Samobójca / BRUNO GRATNER

0
400

Od tygodnia najchętniej przesiaduję skulony w fotelu. Przyjmuję pozycję embrionalnopodobną, zwijam się w półkłębek, na kolanach opieram zeszyt w kratkę, w prawej ręce trzymam długopis, czasem coś piszę, czasem gapię się w okno oddalone o cztery metry od fotela, przesłonięte siateczką firanki i obramowane niebieskimi zasłonami. Czasem opuszczam głowę próbując jak najbardziej przybliżyć ją do brzucha, imitując w ten sposób stan, który w naturze u ogromnej ilości stworzeń jest wstępem do dalszych etapów rozwoju, w moim przypadku natomiast oznacza jedynie to co widać: pokracznie skurczonego, melancholijnie załamanego mężczyznę po trzydziestce, który zaklina rzeczywistość magicznymi symbolami ciała, pragnąc w ten sposób odrodzić zabitą część siebie.

Zabitą. To niestety odpowiednie słowo. Zabitą przeze mnie na dodatek, czyli – samozabitą, a może nawet tragiczniej: samosięzabitą – skoro była mną, gdy próbowałem popełnić samobójstwo. Wprawdzie próba ta w przypadku ciała zakończyła się całkowitym fiaskiem, jednak sukcesem okazała się w stosunku do jakiejś duchowej części mnie… i w tym tkwi problem. Przekleństwem jest popełnić częściowe samobójstwo.

Chcąc się zabić, chciałem przecież dokonać tego w sposób doskonały, idealny. Chciałem zabić się całościowo, a nie częściowo. Skoro po takim akcie okazuje się, że tylko część mnie samosięzabiła, czy była to faktycznie część mnie, czy może tylko część, czegoś co było we mnie, bezrefleksyjnie przyjmowane jako moje ego, a skoro tak, to ile jest takich części, które jedynie są we mnie, i które  odczuwam jako siebie, a które dopiero w odpowiednich okolicznościach być może okażą się czymś co wcale nie jest mną. Kim jestem w takim razie- tym w co wierzę, tym czego jeszcze nie wiem, nieświadomym alternatywy, fanatycznym i jednoukierunkowanym strumieniem błogosławionej i życiodajnej głupoty, niezachwianych przekonań, niewzruszonych zasad i idei?

Ale to i tak nie koniec. To nie wszystko. Chodzi w tym wszystkim o coś więcej. Być może do szpiku jestem przesiąknięty hipokryzją, być może w którymś momencie życia rozsypią się kolejne moje niezachwiane idee, kolejne części mojej najgłębszej istoty okażą się jedynie sztucznym implantem zewnętrznej rzeczywistości, jednak ponad tym wszystkim zrozumiałem rzecz znacznie gorszą, rzecz, która napełnia mnie przerażeniem, nad którą nie potrafię zapanować.

Coraz mocniej odczuwam przenikające mnie poczucie nieświadomego i mimowolnego uzależnienia, które jednocześnie jest dla mojej „międzyludzkiej” istoty tym, czym dla ciała powietrze- niezauważalnym, nieodczuwalnym i równocześnie koniecznym komponentem życia, chociaż w tym przypadku jest to konieczność bardziej w sensie fatalistycznego przymusu niż niezbędności bycia. Z przerażeniem uświadomiłem sobie swoją niechlujnie bezwładną zależność od niezbadanych, nieokiełznanych żywiołów interakcyjnej Natury ironicznie chichoczących w nieskończonym wszechświecie tego co stać się może nie tylko między mną- a tym Drugim, ale też bardziej jeszcze: między mną- a mną. Jak bardzo niczym stało się moje istnienie, które raz pchnięte w którymkolwiek kierunku dalszej egzystencji nie zatrzyma się póki nie napotka oporu innej siły wypychającej je w kolejne tory, ścieżki, drogi, bezdroża… Myśl, słowo, mrugnięcie powieki, kiwnięcie palcem, spojrzenie, tembr głosu, cisza- coś, a nawet nic- tyle wystarczy do ukierunkowania ludzkiej istoty w najbardziej nieoczekiwane, nieprzewidywalne i zaskakujące przede wszystkim dla niej samej sfery duchowego bytu, który przełożony na zewnątrz, przekształcony w przyczynowo-skutkowym świecie staje się motorem dalszych przemian, konsekwencji i konsekwencji tych konsekwencji, które zawsze gdzieś odnoszą skutek w postaci kolejnych konsekwencji na zewnątrz i w środku, na zewnątrz i w środku, na zewnątrz i w środku…

Boję się. Jestem przerażony tym co może się jeszcze stać, co mogę zrobić, co… może mi się zrobić… Śmierć, którą rozpocząłem w sobie jest wciąż pociągająca, co więcej- jest coraz bardziej pociągająca… i żyję jeszcze chyba tylko dzięki temu, że piszę- skurczony, ściśnięty, nieruchomy, rzucający sobie linę ratunkową splecioną z nitkowatych wyrazów, znaczków, kresek i kropek- bardzo kruchą…

Pragnę porządku, stabilności, jednostajnego ruchu, kocham wszystko, w czym odnajduję sens, co mogę nazwać, dookreślić, czym mogę zawładnąć- największy strach budzi we mnie rozdygotany chaos, nieopanowany pęd wśród zagubionych idei, bezwolna podróż przez zamglone drogi, wśród bezksiężycowej nocy, w gęstej galarecie ciemności lasu, kiedy nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie gdzie jestem, dokąd idę, gdzie się zatrzymam i czy w ogóle się zatrzymam. Wtedy właśnie tak jak teraz kulę się, kurczę w sobie jakbym chciał ochronić pozostałości mojej minionej istoty, chociaż de facto nie ma już czego chronić i tak naprawdę chodzi jedynie o to, żeby się nie ruszać, żeby utrzymać jakiś stabilny stan, który w tak krytycznych momentach zagubienia pozwala stworzyć iluzję starego porządku i sensu, czy może jak wolą niektórzy- poczucia bezpieczeństwa. W takich chwilach nie można uciekać- to najgorsze co można zrobić, najlepiej w ogóle się nie ruszać, bo nawet jeżeli zacznie się iść, to marsz nieoczekiwanie stopniowo nabierze tempa, przerodzi się w trucht, kłus, stępa, aż dojdzie do szaleńczej galopady, nad którą nikt już nie jest  w stanie zapanować.

