SPACER Z KRÚDYM POD RĘKĘ / Dorota Filipiak

0
743
Do [tego] zakątka świata […] trafiłem po raz pierwszy jako dziewiętnastolatek, wiosną i latem 1934 roku, będąc na półmetku długiej i mozolnej wędrówki z Holandii do Turcji. Jak wielu podróżników, zakochałem się w Budapeszcie i Węgrach”.
                                          Patric Leigh Fermor, Miklos Bánffy, tł. E. Krasińska

 

Zazdrość. Zazdrość to uczucie, które często towarzyszy miłości. Zazdrość pomieszana ze smutkiem to uczucia, które często mi towarzyszą, gdy myślę o Budapeszcie. Bo nie sposób, będąc osobą związaną od pokoleń z Warszawą, a jednocześnie nieprzytomnie zakochaną w węgierskiej stolicy, uciec od porównań. Zazdroszczę Węgrom ich stolicy i ze smutkiem myślę, że chociaż Warszawa nigdy by jej  nie dorównała, to przecież jednak mogła wyglądać inaczej.
Lubimy myśleć o dziejowej wspólnocie Polski i Węgier. Niektóre środowiska obsesyjnie przywołują mit węgiersko-polskiego braterstwa. Ja jednak nie podzielam takiego podejścia do historii tych dwóch bliskich mi skądinąd krajów. Kilkaset kilometrów dzielących obie stolice miało i ma nadal kolosalne znaczenie, nie tylko polityczne. Miejsce położenia determinowało między innymi to, jak obie stolice przekształcały się w okresie największego boomu na przełomie XIX i XX wieku. Dla Węgier i Budapesztu ostatnie lata dziewiętnastego stulecia miały podwójnie istotne znaczenie. Idea tysiącletniego państwa była dodatkową ostrogą do przebudowy, przekształceń i budowania od nowa. Z rozmachem i bez oglądania się na koszty. Skutki widać do dziś. Bo Budapeszt przybysza znad Wisły zdumiewa i oszałamia właśnie niebywałym rozmachem i rozległością starych dzielnic. Warszawa w tym czasie również się zmieniała, ale jej położenie polityczne było zgoła inne. „Polaczkowie młodzi” dość się naknuli i powstań nawywoływali, hrabia Wielopolski zamiast sytuację uspokoić, wrogów zyskał po obu stronach, kolejne powstanie na lata zaciążyło głębokim cieniem nad stolicą Kraju Przywiślańskiego, hamując jej rozwój. I chociaż na przełomie wieków Warszawa zyskała sporo nowych inwestycji, centrum miasta piękniało, to wciąż pozostawała na krańcach imperium i była w gruncie rzeczy miastem prowincjonalnym.
Tymczasem nad Dunajem, po stagnacji po powstaniu 1848-49, stan rzeczy ulegał powoli poprawie. Na korzyść Węgrów zadziałała sytuacja międzynarodowa, w cesarstwie musiały zajść zmiany.   I zaszły. Ugoda z 1867 roku wzmocniła rolę Węgier w ck monarchii. Budapeszt bardzo na tym zyskał. Ale prawdziwe zmiany zaszły na przełomie wieku dziewiętnastego i dwudziestego. Nie przypadkiem John Lukacs napisał książkę, którą zatytułował  Budapeszt 1900. Ta symboliczna data to przełom – moment boomu gospodarczego i kulturalnego. Zmiany zachodziły w literaturze i wyglądzie miasta. Architekci projektowali nowoczesne budowle, a intelektualiści szukali nowych sposobów opisania rzeczywistości. Obchody millenium uświetniono między innymi uruchomieniem kolejki podziemnej, pierwszej na kontynencie. Ile lat Warszawa musiała czekać na metro, nie muszę przypominać. Ale dość narzekania, lepiej pójść na spacer.
