej ocenie nawet lepsze.
Ostatni w tej kategorii jest „CAPO”- film mocno nieudany mimo dobrego aktorstwa, świetnie zbudowanych postaci, właściwego doboru aktorów. Film ma średnią dynamikę, słaby scenariusz. Wygląda jak robiony na konkurs filmowy o emigrantach. Polecam go urzędnikom kontroli celnej i skarbowej, którzy są w nim raczej średnio dobrze sportretowani. A szkoda, że ten film się nie udał. Ma swój potencjał- poszerzenie scenariusza o prawdziwy proceder handlu ludźmi spowodowałby mocny akcent. Trudno jest uwierzyć w świat jednego małego przedsiębiorcy, tworzącego samodzielnie system, w którym nie ma skorumpowanych urzędników, pośredników wypranych z ludzkich uczuć i lokalnej społeczności, przed którą można ukryć tak duży proceder.
Kino gatunkowe
Na porządnym festiwalu o kinie gatunkowym można pisać albo źle albo wcale. Z drugiej strony, jeśli weźmiemy pod uwagę kanon filmów, które przetrwały próbę czasu to właśnie kino gatunkowe ma się w rankingach lepiej od artystycznego. Innymi słowy Hitchcock jest w nich wyżej niż Bergman czy Antonioni.
W tym roku mieliśmy aż trzy filmy, które można zaliczyć do tej kategorii: „Wielka warszawska” Bartłomieja Ignaciuka, „Zamach na Papieża” Władysława Pasikowskiego, „Vinci 2” Juliusza Machulskiego. Jak na Festiwal z ambicjami to dużo, zwykle pojawiał się jeden film w tej kategorii. Tym razem cała seria. A najgorsze, że wielcy uznani reżyserzy – Machulski i Pasikowski wyjechali z Gdyni na tarczy.
„Wielka Warszawska” to najlepszy film tej kategorii i jeden z trzech, na który w ogóle warto pójść do kina (z tego co zobaczyliśmy na 50. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni). Akcja filmu dzieje się w 1991 roku – podczas przełomu ustrojowego i formowania się pierwszych gangów. Historia prawdopodobnie nie jest prawdziwa co nie zmienia postaci sprawy: klimat tamtego czasu został pokazany znakomicie. Świetna jest też obsada ze znakomitą rolą Ryszarda Kluge w roli Pana Rysia podobnego i świetnie stylizowanego na jednego z gangsterów/ biznesmenów ówczesnej rzeczywistości. O roli Karoliny Piechoty nie mogę nie wspomnieć- mały epizod, kilkanaście sekund na ekranie a jak pięknie zbudowana rola. Film jest zrealizowany w świetnym tempie, ma dobrze opracowane postacie, które podlegają prawdziwym przemianom. W plenerach widać rękę malarską (reżyser, podobnie jak Andrzej Wajda ukończył Akademię Sztuk Pięknych). Akcja filmu zaskakuje nas do ostatniej sceny, przeżywamy razem z głównym bohaterem jego emocje, czyli jest w tym filmie wszystko czego można od filmu oczekiwać, Nie wiem tylko czy określenie „ponton” użyte w kontekście pewnego znanego wówczas polityka (i tak w pewnych kręgach określanego) to przypadek, czy celny żart sytuacyjny wynikający z historycznej erudycji?
„Zamach na Papieża” mógł być bardzo dobrym filmem. Dobry reżyser ze swoim ulubionym aktorem w roli głównej dawał nadzieje na ciekawy powrót Pasikowskiego. Niestety – film jest nieudany. Próba opowieści o dobrym oficerze PRL-owskich służb specjalnych (czyż to była Służba Bezpieczeństwa?) nie powiodła się. Fabuła jest naiwna – od początku wiemy jak to się musi skończyć i (spojler) mimo szczegółu nie zostałem niczym zaskoczony ani zaskakiwany w czasie całego seansu. Kobieta w kinie Pasikowskiego może być albo ladacznicą albo nie będzie jej wcale. Dlatego rola Karoliny Gruszki niczym nie zaskakuje. Szkoda, że aktorka poza urokiem, który doskonale sprawdzał się jeszcze kilka lat temu, nie znalazła niczego innego żeby nas ująć w dzisiaj granych rolach. Pochwała PRL-u, antysemityzm i antyklerykalizm to za mało na dobry film sensacyjny a to z tego przygotował swoje popisowe danie Pasikowski. Aura ponownego rozstania z Lindą znowu się nie udała. Poprzednio rozstawali się w filmie „Reich”, które to rozstanie też nie było dobre. Chyba warto dodać, że mamy do czynienia z fake’ową historią. Piszę to na wypadek, gdyby jakiś nauczyciel historii wybrał się z klasą do kina. Nie ma dowodów, że polska Służba Bezpieczeństwa uratowała Jana Pawła II przed kulą. Warto też zrobić dokładny research polskich i radzieckich partii komunistycznych – postacie są tak pokazane, że czasami trudno jest odgadnąć kogo grają aktorzy „podobni zupełnie do nikogo”.