Nie ruszać się! Siedzieć, leżeć, skurczyć się, zwinąć w kłębek, stać- wszystko jedno, byle się nie ruszać! Tylko w ten sposób można się jeszcze ochronić przed bezwładnym runięciem w nowym kierunku, tylko tak można przeczekać nieuniknioną dezorientację nawigacji, spróbować na nowo poukładać prywatną rzeczywistość niezbędną do międzyludzkiego funkcjonowania. Trzeba koniecznie ostatkiem woli przeciwstawić się rozbudzonej potędze wszechogarniającego, wtórnego ruchu w który zostało się pchniętym i być może wtedy uda się zatrzymać siebie, doprowadzić w sobie do jakiegoś zderzenia, do przeciwstawienia innej sile odpychającej w przeciwnym kierunku, która zniweluje skutki poprzedniego pchnięcia i pozwoli na ustabilizowanie się sytuacji…

Bo przecież żyję, muszę jakoś żyć, funkcjonować, nie mogę tak siedzieć bez końca, przecież mam żonę, dzieci, jestem mężem, ojcem- jestem…wciąż jestem, mimo wszystko.

Z bólem odkrywam fundamentalne zasady istniejące w międzyludzkim wszechświecie, zasady  porównywalne z zasadami fizycznego świata. Jedną z nich jest zasada nieuniknionej konsekwencji przyczyny, mówiąca, że jeżeli powie mi się A to nie uniknę B zmierzającego do samosiędopowiedzenia, dlatego moje niedokończone samobójstwo zmierza do dokończenia, dlatego wszystkie moje myśli, czyny, moje obecne istnienie mimowolnie dąży do samounicestwienia, do doskonałego zamknięcia niedokończonej idei, do uporządkowania, zakończenia przerwanego wątku, który dopiero dopełniony utworzy właściwy sens rzeczy.

Na razie muszę czekać. Wiem, że w tej chwili jest to jedyne rozsądne wyjście z tej śmiertelnie niebezpiecznej i idiotycznej zarazem sytuacji. Czekam. Świadomie wzmacniam tę korzystnie dla mnie ukierunkowaną siłę, oddziałującą zgodnie z teorią przetrwania układu, która przełożona na moją osobistą praktykę tu i teraz dąży do utrzymania mnie w bezruchu, w trwaniu takim, jakim jestem. Jednak dyskomfortowy dualizm tej siły nie pozwala na ukojenie. Boję się poruszać, z lękiem kiwam nadgarstkiem, z przerażeniem myślę o rozprostowaniu nóg, o nieuniknionej chwili, kiedy będę musiał wstać i pójść do toalety, z przerażeniem myślę o tych kilku minutach poza moim pokojem, poza ciasnym łonem fotela, gdy będę odcięty od życiodajnej pępowiny tworzonych przeze mnie zdań, gdy nie będą mnie chronić ciepłe, przytulne wody płodowe moich kojących myśli. Boję się tego ruchu, który otworzy mnie na wszystko przed czym chcę się ochronić. Ruchu, który oznaczać będzie kontynuację, ciąg dalszy, kolejny etap, dalsze konsekwencje, co przy moim stanie psychicznym, przy mojej słabości i niemożności obrony doprowadzi mnie wprost w objęcia czającej się niecierpliwie śmierci.

Od tygodnia moja żona przebywa na urlopie, który wzięła specjalnie dlatego, żeby mnie pilnować, od tygodnia bez przerwy czuję niewidzialną obecność stworzonej przeze mnie, niedokończonej i czyhającej nieustannie śmierci, obecność odczuwalną konkretnie, ukierunkowaną klarownym imperatywem, podobnie jak odczuwa się dyskomfort niedopełnionego obowiązku.

Od tygodnia – od chwili tego nieszczęśliwego… wypadku?, feralnej decyzji?, bezwiednego czynu? Jakiegokolwiek szukałbym usprawiedliwienia nie ulega kwestii, że to zrobiłem, czy prawie zrobiłem- chciałem się zabić. Wprawdzie nic z tego nie wyszło, ale od tego czasu, moje życie radykalnie zmieniło kierunek, w którym do tej pory zmierzało. Nie mogło też być inaczej, bo jak można interpretować samobójczą próbę jak nie jako pragnienie zakończenia aktualnego życia. Dlatego pomiędzy mną i moją rodziną – żoną i dwiema córkami pojawiła się gęsta, mglista przesłona niedopowiedzenia, której niestety nie potrafię rozwiać, przekroczyć, ponieważ sam nie rozumiem, co zrobiłem, dlaczego to zrobiłem- nie rozumiem, chociaż bardzo bym chciał. Bardzo też chciałbym, żyć jak poprzednio, z ulgą powracać z pracy do enklawy domowego ogniska, być witanym radosnymi piskami moich dzieci, tupotem ich małych nóżek w przedpokoju, łagodnym i czułym uśmiechem żony, ciepłym dotykiem jej miękkich ust…

Jednak wszystko przekreśliłem, wszystkiego się wyrzekłem, zdradziłem. Odrzuciłem moje wymarzone, moje cudownie zwyczajne życie…

Nie wiem co się stało. Znalazłem się w położeniu niemowy, który nie umie przekazać decydującej o życiu lub śmierci informacji – miota się, bełkocze, wymachuje rękami, ale mimo wszystkich zabiegów pozostaje niezrozumiały, aż w końcu jedyne co mu pozostaje to usiąść w kącie i płakać łzami bezsilności. Stałem  się takim niemową, nie tylko jednak w stosunku do mojej żony i dzieci, także w stosunku do siebie samego, bo nie potrafię znaleźć odpowiedzi, która przyniosłaby mi spokój – nie potrafię jej wypowiedzieć.