*
Nie jestem przesadną wielbicielką zamkniętych sal muzealnych. Nie unikam ich, odwiedzam muzea, ale zdecydowanie przedkładam nad nie miejskie spacery. Najchętniej ulicami, które nie pociągają turystów. Często są to miejsca, które nie błyszczą świeżymi tynkami, proszą się o remonty i renowacje, ale prawdopodobnie nie prędko się doczekają. Nie ma na to pieniędzy. Inwestycje są gdzie indziej. Ale właśnie te mniej zadbane części miasta zwiedzam niczym specyficzne muzeum. Stare spotyka się z nowym, nie brakuje tu życia, tego prawdziwego. Można by pomyśleć, że łatwo się zgubić gdzieś w zaułkach, ślepych uliczkach, ale nie. Budapeszt jest miastem zbudowanym z niezwykłą logiką i przejrzystością. Kiedyś szłam od Dworca Zachodniego (Nyugati pályaudvar) małym bulwarem (Kiskörút ). W pewnym momencie skręciłam w stronę Lasku Miejskiego, a potem w prawo w jedną z wąskich peszteńskich ulic. Idąc, spoglądałam co i rusz w kaniony ulic. W pewnym momencie u wylotu jednego z nich ujrzałam słynny pomnik pod cytadelą na wzgórzu Gellérta – dziewczynę z liściem, jak nazywam ją na własny użytek. Dzieliło mnie od niej całe peszteńskie centrum i szeroki Dunaj. Wiele kilometrów, a jednak widziałam ją jak na dłoni. W tym mieście nie sposób się zgubić. Rzeka i bulwary są stałymi punktami odniesienia i wyznacznikami trwania w czasie i przestrzeni. Miasto oczywiście się zmienia. I tu dotarła nowoczesność, ale w zabudowie Budy i Pesztu w obrębie bulwarów nowe wciąż musi liczyć się ze starym. Dlatego czytając Máraiego dokładnie mogę sobie wyobrazić miejsce, w którym kazał swojemu bohaterowi stawać i patrzeć na miasto, bo chociaż był to Budapeszt lat trzydziestych, ja widzę to samo, może tylko kolory są mniej intensywne.
Przystanął na środku mostu, jak miał w zwyczaju każdego wieczoru, oparł się o poręcz, odsapnął i wzrokiem krótkowidza, mrużąc oczy, patrzył na wizerunek miasta mgliście rysujący się w oparach zachodzącego słońca. Tutaj stało to nowe, wielkie miasto, na lewym brzegu prastarego, przecinającego kraj szlaku wodnego, ze swoimi pokaźnymi blokami domów, nowoczesnymi, wymalowanymi krzyczącymi kolorami kamienicami czynszowymi o gładkich fasadach, gdzie pomiędzy cienkimi, przepuszczającymi każdy szmer ścianami żyli nerwowi współcześni ludzie, kobiety hodowały kaktusy ulokowane na niewielkich stojakach, a nad niewygodnymi, obitymi materiałem w paski miejscami do spania i kozetkami stały w szeregu na półkach książki, które starały się naświetlić obraz tego nowego świata […] patrzył na to obce i zarazem znajome miasto; to wielkie miasto, „grzeszne” miasto, bezradnie i astmatycznie zasapane w gonitwie za pieniędzmi, radością życia i władzą, miasto, które kapilarami myślenia, mody, nauki, handlu, interesów finansowych stykało się z Zachodem […] Potem powoli zwrócił się w kierunku historycznej, okazałej zabudowy prawego brzegu, a na ów widok odczuł niejaką ulgę, jak ktoś, kto wreszcie wrócił do domu. [Sándor Márai, Rozwód w Budzie, tł. I. Makarewicz.]
Jakże zazdroszczę Kristófowi Kőmivesowi tych codziennych spacerów z biura do domu. Ja takie spacery mogę odbywać okazjonalnie. Gdy przyjeżdżam do miasta poświęcam na nie niemal cały czas, żeby nazbierać w pamięci jak najwięcej szczegółów – na zapas, do ponownego przyjazdu. Okresy pomiędzy kolejnymi spacerami wypełniam literaturą, filmami i niezliczonymi fotografiami. Nic jednak nie zastąpi dotykania własnymi stopami budapeszteńskich ulic, widzenia własnymi oczami witryn antykwariatów i sklepików, słyszenia własnymi uszami rozmów klientów i sprzedawców w halach targowych.