„Vinci 2” to najgorszy film w tej kategorii. Jeśli spóźnicie się na seans osiemdziesiąt minut to nic nie stracicie. Spojler – przez cały ten czas Robert Więckiewicz spotyka się z różnymi ludźmi, którzy nic nie chcą z nim kraść. Sceny są ciekawe, ale niewiele wnoszą do fabuły. Jedyna korzyść to taka, że aktorzy dobrze się bawili na planie, o czym barwnie opowiadali na konferencji prasowej- było ciepło, miła atmosfera, ciekawe plenery. Film wygląda na parodię konwencji i zabawę nią. W tym celu może być pomocny na zajęciach w licznych polskich szkołach filmowych. Zwłaszcza jeśli zderzy się go z „Żądłem” (siedem Oskarów) – w tym przypadków liczba przyznanych Złotych Lwów (zero) jest absolutnie zasłużona. Chyba jedynym pozytywnym akcentem tego filmu jest świetna rola Ilony Ostrowskiej. O roli Więckiewicza pozwolę sobie nie pisać, bo po latach konsekwentnego ignorowania moich prób przeprowadzenia wywiadu- uśmiechnął się do mnie przed konferencją prasową. Traktuję to jak próbę przypodobania się więc napiszę przekornie- wolałem pana rolę w „Świadku koronnym”.
Kino (wielkich) emocji
W tej kategorii pozwałam sobie ująć cztery film: „Światłoczuła” (reż. Tadeusz Śliwa), „Terytorium” (reż. Bartosz Paduch), „Klarnet” (reż. Tola Jasionowska)i „Trzy miłości” (reż. Łukasz Grzegorzek). Najciekawszym z nich jest „Światłoczuła”. Jest to ostatni film, jaki pozwolę sobie zarekomendować z tegorocznego Festiwalu. Miał on premierę przed Festiwalem i chyba został przez to trochę zapomniany – w tym przez jurorów. Bo chyba nie zadziałały względy pozaartystyczne. Co prawda zdarzało się już na Festiwalu, że przegrywał film z powodów niewłaściwego producenta. Tak stało się w przypadku filmu Jakuba Kolskiego „Pornografia”. Głośna wówczas afera z producentem w roli głównej (Lew Rywin) spowodowała (podobno), że film przepadł w konkursie mimo, że był najlepszym filmem Festiwalu. Niestety, biorąc pod uwagę, że również drugi film wyprodukowany przez TVP – „Chopin. Chopin!”, nie zdobył znaczącej nagrody, można postawić tezę, że niepoprawne politycznie było nagradzać filmy wyprodukowane przez władze telewizyjne nie lubianej dzisiaj ekipy. Wracając do wartości artystycznych „Światłoczułej”: film porusza trudny temat osoby niewidomej i z tego powodu może sprawiać wrażenie zbyt drastycznego i dotyczącego wąskiej, niszowej grupy. Film w realistyczny i nie przeszarżowany sposób dotyka też problemu młodzieży znajdującej się w ośrodku wychowawczym. Czasami można odnieść wrażenie, że w swojej estetyce ociera się o granicę kiczu, ale na szczęście jej nie przekracza. Świetna jest gra głównej aktorki, Matyldy Giegżno, która jako jedyna z całej ekipy filmowej została doceniona na festiwalu jako najlepsza aktorka pierwszoplanowa, a przydałoby się temu filmowi więcej nagród.