Czasem trafiają się dni, kiedy z nieznanych do końca przyczyn, albo z powodów, które nie muszą być analizowane, wszystko układa się doskonale nie wyłączając własnego samopoczucia. Wtedy miałem taki dzień. Jak co dzień w tygodniu wróciłem z pracy około 16.00, ucałowałem i przytuliłem żonę i dzieci, zjadłem obiad. Zbliżał się pogodny, letni wieczór, było koło 21.00. Czasami w takie pogodne wieczory, wchodziłem na dach naszego czteropiętrowego bloku. Żona zostawała z dziećmi, zabierałem leżak i koc, rozkładałem leżak na płaskim, pokrytym papą dachu, kładłem się na leżaku, przykrywałem kocem i zwrócony twarzą w kierunku zachodzącego słońca, nasłuchując odgłosów miasta, myślałem o swoim szczęśliwym życiu, o tym co przyniesie kolejny dzień, snułem plany na przyszłość, otulałem się przytulną, ciepłą kołdrą przeszłości i teraźniejszości, śniąc o ziemskim, domowym raju, w którym żyłem i chciałem żyć nadal. Tydzień temu był taki wieczór.

Niebo ospale nasiąkało barwami. Resztki świeżej, pożółcanej bieli, dominującej za dnia, pęczniały gęstym koloidem zmęczonej ochry. W najniższych, zbliżonych do horyzontu płaszczyznach wzbierały jedwabiste róże i przekrwione znużeniem czerwienie. Powieka nieba przymykała się tuż nad dachami domów. Powolnie zanurzała w sobie gasnącą żółć słonecznej źrenicy. Niedługo miała zapanować ciemność.

Wieczorem głos miasta wyostrza się. Dźwięki stają się wyraźniejsze, mocniej i szybciej przemieszczają się w przestrzeni, łatwiej jest je usłyszeć i zrozumieć, łatwiej i silniej oddziałują na uczucia. Wieczorem też zmienia się treść głosu miasta. Przebrzmiewają w nim, coraz rzadsze okrzyki rozbawionych dzieci, wycisza się narkotyczna pogoń za doraźnymi, powszednimi celami, ustępując miejsca wrzaskom pijackich burd, awanturom i wyzwiskom dobiegającym z otwartych okien mieszkań, komunikatom i niewidocznie rozgrywającym się scenom emitowanym w głośno nastawionych odbiornikach telewizyjnych, z oddali, z głównej ulicy nieprzerwanie dobiega szum przejeżdżających samochodów przeplatany niekiedy ostrym wyciem syren karetek pogotowia ratunkowego, policji, albo straży pożarnej.

Otulony kocem, słuchałem głosów miasta. Było mi dobrze. Myślami zapuszczałem się w przeszłość. Przeszłość nie może istnieć inaczej jak linearnie, jak przyczynowo-skutkowy ciąg zdarzeń stwarzających historię życia. Patrząc w przeszłość myślący człowiek ułoży ją w opowieść, która doprowadzi go wprost do jego teraźniejszości, do niego-kim jest, kim stał się przez całą swoją przeszłość. Upajałem się własnym życiem. Odradzałem się we własnych myślach- ja trzydziestopięcioletni widziałem siebie stojącego z otwartą buzią, oszołomionego niepojętością i ogromem życia przedszkolaka tuż po pierwszym pocałunku Agatki, której inaczej już nie pamiętam, widziałem siebie jako nastoletniego wyrostka, który inteligencją i infantylnym błazeństwem zdobywał poszanowanie i uwielbienie rówieśników, w błogim rozmarzeniu wydobywałem z pamięci obraz dwudziestoletniego studenta, który z brawurową nonszalancją i cynicznym uśmieszkiem igrał swoim samotnym życiem zatruwając się nadmiarem świeżo zdobytej wolności. Nie miałem nic, nic nie mogłem stracić, mogłem tylko zyskiwać- zyskałem wszystko, o czym marzyłem. Samotny, spragniony miłości -pokochałem i zostałem pokochany; ubogi, prawie żebrak często oszołomiony głodem – osiągnąłem poziom życia, który pozwolił wyżywić siebie i rodzinę-tego chciałem i to osiągnąłem, mogłem nazwać się szczęśliwym człowiekiem – co biorąc pod uwagę doświadczenie życia nie jest tak częstym przypadkiem. Tak byłem szczęściarzem. Zostałem mężem wspaniałej kobiety, która dała mi czułość i poczucie męskości, przez którą z chłopca mogłem przeobrazić się w mężczyznę, spłodziłem dwie wspaniałe córki, doznałem cudownych uczuć ojcostwa, drżenia ojcowskiego niepokoju o ich kruche istnienie, dumy i radości ich pierwszych, nieporadnych doświadczeń życia, których ja nie mogłem pamiętać, tyle jeszcze było przede mną, przed nami, tyle jeszcze mieliśmy czasu na szczęśliwe życie, tak bardzo miałem poczucie nienaruszalności, stabilności mojego szczęścia, tak bardzo nic nie mogło się zdarzyć, Mąż, ojciec, kochanek- kim jeszcze może być mężczyzna, żeby być szczęśliwym, tyle mi wystarczało, tyle chciałem- otoczony szacunkiem i miłością, łaskawy, łagodny i mądry władca w swoim miodem i mlekiem płynącym królestwie.