Ulice, zaułki, pomniki – wszystko tu przemawia do wyobraźni. Pełne konotacji, przypomnień i tropów. Przywołujące duchy kompozytorów, malarzy, polityków, a wreszcie pisarzy i poetów. Ci ostatni są mi najbliżsi. Bo na muzyce się nie znam, chociaż słucham namiętnie. Na sztuce trochę się znam, ale tematu sztuki węgierskiej jeszcze nie zgłębiłam dostatecznie. O politykach węgierskich mam pojęcie, o tych z przeszłości znacznie większe niż o tych współczesnych. Zresztą ci, którzy przeminęli, wydają się znacznie ciekawsi, być może dlatego, że żyli w ciekawszych czasach. A pisarze i poeci, chociaż odeszli, wciąż żyją. Jak Endre Ady, którego przywołuję przy każdej nadarzającej się okazji. A szczególnie Gyula Krúdy. Budapeszt, który znam, tropię i czuję, jest z Krúdyego. Z Lauru dla Natalii, z opowiadań.  Dlatego teraz, gdy tęsknię za miastem, do którego nie mogę pojechać, jak wcześniej, gdy poczuję, że jechać muszę, to tęsknię za ulicą Krúdyego. Niewielką peszteńską uliczką, niezbyt piękną, którą w dodatku chadzam w porach roku, gdy słońca brak, a i deszczem może pokropić. Przemykają tylko mieszkańcy okolicznych kamienic. Turystów brak. Nie ma tu nic, co mogłoby ich przyciągnąć. To zaleta. Nie ma ich także na ulicy Pawła, odległej od Krúdyego o kilka przecznic i kilka minut spacerem. Chłopcy z ulicy Pawła znajdują się bowiem na ulicy Práter, tuż obok zaułku Corvina, zatem ci, co czytali książkę, zajrzą raczej pod ten adres.
Zwyczajne ulice, kilka nazw, a ileż treści niesionych literaturą i historią. Chłopcy z ulicy Pawła znani są u nas jako Chłopcy z Placu Broni. To rzecz jasna tytuł powieści Ferenca Molnára. Ale tylko u nas. Bo oryginał to A Pál utcai fiúk. Polskiego tytułu nie zmienił nawet Tadeusz Olszański, autor nowego tłumaczenia tej klasycznej powieści, bo jak zauważył „tytuł ten zdobył nie tylko prawo obywatelstwa, lecz również trwałe miejsce w świadomości wielu pokoleń”. Z tradycją się nie walczy. A chłopców można sobie obejrzeć nieopodal kina Corvin, pod którym znajduje się pomnik innego chłopca. To pamiątka powstania ’56 i walk, które  się tu toczyły. Jeszcze inny chłopiec opisywał ze swojego dziecięcego punktu widzenia, to co działo się w Peszcie. Pamiętnik Gyuli Csicsa zachował się i został wydany także po polsku. Zadziwiające jak wiele szczegółów jest w stanie dostrzec dziecięce oko, jak dobrze opisał miasto. Chodzę tak więc po mieście i często widzę nie to, co jest, ale to co było, to co zapisali i utrwalili także dla mnie – inni. Może dlatego, że lubię spacerować po zmroku, a w słabym świetle latarni mniej widzi się okiem, a więcej wyobraźnią.
Nie wszystkie miejsca jednak kojarzą mi się z ciemnością. Niektóre trzeba zobaczyć w jasnym świetle dnia. Pełne słońca jest rondo Kodálya (Kodály körönd). Plac imienia słynnego kompozytora i pedagoga otoczony jest gigantycznymi kamienicami, które wyrastają nagle w nurcie Alei imienia innego słynnego Węgra – Andrássyego. Sama aleja była świadkiem wielu dziejowych wydarzeń. Dziś w czasach normalnego ruchu turystycznego można tam ujrzeć angielskich turystów poruszających się dziwacznymi pojazdami, zmierzającymi do jednej z peszteńskich atrakcji – Placu Bohaterów (Hősök tere). Zachodzę więc tylko na plac, by spojrzeć na ogromne kamienice, w środku dnia, by dostrzec jak najwięcej szczegółów, i umykam w którąś z sąsiednich ulic, gdzie życie toczy się zwyczajnym rytmem. I znów dopada mnie literatura. Na równoległej do alei ulicy Szondi Krzysztof Varga umieścił mieszkanie jednej z bohaterek swojej powieści Sonnenberg, najbardziej budapeszteńskiego ze swoich dzieł. Bohaterka nosi imię Virág, jak nazwa kwiaciarni przy tejże ulicy. Nazwa niezbyt błyskotliwa, bo virág to kwiat. Adresy bohaterów powieści Vargi to gotowy plan na zwiedzanie miasta. Wędrując miedzy powieściowymi mieszkaniami, poznać można miasto we wszystkich jego przejawach – od spokojnej, lekko prowincjonalnej Budy po najbardziej oblegany punkt Pesztu. Żaden inny przewodnik nie będzie już potrzebny. Powieść jest jak najbardziej współczesna, ale przecież wciąż wraca w niej przeszłość i to też jest bardzo węgierskie.