Drugi z ważnych filmów w tej kategorii to „Terytorium”- debiut reżyserski Bartosza Paducha. Musze przyznać, że przyglądam się działaniom tego reżysera od lat i z niecierpliwością oczekiwałem na jego pierwszy film fabularny. To jest całkiem dobry film, mimo, że ma w sobie jakby trzy tematy zasługujące na trzy różne filmy. Pierwszy z nich to historia romansu (stąd znalazł się w mojej kategorii filmu emocji). Drugim są amerykańscy chłopcy szalejący bezkarnie wokół bazy wojskowej i strach przed nimi. Trzeci temat to „white life metter” – przełożenie amerykańskiej rzeczywistości sprzed kilku lat na polskie warunki z brutalnością policji w roli głównej. Oglądanie tych trzech powieści w jednym filmie można potraktować jak trzy grzyby w barszcz albo jako ciekawą przygodę formalną. W tym drugim przypadku mamy bardzo ciekawy debiut, a reżyserowi należała się za niego nagroda. Niestety jurorzy nie dostrzegli potencjału tego filmu. Ja mam nadzieję, że wkrótce zobaczę drugi film Bartosza Paducha, który potwierdzi moje nadzieje i talent reżysera.
W przypadku „Klarnetu” zachwycił mnie głownie jego klimat. Kilka dni przed Festiwalem spędziłem kilka chwil nad jeziorami i od razu poczułem żywioł wody, wykorzystany w tym filmie. Drugą wartością filmu jest coś, co po polsku nazywa się dziedzictwem, ale angielskie określenie „heritage” bardziej odzwierciedla to, o co mi chodzi. Jest to zespół cech, wspomnień, zwyczajów a nawet gestów, w których wzrastamy i które mają na nas wpływ, mimo, że nie zawsze mamy tego świadomość. Wykorzystanie żydowskiego dziedzictwa jest ciekawym zabiegiem w naszej sferze kulturowej, ale obawiam się, że w społeczeństwach mniej monokulturowych może być ten zabieg niezrozumiały. Może wręcz rodzić wątpliwość, czy nie został cynicznie wykorzystany przze twórców. Pozwolę sobie na małą dygresje: kilka lat temu, w Gdańsku powstał niskobudżetowy film o kulturze żydowskiej. Miałem wówczas możliwość rozmowy z twórcami, którzy nie kryli, że ich celem jest zrobienie filmu tylko po to, żeby jeździć z nim na festiwale kultury żydowskiej. I tak się stało: film przejechał pół świata, nigdzie nie został dostrzeżony, nie jest dystrybuowany, ale twórcy świetnie się przez kilka lat nim bawili. Na koniec dwa zarzuty związane z „Klarnetem”. Po pierwsze tytuł nic nie mówi i można było znaleźć bardziej intrygujący. Oczywiście wiem- w historii filmu jest wiele nic nie mówiących tytułów. Drugi zarzut to – zbyt dużo jest klarnetu w tym filmie. Wiem, że twórcom często trudno jest wyciąć kilka scen, bo takie ładne. Niestety trzeba to robić i warto zaufać w takich momentach dobrym montażystom. Na koniec – ten film spodoba się tym, którzy uwielbiają klezmerską muzykę, pozostali, którzy lubią ją mniej, będą musieli wytrwać. I jeszcze jedna uwaga techniczna – mastershot to bardzo trudna sztuka, w której kontrola światła jest kluczem do sukcesu.
„Trzy miłości” to zdecydowanie nieudana próba powrotu do lat dziewięćdziesiątych i odnowienia gatunku neonoir, erotic horror oraz powrotu femme fatale. Najgorsze są chyba w tym filmie nieprzekonujące emocje głównego bohatera, a zwłaszcza bohaterki. Brakuje tylko cytatu o jedzeniu czekolady albo czegoś innego z serii o młodych wilkach, żeby można zaklasyfikować ten film do klasy B. Temat permanentnej inwigilacji jest nierealistyczny i nawet przy pomocy Pegasusa trudno byłoby go zrealizować. Następnym razem warto bardziej przemyśleć scenariusz. Chyba, że chodzi o sukces kasowy w styli „365 dni”, ale wówczas nie warto zgłaszać takiego filmu na najważniejszy festiwal polskich filmów.