Uśmiechałem się do tych myśli, co jakiś czas słysząc wydobywający się ze mnie mimowolnie odgłos wydychanego, jakby perforowanego oddechem śmiechu. Dosyć delikatnego śmiechu, który w kilkudziesięciu procentach można było nawet nazwać tylko oddechem, który w pozostałej części pozostawał jednak śmiechem- tak niewątpliwie śmiałem się. Śmiałem się jak człowiek szczęśliwy, pewny swojego szczęścia, niezachwiany w sensie życia. Człowiek, który włada życiem, nie płynie na jego falach, lecz ma władzę podejmowania decyzji, nadawania swojemu życiu sensu, czynienia go doskonałym według własnych wyobrażeń ideału. Śmiałem się jak człowiek świadomy swojej pozycji, swojego miejsca wśród innych podobnych sobie istot ludzkich, człowiek, który to miejsce zdobył latami pracy, cierpienia, wyrzeczeń, bolesnych przemian ducha. Miejsca, o które wciąż walczy, które chce utrzymać poprzez ciągłe kompromisy, nieprzerwaną naukę pokory, nieustanną czujność i kontrolę własnej osobowości.

Jednak nie spostrzegłem jak mój śmiech zaczyna mnie pogrążać. Wydobyty ze mnie, z moich myśli i uczuć, kiedy zaistniał na zewnątrz nabrał swojego życia i zaczynając go słyszeć słyszałem już nie tyle Mój śmiech, ile – po prostu śmiech – zewnętrzny, odrębny, niezależny, śmiech, który wprawdzie został stworzony przeze mnie, lecz sam uzyskał atrybut twórczej mocy i stwarzał- mnie tym razem, zamykając zaklęty krąg samostwarzania. Tak rodzi się obłęd.

Mój śmiech stawał się coraz częstszy, coraz bardziej natarczywy. W miarę upływu czasu zmieniła się też jego jakość. Ze struktury w przeważającej części szemrząco-wydechowej mutował w kierunku treści wydechowo-rechotliwej, co siłą rzeczy wiązało się też z jego głośnością. Z każdą chwilą mój śmiech był głośniejszy, coraz bardziej dla mnie słyszalny i twórczy i w miarę jego twórczego oddziaływania równocześnie pęczniało we mnie moje poczucie szczęścia, które z kolei wydobywając się na zewnątrz w postaci śmiechu czyniło go jeszcze radośniejszym, jeszcze głośniejszym i przez to jeszcze bardziej twórczym, co znowu musiało skutkować wzmożeniem odczuwanego szczęścia powolnie i sukcesywnie ewoluującego w kierunku odczuwalnych już leciutko preludiów ekstazy. Nie mogłem już leżeć, poderwałem się z leżaka, odrzuciłem koc ruchem, który był połączeniem brawury, nonszalancji i nieograniczonej swobody przepełnionej radosną, nieokiełznaną energią życia i ten ruch w połączeniu ze śmiechem sprawił, że krzyknąłem. Wydałem z siebie okrzyk – dosyć cieniutki, piskliwy, bardziej jak ćwierkliwe pohukiwanie, który jednak niewątpliwie był piskiem wyswobodzonej radości, i który łącząc się z narastającym strepitoso nieustającego już śmiechu sprawił, że gwałtownie wyrzuciłem ramiona w kierunku nieba choreograficznie zgrywając ten ruch z okrzykiem, a następnie opuszczając je zaśmiałem się szczerze, głośno i prawdziwie, by za chwilę powtórzyć tę figurę już szybciej, gwałtowniej, i znowu, znowu – z większą jeszcze ekspresją, z większą brawurą, znowu – ekstatycznie, orgiastycznie wręcz, aż do dreszczy duchowego orgazmu jak dyrygent, który poczuł w sobie każde drgnienie dźwięków orkiestry, który w połowie symfonii zatracił świadomość swojej istoty i już nie potrafi rozdzielić siebie od symfonii, która kieruje jego dłońmi, ramionami, całym ciałem obłąkanym w nieustannej dyrygenturze, gdy wpatrzona w niego orkiestra nieustannie wygrywa narkotyczne dźwięki zamykając upojne koło narastającego obłędu.

Dalej, dalej – wybuchając swobodnym śmiechem, z szalonym wrzaskiem radości, wstrząsany niekontrolowanymi już wyrzutami ramion zacząłem biegać i skakać po całej przestrzeni płaskiego dachu, niekiedy zatrzymując się na jego krawędzi tylko po to, żeby swoje wrzaski, śmiechy, i wymachy połączone z podskokami ukierunkować w stronę zachodzącego słońca, tak jakby moja obłąkana radość próbowała je spersonifikować, zgwałcić i zarazić obłędem, więcej nawet, jakby  siła, która mną zawładnęła miała przenieść mnie na słońce.

W którejś z chwil takiego postoju zaczęły docierać do mojej świadomości inne odgłosy niż tylko moje wrzaski i śmiechy. Z dołu usłyszałem narastające szmery głosów, z których niekiedy dało się odczytać wyraźniejsze sformułowania wyrazów, bądź krótkich zdań typu: „O Jezu!”, „Skoczy!?”, „Nie skoczy?!”

Z uśmiechem na twarzy spojrzałem w dół, gdzie z zadartymi w górę głowami zebrał się tłumek około trzydziestu osób, do którego przyłączali się kolejni przechodnie. Patrzyli na mnie, wskazywali sobie wyciągniętymi rękami wymieniając między sobą komentarze i przewidywania. Pomachałem do nich przestronnie i energicznie, równocześnie wydobywając z siebie radosne wrzaski pozytywnego obłąkania. Z oddali narastało wycie syren, spojrzałem w kierunku skąd dobiegał natarczywy odgłos i zobaczyłem jaskrawo-niebiesko-czerwone światła kogutów wozów strażackich, karetek pogotowia i radiowozów policyjnych, które uszeregowaną kawalkadą zbliżały się posuwiście i dość szybko w moją stronę. Śmiech powoli zamierał na mojej twarzy, na moich wargach, dźwięki wydobywające się z krtani zaczęły być coraz bardziej niemrawe, ospałe i ciche, ciało wytracało impet ruchu, zatrzymywało się, energia ulatywała, ręce opadły i zawisły, nogi znieruchomiały całkiem, a obłąkana radość, która była we mnie zaczęła parować w tempie wprost proporcjonalnym do ogarniającego mnie poczucia zmieszania, niepewności i lęku… Stojąc na krawędzi dachu znowu spojrzałem w dół.