Tu o historii myśli się i rozmawia przy śniadaniu, obiedzie i kolacji. I chodząc po mieście, mijając pomniki i czytając nazwy ulic na estetycznych, charakterystycznych tabliczkach. Historia może dopaść człowieka, gdy poczuje apetyt na langosza. Najlepsze placki można dostać w hali targowej przy placu Hunyadiego (Hunyadi tér). I już zagryzając gorącego langosza ze śmietaną, przenoszę się do średniowiecza, gdy ten wielki wódz dzielnie bronił Europę i chrześcijaństwo przed turecką nawałą. Vajdahunyad vára jest przecież tak blisko. Wszystko się tu łączy i zaplata. Całe miasto można potraktować jak wielkie plenerowe muzeum.
A wspominałam przecież, że nie przepadam za muzeami. Ale chadzam do nich. Stosuję tę samą metodę, co w stosunku do miasta – ciągle wracam do tych samych miejsc, przez co nie wystarcza mi czasu na zwiedzanie coraz to nowych. Do Muzeum Narodowego (A Magyar Nemzeti Múzeum ) zaglądam zawsze, gdy pogoda jest na tyle paskudna, że przebywanie na zewnątrz zaczyna być heroizmem. Ulewny, zacinający deszcz na przykład to dobry pretekst, by przepaść na kilka godzin pośród skorup z przeszłości.  W Budapeszcie nazwa obiektu jest adekwatna do treści, które prezentuje się tu odwiedzającym. Tu zrozumiałam, czym muzeum narodowe powinno być. W Warszawie prezentuje się zbiory sztuki, owszem jest galeria malarstwa polskiego, ale jako jedna z wielu i skoncentrowana na dziełach malarstwa i rzeźby. W Budapeszcie Muzeum Narodowe ma na celu zapoznać zwiedzających z historią narodu węgierskiego. Zbiory sztuki pokazuje się gdzie indziej. Wędruję więc przez dzieje od prehistorii, przez średniowiecze i kolejne epoki, aż po wiek dwudziesty i za każdym razem obiecuję sobie, że zacznę w innym miejscu, bo w okolicach wieku siedemnastego jestem już ledwo żywa ze zmęczenia i kolejne sale nie sprawiają mi już tyle przyjemności, a węgierskie niepowodzenia przejmują mniej niż powinny. Chodzenie po muzeach jest najbardziej wyczerpującą formą wędrowania.
O ileż przyjemniej usiąść nad rzeką. Niechętnie siadam nad Wisłą. Rzeka wąska, płytka, a w dodatku modna wśród amatorów taniego piwa i porzucania puszek i butelek po nim na brzegu rzeki. Nie ma w tym nic z poezji. Poza tym Warszawa i Wisła odwracają się od siebie ze wzgardą. Natomiast Dunaj i Budapeszt to jeden organizm. Nic więc dziwnego, że rzeka ta zajmuje swoje ważne miejsce w literaturze.
Siedząc na brzegu, nagle wzrok uniosłem
ku wodzie, w której wątła drży łupina.
Ledwo słyszałem, przejęty swym losem,
jak szemrze fala, jak milczy głębina.
Czułem, jak z serca mi wolno wypływa
rzeka potężna, rozumna, burzliwa.
                        [Attila József, Nad Dunajem, tł. J. Snopek.]
Znalazłam kiedyś ten wiersz  w całości wydrukowany na zwyczajnej kartce, na zwyczajnej drukarce przyklejony zwyczajnym skoczem na latarni na tyłach Wielkiej Hali Targowej. Tam, gdzie z hali pomiędzy budynkami można dojść na brzeg Dunaju. Był jak najbardziej na miejscu, a przez całą tę zwyczajność, o wielokroć bardziej prawdziwy i przejmujący. Sam poeta też trzyma się blisko rzeki potężnej, rozumnej, burzliwej. Pomnik Attilli znajduje się na brzegu Dunaju nieopodal Parlamentu. Poeta już zawsze będzie patrzył w nurt.
Dunaj ma dwa brzegi, jak zazwyczaj mają rzeki. Myślę, że i to jest normalne, że także tutaj te brzegi to dwa różne światy. Jak w Paryżu. Po peszteńskiej stronie otwierają się i zamykają kawiarnie z muzyką, a po stronie budańskiej rosną kasztanowce. Na peszteński brzeg nie warto iść w słońcu. Ten brzeg piękny jest wieczorami…
Antal Szerb, Przewodnik po Budapeszcie dla Marsjan, tł. I. Makarewicz
Obym mogła powrócić na oba brzegi, mosty, do Budy i Pesztu jak najszybciej.
                                                                                          Dorota Filipiak
Obraz wyróżniający: Portret Nemeczka – bohatera „Chłopców z Placu Broni”, autor popiersia: Zsigó András. Autor zdjęcia – Przemysław Kobiałka.