Dozwolone do lat 17, czyli kino dla dzieci i młodzieży
Ta kategoria sprawia mi największy problem. Po pierwsze filmy, które tu zakwalifikowałem powinny znaleźć się w Przeglądzie Filmów Młodzieżowych (który nie istniej). Po drugie – należę do grupy wiekowej, która miała okazję obejrzeć w dzieciństwie filmy Stanisława Jędryki więc mam wysoko postawioną poprzeczkę. Po trzecie nie mam dzieci w wieku dojrzewania więc nie wiem jakie dzisiejsza młodzież ma problemy i czy te filmy na nie odpowiadają. Jeśli tak jest – współczuję współczesnej młodzieży (i polecam kino Stanisława Jędryki zamiast współczesnego polskiego filmu młodzieżowego).
Do tej kategorii zaliczyłem filmy: „LARP. Miłość, trolle i inne questy” Kordiana Kądzieli, „Ministrantów” Piotra Domalewskiego, „Życie dla początkujących” Pawła Podolskiego oraz „Brata” Macieja Sobieszczańskiego. Z tej kategorii wyłączyłem „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” Emi Buchwald, „bo się nie znam”, powody podaję w następnej części.
„LARP” Dla osób, które nie potrafią rozwinąć skrótu (jak ja) przytaczam angielskie znaczenie akronimu Live Action Role-Playing. Jest to rodzaj gry terenowej w jaką grają niektórzy młodzi ludzie. Polega ona, o ile dobrze zrozumiałem, na odgrywaniu w rzeczywistości ról z gier komputerowych. Film rozpoczyna się od jednej z takich scen przerywanej w bardzo ciekawy i humorystyczny sposób. Film ma dobry, spójny scenariusz co jest jego najważniejszym atutem. Wadą są przekleństwa w filmie młodzieżowym. Oczywiście wiem jak rozmawia dzisiejsza młodzież, bo czasami jeżdżę tramwajem. Nie zmienia to jednak moich wymagań wobec sztuki, żeby czasami jakieś pozytywne wzorce proponowała. Mistrzostwo Stanisława Barei (motyla noga) jest zapewne dzisiaj trudne do osiągnięcia, ale przynajmniej próbujmy. Film miał potencjał w postaci pokazania syndromu odrzucenia i przyciągania do środowisk patologicznych. Niestety – na potencjale się skończyło. Paradoksalny jest nawet pseudonim największego twardziela – Serek brzmi jak kpina z postaci. Obco brzmiący Serge (czytany z francuskiego Sergiusz od imienia twardziela) byłby już dużo lepszy.
„Ministranci” to wielka porażka reżysera jeśli weźmie się pod uwagę intencję, jaka przyświecała mu w czasie realizacji tego filmu. Ze słów jakie usłyszeliśmy na konferencji prasowej wynikało, że chciał dokonać współczesnego odczytania Nowego Testamentu. Zamiar ten nie powiódł się – w czasie kiedy pojawiają się biblijna cytaty widownia wybuchała śmiechem. Mamy zatem kpinę a nie interpretację. Oczywiście nie jest ważne, co chciał powiedzieć reżyser, ważne co mu ostatecznie wyszło. A wyszła mu banalna opowieść o tym, że doświadczenie dobra nie zawsze powoduje dobro, że pomoc może być nieskuteczna. Do tego dochodzi przeciwieństwo zasady „zło dobrem zwyciężaj”. W interpretacji Domalewskiego brzmieć to powinno „złem dobro czyń”. Ministranci w dobrej intencji wykorzystują zły uczynek jakim jest podsłuchiwanie innych bez ich wiedzy i zgody. Nie jest to tylko niegrzeczność, ale przestępstwo zagrożone karą. W realnym życiu mogłoby się to skończyć ustanowieniem kuratora dla rodziny a może nawet poprawczakiem (poprawnie mówiąc – placówką resocjalizacyjną dla młodzieży). Oczywiście stosownej uwagi na temat kodeksu karnego trudno szukać w „moralitecie” Domalewskiego. Mój sprzeciw budzi wykorzystanie nieletnich aktorów, którzy w czasie Festiwalu grali rolę „słodziaków”. Do tematu tego wrócę przy ostatnim filmie z tej kategorii, bo tam widać pewne zjawisko najmocniej. Tutaj wspomnę tylko, że na Gali Zamknięcia FPFF któryś z dziennikarzy zapytał pozujących do zdjęć chłopców – „nie macie nic zadane do szkoły?” Młodych chłopców spotykałem późnymi wieczorami, widywałem w hotelowym barze, gdzie mogli spotkać Znanego Aktora popijającego wino ze Znanym Reżyserem około południa. Może wyda się to zbyt konserwatywne, ale uważam, że uczniowie szkoły podstawowej nie powinni przesiąkać arctowską atmosferą hotelu w czasie kiedy koledzy starają się zgłębić tajniki rachunku różniczkowego (albo poetyki Leśmiana).