Nie rozróżniałem twarzy rozpostartych w tłumie, twarze mieszały się ze sobą, rysy zacierały się w  oddali, zmierzch i postępująca szarość wieczoru rozmywała ich kształty. W dole, pode mną falowała pofałdowana, ciemniejąca płaszczyzna wytworzona doraźnie na skutek blisko siebie ustawionych ciał ludzkich. Płaszczyzna zachowująca się jak dziwne zwierzę-raczej morskie, oceaniczne- falująca na podobieństwo ogromnej zawisłej nad dnem oceany płaszczki. I z tej płaszczki wyodrębniały się wypustki rąk wyciągających się w moim  kierunku i opadających, a ponadto płaszczka krzyczała różnymi głosami:

– Skacz! Nie skacz!

„Skacz. Nie skacz, skacz, nie skacz, skacz, nie skacz…” – brzęczało w mojej głowie. Nie rozumiałem tych słów. Rozumiałem ich znaczenie, ale nie mogłem zrozumieć powodu dla którego miałbym skakać, albo nie skakać- nie rozumiałem o co chodzi rozfalowanej pode mną płaszczce, i tylko wzmagający się we mnie niepokój wskazywał mroczną ścieżkę na którą zaczął wkraczać mój broniący się jeszcze przed zrozumieniem świeżo przetworzonej rzeczywistości umysł.

Wycie syren stawało się coraz głośniejsze, coraz bardziej nieznośne, tłum w dole skandował dwa sprzeczne życzenia podzielony na zwolenników i przeciwników mocnych wrażeń. Stałem na krawędzi dachu jeszcze oszołomiony nagłą zmianą sytuacji, jeszcze próbowałem się uśmiechać, machnąć ręką, nogą, pisnąć jakoś, ale równocześnie zacząłem zdawać sobie sprawę z położenia, w którym znalazłem się niespodziewanie dla siebie samego.

To co teraz opiszę jest raczej odgadywaniem zdarzeń niż ich faktycznym opisem. Nie pamiętam dokładnie co się działo, jak faktycznie przebiegało to całe zajście, wszystko działo się bardziej na poziomie pozaświadomym, dlatego moja pamięć zdarzeń ogranicza się do mglistych urywków moich zachowań, natomiast doskonale pamiętam jedno, dominujące uczucie- strach, lęk wprawiający całe moje ciało w niekontrolowane drgawki o bardzo wysokiej częstotliwości, pamiętam zawroty głowy i słabość przesuwającą się od żołądka w górę do gardła, gdzie utkwiła w postaci wielkiej, kluskowatej gałki, której nie dało się wypluć, pamiętam giętkość nóg i dygotanie warg, pamiętam opętańcze palpitacje serca, pamiętam niemożliwy do ogarnięcia chaos, jakbym w jednej sekundzie moja istota rozbryzgała się w bezkresną przestrzeń kosmosu istnienia bez nadziei na ponowne scalenie, na odbudowę pierwotnej swojej struktury- w tych kilkudziesięciu sekundach całkowicie rozpadłem się, rozpadło się wszystko co nazywałem sobą, co było mną, przestałem istnieć…

– Skacz! Nie skacz! Skacz! Nie skacz!

Pierwszy zajechał czerwony wóz strażacki. Drzwi pojazdu otworzyły się i wyskoczyli z niego ludzie przebrani za strażaków. Kilku zaczęło rozwijać wielką zrolowaną belę nieznanego mi materiału, zauważyłem, że dwóch z nich wbiegło do klatki schodowej, równocześnie spostrzegłem zbliżającą się w moim kierunku wysuwaną drabinę rozpoczynającą się na dachu strażackiego wozu. Wszystko działo się bardzo szybko, zaczęło przenikać mnie nieodparte poczucie uciekającego czasu – niemal namacalnie czułem jego utratę, czułem, że mam go coraz mniej, że w tej sytuacji ja również powinienem się śpieszyć, bo inaczej mogę nie zdążyć…

Strażacy bezbłędnie i sprawnie wykonywali swoje zadania, za chwilę dojechała Policja i  pogotowie. Policjanci natychmiast zapanowali nad tłumem, foliową taśmą wyodrębnili niewielką przestrzeń, w której poruszali się strażacy, równocześnie tylne drzwi karetki pogotowia otworzyły się i wyszło z niej dwóch ubranych na czerwono mężczyzn, wysunęli nosze, które były łóżkiem na kółkach, usiedli na krawędzi wnętrza pojazdu, obok postawili torby z nieznaną mi zawartością, jeden z nich wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował drugiego. Czekali, puszczając dym papierosowy z głębi swoich dróg oddechowych i rozmawiając ze sobą krótką wymianą zdań nieustannie zerkając w moim kierunku. Prawie słyszałem pogardliwy, nonszalancki ton ich rozmowy i poczułem się jak żałosny tchórzliwy niedorajda, który nie jest w stanie wykonać tak prostego ruchu jak jeden krok wprost w przeźroczyste powietrze.