„Życie dla początkujących” to jeden z najgorszych filmów tegorocznego Festiwalu. Po pierwsze nawiązuje do kultury kiboli spod znaku jednej z najbardziej brutalnych grup tego typu w Polsce. Tworzenie ciepłego wizerunku tej grupie to w najlepszym razie kpina. W filmie pojawia się język, którym posługują się kryminaliści – tak zwani grypsujący- twórcy kontrkultury więziennej. W kinie aspirującym do artystycznego, posługiwanie się językiem zza więziennego muru jest niedopuszczalne. Skoro możemy ciągle tworzyć po tej stronie wolności – cieszmy się z tego i nie przekraczajmy granic bez uzasadnionej przyczyny. W tym filmie takiej nie znalazłem, a szokowanie dla szokowania nie pociąga mnie. Chyba, że w języku przestępczym jest jakiś przekaz, którego jako widz z tej strony muru nie zrozumiałem. W takim razie – życzę dużej frekwencji na seansach w więzieniach i nie uczestnictwa w poważnym festiwalu filmowym. Co do warsztatu to grający główną postać aktor gra gorzej niż Agnieszka Grochowska na początku kariery. Manieryczny, jednostajny ton jak zapowiedź sztucznej inteligencji na dworcu to nie jest dobrze zbudowana rola! Oczami wyobraźni widzę ekipę, która po dwudziestym dublu rzuca się na aktora z okrzykiem – „zrobiłeś to, nie pomyliłeś żadnej z dwóch linijek tekstu! Jesteś wielki!”. Na koniec uwaga najważniejsza. Czy ktoś wyobraża sobie film kpiący z depresji nastolatków? Chyba nie. Czy ktoś wyobraża sobie film kpiący z demencji starczej? Film „Życie dla początkujących” kpi z choroby psychicznej wyśmiewając jej objawy. Usłyszałem kiedyś, że wszyscy zachorujemy na demencję, tylko niektórzy tej choroby nie dożyją. W imieniu tych, którzy dożyli, żądam szacunku i zrozumienia.
O „Bracie” mogę pisać tylko źle. Był to najgorszy film tegorocznego Festiwalu. Dziesięć lat temu wszyscy byliśmy zbulwersowani filmem „Plac zabaw”. Udział w nim młodych aktorów, którzy grają w mocnym filmie szokował prawie wszystkim. W tym roku nikogo już nie bulwersują mocne sceny z roznegliżowanymi młodymi chłopcami. Oglądając ten film zastanawiałem się, czy nie uczestniczę w przestępstwie. Czy scena z czternastoletnią dziewczynką zdejmującą majteczki w celach erotycznych to już pedofilia, czy tylko jej sugerowanie? Wyrażam mój zdecydowany sprzeciw na eksponowanie mocno rozebranych scen w filmie, które mogą służyć jako podnieta albo inspiracja dla ludzi zaburzonych emocjonalnie i seksualnie. Czy konieczne było pokazywanie śpiących bez piżam młodych chłopców? Zamysł był prawdopodobnie taki, że matka kupuje sobie drogą, seksowną bieliznę, a na piżamy nie wystarcza jej pieniędzy. Ale czy nie można było poprosić kostiumologa, żeby powycinał dziury w piżamach chłopców? W czasie konferencji prasowej podniesiono temat opieki psychologicznej dla dzieci na planie. Reżyser przywołał przykład dziecka – aktora grającego główną rolę w „Blaszanym bębenku”. Chyba nie zna losów tego chłopca – nie poradził sobie w życiu, stoczył się na samo dno nizin społecznych. Czy to odosobniony przypadek? Obawiam się, że nie. Aktorzy wspomnianego już Stanisława Jędryki swoim przykładem pokazują, że to raczej norma. Nikt z jego młodych aktorów nie odniósł sukcesu: Tolek Banan zginął śmiercią tragiczną, Cegiełka zmaga się z alkoholizmem, a nawet Duduś nie daje rady z powodu depresji. Obawiam się o losy młodych aktorów z filmu „Bracia”. A najgorsze, że zaryzykowali (świadomie lub nie) własnym życiem dla słabego filmu. Na szczególną uwagę zasługuje debiut w roli statysty Pawła Orłowskiego – na co dzień przewodniczący Rady Programowej Gdańskiego Funduszu Filmowego. Czy odtąd, wzorem Hitchcocka, będzie pokazywał się w każdym filmie finansowanym przez kierowany przez niego Fundusz?
„Nie wiem, nie orientuję się, zarobiony jestem”
Są takie filmy, które wymykają się surowej ocenie. Trudno je jednoznacznie ocenić pozytywnie, ale mają w sobie jakiś potencjał. Pierwszy raz miałem takie wrażenie w przypadku filmu „Córki Dancingu”. Nie podobał mi się, nawet drażnił, napisałem jego negatywną recenzję, ale miał ten pewien rodzaj energii, która potem wciągnęła go na szczyty. Takim filmem w tym roku jest „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Z jednej strony ujmuje nas bardzo dobra muzyka, z drugiej drażnią błędy w scenariuszu (na przykład: skoro dom rodzinny jest na Dobrej to dlaczego rodzice mieszkają poza Warszawą?)
Poza konkurencją – „Dom dobry”
Na koniec film, który wymyka się z moich klasyfikacji. Nie był to film najgorszy na tym Festiwalu. Najciekawszy wątek to adwokaci bez sumienia, niestety, nie jest to główny motyw tego filmu. Ten film zapewne spodoba się wielbicielom stylu Smarzowskiego. Ja Smarzowskiego nie lubię i po raz kolejny się o tym przekonałem. Czy w filmie o znęcaniu się nad kobietą może pojawić się wątek antyklerykalny? U Smarzowskiego tak – na przykład w nazwie firmy zajmującej się wywozem szamba. Taka postawa chyba już może zwiastować jednostkę chorobową – nerwica natręctw czy obsesja? Diagnozę pozostawiam specjalistom. Film utrzymany jest w stylistyce książek o kobietach Konstancina. Tylko, że książki są bardziej rzeczowe, konkretne i ciekawsze. Jeśli ktoś ma ochotę na poświęcenie temu tematowi trzech godzin (z dojazdem do kina bez korków) to jednak polecam książkę (z dostawą do skrzynki paczkowej).
Artystyczne podsumowanie
Niestety, o pięćdziesiątym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych nie można powiedzieć, że był udany. Trzy godne uwagi filmy i kilka mocno niedobrych – chociażby technicznie – to powód do zmartwień. Czy warto było poświęcić tydzień życia, żeby dojść do takiego wniosku? Dla mnie ciągle jeszcze tak, ale jest wielu bardziej ode mnie zniechęconych.
Ważniejsze jest jednak pytanie, dlaczego tak słaby był tegoroczny Festiwal? Według mnie ma na to wpływ polityka nagradzania. W przypadku co najmniej kilku filmów, zostały one zrobione według przepisu: nagradzają jakiś problem społeczny, to musze to ująć w scenariuszu. Efektem jest marny film wyglądający jak wypracowanie na nie lubiany temat. Jest poprawnie, są szanse na nagrodę i jest wielkie rozczarowanie. Jeśli dalej będziemy brnąć w tę filozofię to za rok będziemy mieć filmy kpiące z religijności („Ministranci”) i hagiograficzne („Franz Kafka”). Twórcy będą unikali ryzyka („Terytorium”) i polskich akcentów („Chopin. Chopin”).