Ta myśl, to odczucie dodało mi pewności siebie, w nagłym zagubieniu kierunku istnienia zabłysło jak wesoła iskierka, jak preludium do nieuniknionej, nadchodzącej  jasności, do zbawczej kumulacji bytu, do wyzwoleńczej kondensacji idei i chociaż strach nieprzerwanie narastał we mnie, jednak coraz bardziej był to strach już wyklarowany, dookreślony, paradoksalnie  wręcz uspokajający – przed tym, że… nie zdążę skoczyć…

Klapa wejściowa na dach uniosła się pchana z dołu, z wewnątrz klatki schodowej i zobaczyłem ludzką głowę z twarzą, w której znajdowały się oczy, spojrzeliśmy na siebie, była to twarz mężczyzny, twarz mężczyzny uśmiechnęła się lekko do mnie ustami nie tracąc kontaktu wzrokowego, i zaczęła piąć się w górę ciągnąc za sobą, a może będąc pchana przez szyję, ręce, korpus w strażackim mundurze i nogi. Wiedziałem, że będzie ze mną rozmawiał, opóźniał, przekonywał, że będzie chciał zbliżyć się do mnie, złapać mnie, odciągnąć od krawędzi dachu, otumanić i wmówić, że jest inaczej niż myślę, że to co chcę zrobić nie ma sensu, że się mylę…

Zerknąłem w stronę dwóch mężczyzn z pogotowia, wciąż siedzieli w tym samym miejscu, patrzyli w milczeniu spowici w kłębach dymu, czekali na mnie, czekali na to co się stanie i przez to, że oni czekali ja poczułem się w powinności dopełnić ich oczekiwanie, to ich czekanie zostałoby pozbawione sensu, jeżeli ja swoim zachowaniem nie dokonałbym jego zamknięcia – w tej chwili wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle olśniła mnie wielkość, powaga i znamienność tej chwili, w której się znalazłem, zdałem sobie sprawę, że wszystko czym dotąd byłem w obliczu tego tu i teraz staje się nieistotne, że cały sens mojego bytu, że jego idealne dopełnienie staje się właśnie tu i teraz, gdy tam na dole czekają na mnie mężczyźni z pogotowia, gdy tłum rozpłaszczony przed blokiem niecierpliwie oczekuje definitywnego rozwiązania, gdy wszystkie okoliczności tu i teraz, które dość przypadkowo i nieumyślnie sprowokowałem nie pozostawiają mi już innych możliwości, gdy wszystko, cokolwiek będę chciał uczynić będzie już tylko bezalternatywną konsekwencją początkowej idei wyznaczającej dalsze przemiany mojej doraźnej osobowości…

– Piękny widok – usłyszałem męski głos kilka metrów od siebie i zdałem sobie sprawę, że przez tę jedną chwilę dekoncentracji strażak zdołał skrócić odległość między nami do niebezpiecznie dla mnie bliskiego dystansu…

– Odejdź – usłyszałem swój głos, który był jakby nie moim głosem i właściwie też co innego chciałem powiedzieć…

– Palisz? – wyciągnął paczkę papierosów w moim kierunku.

Nie mogłem już dłużej, musiałem to przerwać, musiałem to zakończyć w jeden tylko sposób i chociaż przez moment przemknęło mi przez głowę, że przecież mogę się jeszcze wycofać, że może nie musi tak być, lecz mężczyzna poruszył nogą, a we mnie wezbrała paniczna histeria przed niedokończeniem tego co nieuniknione, ostatnim krzykiem przepełnionym goryczą wyrzuciłem z siebie:

– Ja nie chcę umierać – i skoczyłem w przeźroczyste powietrze napęczniałego od niedokończenia wieczoru…

Nic się nie stało. Skręciłem nogę w kostce, która nieszczęśliwie wygięła się nienaturalnie przy upadku na rozpostartą przed blokiem wielką powietrzną poduchę. Nic się nie stało. Oszołomiony patrzyłem na twarze ludzi, chciałem się nawet uśmiechnąć z uwagi na szczęśliwe zakończenie, ale nie chciało mi się śmiać, więc tylko lekko wygiąłem kąciki warg ku górze bardziej symbolicznie niż faktycznie odzwierciedlając radość. Nie cieszyłem się. Poczułem ulgę jednak nie z powodu nieudanego skoku, lecz z powodu zamknięcia doraźnego sensu, zakończenia tego dyskomfortowego ciągu zdarzeń, który zakończył się na powietrznej poduszce. To był koniec. Tak to się skończyło. Tak to się zaczęło.

Siedzę w zamkniętym pokoju. Często za drzwiami słyszę czyjąś skrywaną obecność. Żona albo dzieci co kilkanaście minut w ciągu dnia podkradają się pod drzwi i zamierają w bezruchu nasłuchując. Ich obecność zdradza cień rzucany od nieprzeźroczystych nóg, widoczny w szparze między podłogą a dolną krawędzią drzwi. Stoją przy drzwiach około minuty, czasem trochę dłużej i bezszelestnie wycofują się w głąb mieszkania.

Z mojego pokoju staram się wychodzić jak najrzadziej. Wprawdzie odczuwam ogromny dyskomfort spotkań z żoną albo dziećmi, jednak nie dlatego nie chcę wychodzić ze swojej kryjówki. Po prostu boję się umrzeć, nie chcę umierać, naprawdę nie chcę się zabić. Mam świadomość faktu, że mój stan izolacji pogłębia się z dnia na dzień.

Początkowo – w pierwszym dniu po skoku próbowałem wszystko zignorować, świadomie ustawiłem się w pozycji hipokryty. Wprawdzie nie poszedłem do pracy ze względu na skręconą kostkę u nogi, jednak poza tym chciałem funkcjonować jakby nigdy nic.