Drugim powodem jest zasada – my doceniamy swoich, nie zauważamy innych. Jeśli ktoś skończył ASP a nie łódzką filmówkę – nie ma po co do Gdyni przyjeżdżać. Jeśli nasz kolega ze szkoły robi zły film to powiemy, że świetnie przedstawił przemianę bohatera (to przypadek zeszłoroczny).
Trzeci wniosek to taki, że skończyła się era Wielkich Reżyserów. Do wymienionych wcześniej warto dodać tych, którzy polegli w ostatnich latach – Jerzy Skolimowski, Robert Gliński, Jan Kidawa- Błośńki, czy Radosław Piwowarski (jego „Pani od polskiego” nie przeszła nawet selekcji). Być może skończył się czas filmu jaki tworzyli. Ich filmy nie spodobały się nie tylko w Gdyni.
Na plakat Festiwalu chyba nikt nie zwraca uwagi. Mimo, że Andrzej Pągowski przywozi zwykle swoje najnowsze dzieła, o bieżącej wizualizacji nikt nie myśli poważnie. Na zeszłorocznym plakacie była zafrasowana dziewczyna nad przepaścią. Zapytany o to czy jest to symbol polskiego kina nad przepaścią- dyrektor Leszek Kopeć odpowiedział – przyjdźcie i oceńcie. W tym roku pani prezydent Aleksandra Kosiorek dokonała analizy interpretując go jako krzyż po śmierci dyrektora Kopcia. Nie sposób zgodzić się z taką interpretacją, gdyż na plakacie jest znak X a nie krzyż. Znak X zwykle oznacza przekreślenie. Można zatem spodziewać się przekreślenia dorobku, co chyba w tym roku miało miejsce – tytułowy upadek wielkich, dominacja młodych. Na plakacie jest też zeszłoroczna (?) kobieta na skrzyżowaniu schodów: nie wiemy czy schodzi czy wchodzi. Jest zafrasowana, pochylona, przygnębiona. Plakat był chyba nawet dla samych organizatorów zbyt mocny. Na torbie festiwalowej i przystankach autobusowych wykorzystany był tylko fragment – bez znaku przekreślenia (X). Po Festiwalu mogę śmiało zasugerować, że bardziej stosowny byłby znak L oznaczający pięćdziesiąt w alfabecie łacińskim, w którym kiedyś zapisywano rocznice i kolejne edycje (w tym FPFF). Jest to też znak nauki jazdy i chyba ta symbolika byłaby stosowniejsza do wizualizacji 50. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.
Pozaartystyczne podsumowanie
Nie mogę też podzielić zachwytu pani rzecznik wyrażonego w TVP na dzień po zakończeniu Festiwalu. W porannym programie oceniła, że festiwal był pod każdym względem perfekcyjny. To prawda, nie zdarzyła się żadna katastrofa, nikt nie poległ, nie spłonęła w trakcie projekcji żadna taśma filmowa (bo obecnie korzystamy z cyfrowych kopii). Niestety na festiwalu nawet cyfrowa kopia może się „zerwać”. Prasowy pokaz filmu „Zamach na Papieża” został opóźniony o około 20 minut z powodu awarii sprzętu. Na fakt, że jest on słabej jakości wskazywałem już w zeszłym roku – odsyłam do mojego tekstu. Czy ma to jakieś znaczenie? Tak przez tę awarię spóźniłem się około 10 minut na kolejny film. Nie wiem jak zaczęło się „Terytorium”. Nie wiem czy to dobrze czy źle dla mojej oceny. Zasada Michała Oleszczyka mówi, że o tym czy film jest dobry zwykle świadczy pierwszych 7-15 minut. W mojej historii Festiwali tylko raz ją zastosowałem – wyszedłem z seansu „Nowego światu” i tylko raz nie widziałem początku filmu „Moje córki krowy”.
Niemniej – filozofia, wedle której albo oglądamy film, albo rozmawiamy z twórcami jest mocno chybiona. W tym roku trzeba było wybierać, albo rozmawiać o filmach, których się nie widziało, albo je oglądać. Jest to zapewne rozwinięcie koncepcji, która obowiązuje na Festiwalu chyba od jego początku: albo balujemy na bankietach, albo oglądamy filmy. Tamten wybór był dla wszystkich jasny, obecny jest mocno kontrowersyjny. Żeby w tym roku można było spotkać się twórczo z artystami trzeba było mieć asystenta. Czyli pan/pani krytyk idzie do kina, asystent/ka na konferencji zadaje pytania i nagrywa odpowiedzi.
Tematem dekady są akredytacje, których jest za dużo. Spotykałem już na Festiwalach kolegów pana dyrektora z czasów pracy w domu kultury, którzy nie mają co robić na emeryturze, więc dostali karnet od starego kumpla. Spotykałem młodych ludzi, którym z pewnych powodów zależy, żeby popatrzeć na gwiazdy z bliska. Kończy się na tym, że akredytowani goście mają kila sekund od momentu uruchomienia systemu by zagwarantować sobie miejsce na seansie. Nie pisze tu o sobie i innych dziennikarzach – my mamy w miarę komfortową sytuację kontrolowanych projekcji w Kinie Warszawa. Chodzi mi o innych gości i zwykłych widzów.
Na koniec o Gali Rozpoczęcia. Być może zabrzmi to jak utyskiwania nie wpuszczonego na imprezę gościa, ale uważam, że jest to szersze zjawisko. Nie zostałem wpuszczony na Galę Otwarcia Festiwalu. Selekcjoner wpuścił przede mną wolontariuszki, państwo, które wygrało akredytację w konkursie, a jak przyszło do mnie – obiecał, że znajdzie mi miejsce i … nie wrócił z informacją. Zapewne zajął ostatnie wolne miejsce na widowni. Jakie są tego konsekwencje. Przede wszystkim pozytywem jest to, że film otwarcia („Chopin. Chopin!”) obejrzałem w dużo lepszych warunkach niż drugi balkon Teatru Muzycznego, gdzie nic nie widać, za to trochę lepiej słychać niż na pierwszym balkonie. Negatywne to takie, że nie mogę napisać, czy pani prezydent Kosiorek była w równie niegustownej kreacji jak na Gali Zamknięcia i czy powiedziała coś ciekawego. Nie wiem też jak upamiętniono byłego dyrektora FPFF Leszka Kopcia i czy w ogóle to zrobiono. Na szczęście Gala Zamknięcia jest transmitowana od lat i mogłem zobaczyć kreację wspomnianej pani prezydent i dowiedzieć się jaki jest werdykt. Dlatego mogłem go skrytykować.
Po ładnych kilku latach doświadczeń mogę napisać, że przeżyłem już kilka zmian ekip. Czasami były to zmiany gwałtowne i burzliwe. Zwykle zmiany odbywały się w cyklu trzyletnim i właśnie kolejny cykl mija. Jeśli nie ma innego powodu do zmian to pozwolę sobie na argument gender- równouprawnienie mężczyzn! W tym roku zorganizowały go same kobiety (i pan, który przygotował wystawę) – może zatem czas podzielić się władzą i dołączyć do zepołu kogoś z innym spojrzeniem na organizację.
Ranking zamiast podsumowania
W związku z tym, że przedstawiłem filmy zgrupowane w kategorie, pozwalam sobie na zestawienie w stylu jednego z moich „nauczycieli”- Adama Garbicza:
- „CHOPIN, CHOPIN!”
- „WIELKA WARSZAWSKA”
- „ŚWIATŁOCZUŁA”
- „Terytorium”
- „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”
- „Franz Kafka”
- „Klarnet”
- „Vinci 2”
- „Zamach na Papieża”
- „Dom dobry”
- „Larp”
- „Ministranci”
- „Trzy miłości”
- „Capo”
- „Życie dla początkujących”
- „Brat”
Marek Baran

Laureaci 50 FPFF. Fot. Marek Baran

Konferencja prasowa przed festiwalem. Fot. Marek Baran

Spotkanie z publicznością ekipy filmowej Wielkiej Warszawskiej. Fot. Marek Baran

Piotr Domalewski. Fot. Marek Baran

Matylda Giegżno – najlepsza aktorka pierwszoplanowa. Fot. Marek Baran

Andrzej Konopka – laureat drugoplanowej roli męskiej 50 FPFF. Fot. Marek Baran