Obudziłem się czując na karku ciepły oddech swojej żony. Było jeszcze bardzo wcześnie rano – około piątej, jednak ze względu na środek lata – już jasno. Delikatnie pocałowałem, ją w czoło, narzuciłem szlafrok i poszedłem do kuchni przygotować śniadanie, po drodze zerknąłem do sypialni córek – „Śpią jak zabite” – przemknęło mi przez głowę i ukryte znaczenie tego wyrażenia wprawiło mnie w doskonały humor. Poczułem, że mogę zapanować nad swoim przeznaczeniem, że to co się stało nie musi ukierunkować mojego dalszego istnienia, że może jednak wszystko da się odmienić, przywrócić do poprzedniego stanu, że jest to możliwe. Jak co dzień napełniłem wodą z kranu czajnik i wstawiłem go na zapalony ogień w kuchence gazowej. Przygotowałem kawę i herbatę do zaparzenia. Wyjąłem z lodówki masło, chleb, wędlinę i słoik kiszonych ogórków, masło w maselniczce włożyłem do mikrofalówki celem lekkiego podgrzania, otworzyłem szufladę kuchennego regału i wyjąłem z niej nóż o długim spiczastym ostrzu…

Zatrzymałem wzrok na tym, nożu, patrzyłem na niego myśląc dlaczego wziąłem właśnie ten nóż. Przecież co dzień do śniadania wybieram zwyczajny nóż stołowy o zaokrąglonym na końcu, około piętnastocentymetrowym odcinku ostrza, którym bardzo dobrze rozsmarowuje się masło na chlebie. Nie miałem żadnej potrzeby, aby wybrać nóż o długim, spiczastym ostrzu, a jednak ten nóż właśnie mi się wybrał. Uśmiechnąłem się leciutko kontynuując epizodyczną rolę zwycięzcy nad własnym przeznaczeniem. Czyżby coś we mnie chciało mnie przechytrzyć. Uniosłem rękę z nożem i nonszalancko przystawiłem czubek ostrza do pulsującej tętnicy na szyi. Zrobiłem tak, żeby temu czemuś w sobie okazać pogardę i wyższość, żeby okiełznać rodzący się we mnie strach, żeby nie pozwolić zawładnąć sobą temu czemuś, co musiało być konsekwencją rozpoczętego i niedokończonego sensu, zrobiłem tak, żeby się… nie zabić. Lecz kiedy trzymałem zimne ostrze przy swojej szyi nagle poczułem uścisk na nadgarstku ręki trzymającej nóż i mocne szarpnięcie odciągnęło rękę z nożem od gardła.

– Ale kochanie, nie rozumiesz… – zamilkłem w pół słowa, to nie mogło mieć sensu…

– Dlaczego? O Boże, dlaczego…? – szeptała, jednak były to pytania, na które nie było odpowiedzi,  a raczej odpowiedzią była rzeczywistość, która ułożyła się w jakiś sposób – innej odpowiedzi nie było.

Chyba nie oczekiwała nawet odpowiedzi, jej pytanie musiało się zrodzić – w okolicznościach, które nastąpiły, nieuniknione pytanie: „dlaczego”, które było pierwszym słowem we Wszechświecie, pytanie będące przyczyną porządku, zalążkiem sensu i ukojenia dla rozhisteryzowanego w chaosie człowieczeństwa. Sam zadawałem sobie to pytanie, również nie znajdując odpowiedzi, jednak przeczuwałem, że odpowiedź może być przeze mnie stworzona, że musi być przeze mnie stworzona w taki bądź inny sposób, że tę odpowiedź stworzę, albo poddając się konsekwencji zapoczątkowanych okoliczności, i wtedy nie będę nawet musiał jej wypowiadać, bo sam będę odpowiedzią albo przerywając destrukcyjny strumień okoliczności pchnąć siebie w inne rejony samostwarzania, zapłodnić się innymi myślami, uczuciami, uniezależnić się od pierwotnego wątku, utworzyć inną, nie tak oczywistą odpowiedź….

Jednak nie byłem na tyle silny. Stała przede mną zrezygnowana, zagubiona i zrozpaczona, z oczami szklistymi od wilgoci łez, a ja zamiast ją przytulić, zamiast odjąć władzę rzeczywistości i jej destrukcyjnym wątkom, poddałem się im, opuściłem głowę i prześlizgując się obok żony poszedłem do łazienki. Stanąłem nad umywalką i zacząłem gapić się w lustro. Patrzyłem na siebie z zewnątrz, otworzyłem szeroko usta, ale najdalej, co mogłem zobaczyć w środku to migdałek, poza nim zaczynała się owalna dziura ciemności, która kryła moje wnętrze. To był punkt zwrotny w tej całej samobójczej historii. Odtąd zacząłem  staczać się po równi pochyłej. Nie wiem jak długo gapiłem się w lustro, chyba na tyle długo, że moja żona zaczęła się niepokoić. Zapukała.

– Chwileczkę – powiedziałem i nacisnąłem przycisk spłuczki w sedesie, popłynęła woda swoim głośnym szumem dając znać światu, że załatwiam naturalne, codzienne potrzeby, które załatwia się co dzień w łazience.

– Nie, nic – usłyszałem.

Odeszła, jednak za chwilę dobiegły mnie szepty rozmowy, a cichy tupot drobnych kroczków, który uspokoił się przy drzwiach łazienki, uświadomił mi, że dzieci też już wstały. Czyżby któreś z moich dzieci podsłuchiwało mnie w łazience? Nagle rozległy się głośne, zdecydowane i energiczne uderzenia twardym narzędziem o twarde powierzchnie. Nieco ciszej, jakby w tle usłyszałem brzęk naczyń i sztućców jakby przekładanych nieuważnie i w pośpiechu. Była dopiero około szóstej. Szybko otworzyłem drzwi łazienki prawie przewracając stojącą przy nich młodszą córeczkę. Patrzyła dużymi, ślicznie-niebieskimi oczyma, w których widziałem strach i zagubienie.

– Co się stało?

Ten sam dźwięk uderzeń rozległ się w innej części mieszkania. Z kuchni dochodził brzęk naczyń.

– Nic. Mama gwoździe wbija…

– Jakie gwoździe?

– Gwoździe… – zaczęła płakać, jej głos załamał się całkiem i skrzecząc piskliwie wyszeptała z rozpaczą, jakby to była jej wina – Gwoździe takie…

Pocałowałem ją w czoło i pobiegłem do kuchni. Druga córka w pośpiechu pakowała do dużej podróżnej torby talerze, szklanki, kubki ceramiczne, z szuflady rzuciła na to wszystko garść widelców…

– Co ty robisz?

Gwałtownie obróciła się w moim kierunku z przerażeniem w oczach jak przyłapany na gorącym uczynku złodziej.

– Mama mi kazała… – wybuchła gwałtownym płaczem, upuszczając rączkę torby. Naczynia upadły i rozległy się wysokie tony tłuczonego szkła i ceramiki, równocześnie metaliczny dźwięk energicznych, mocnych uderzeń w kaloryfer odzwierciedlił reakcję poirytowanego hałasem sąsiada z dołu.

Dźwięk uderzeń młotka znów dał się słyszeć w innej części mieszkania. Pobiegłem w tym kierunku. Żona w najmniejszym pokoju przybijała właśnie gwóźdź do okiennej ramy.

– Kochanie co tu się dzieje?

– Nic, już skończyłam.

Spojrzałem na ramę okna. Kilka gwoździ wbitych było z góry na dół w ten sposób, że całkowicie blokowały możliwość jego otworzenia, pobiegłem do kolejnego pokoju i zobaczyłem, że tu jest podobnie, tak samo było w kolejnym i w kuchni, gdzie stała wciąż starsza córka z opuszczoną głową i rączkami przy oczach zanosząc się płaczem, przy drzwiach do łazienki stała młodsza gapiąc się na pierwszą i też spazmatycznie dygocząc w nieopanowanym napadzie skrzekliwego szlochu.

Poczułem, że ta rzeczywistość mnie przerasta, że dalszy kierunek, w którym podążę nie zależy wcale ode mnie, że razem ze mną zmienił się cały świat, w którym żyłem i przełamanie tego kierunku będzie wymagać ode mnie przeciwstawienia się wszystkiemu, w czym dotąd istniałem, ale nagle poczułem się bardzo słaby, bardzo samotny i zmęczony. Z rezygnacją spojrzałem na żonę, która w międzyczasie przyszła do kuchni po drodze przynosząc na rękach szlochająca wciąż córkę i przytuliła do piersi także szlochającą drugą córkę. Nie miałem już ochoty na nic, nie chciałem też o nic pytać ani niczego tłumaczyć, wszystko było już przesądzone, a ja nie miałem siły przeciwstawić się ogromnej, przytłaczającej formie, w którą jakoś tak samemu mi się wtłoczyło. Opuściłem bezradnie głowę i poczłapałem do najmniejszego pokoju w naszym domu, zamknąłem drzwi, usiadłem przy oknie zabitym gwoździami w wygodnym fotelu, na którym mogłem skulić się w iluzorycznym poczuciu bezpieczeństwa. Zaraz też usłyszałem cichutkie dreptanie, które ustało przy drzwiach. Wiedziałem, że tak będzie już co dzień. Z szuflady biurka wyjąłem zeszyt i długopis, którego na szczęście nie zostałem pozbawiony, i tak zaczął się mój pustelniczy żywot w nieustannym strachu o własne życie.

Dni zaczęły płynąć monotonnie przesiąknięte żałosnym zagubieniem i beznadziejnością sytuacji. Znikąd nie nadchodziła pomoc. Za drzwiami mojego pokoju stale ktoś przebywał, kiedy otwierałem je, idąc do toalety, albo do kuchni stale oczekiwał mnie widok szeroko otwartych oczu. Oczy należały do żony, albo którejś z córek w zależności od różnych pór dnia, jednak wszystkie łączył ten sam wyraz wyczekiwania zabarwionego nutką lęku ale też nieodwołalnej determinacji.

Początkowo wychodziłem jeszcze na śniadanie, obiad i kolację, jednak przytłaczająca atmosfera wspólnych posiłków, nieustanne uczucie bycia obserwowanym przy każdym, najdrobniejszym ruchu, chrząknięciu, kierunku spojrzenia, kiwnięciu palcem, zgięciu nadgarstka, który nabierał przez to wymiaru arcyważnej decyzji porównywalnej z decyzją o życiu albo śmierci, wszystko to skutecznie odebrało mi chęci przebywania z rodziną.

Poza tym samo spożywanie posiłków nabrało groteskowego charakteru, Żona pozbyła się wszystkich sztućców poza jednym metalowym nożem o zaokrąglonej końcówce ostrza, który był zamykany w barku w gościnnym pokoju, klucz od barku nosiła oczywiście żona, zaczęliśmy też używać jednorazowych, styropianowych naczyń, które z uwagi na swoją miękkość wydawały się żonie bezpieczniejsze w użyciu, niż plastikowe, które po kilkakrotnym zgięciu mogłyby posłużyć za ostre narzędzie, niebezpieczne dla życia.

Za bardzo cierpiałem w obecności żony i córek i po trzech dniach faktycznie prawie przestałem wychodzić z pokoju nawet do toalety, szczególnie, że po jednej z wizyt w łazience, gdy wróciłem do pokoju okazało się, że z sufitu został oderwany żyrandol, a przewód prądowy dosłownie wypruty spod tynku, podobnie gniazdo w ścianie zniknęło pozostawiając po sobie okrągłą dziurę i podłużny ślad siłą wyrwanego przewodu. Pozostałem więc bez zasilania energetycznego. Kiedy zapadał zmrok, przez długi czas gapiłem się w ciemność za oknem, aż nieświadomy do końca upływającego czasu zasypiałem upity ciemnością. Jednak mimo mojej samotności nie byłem sam – żona zawsze wieczorem nadmuchiwała powietrzny materac i cicho kładła się po drugiej stronie drzwi.

W którymś momencie tej paranoicznej sytuacji zapragnąłem się zabić. Początkowo nieśmiało. Patrząc w ciemność za oknem pomyślałem przypadkiem – „Boże chyba się zabiję”, lecz myśl ta rzucona żartem zaczęła się we mnie rozrastać i w miarę natręctwa i przytłaczającego terroru wytwarzanych przez moją rodzinę okoliczności stawała się coraz śmielsza w kontekście wręcz wyzwoleńczym, zbawczym. Paradoksalnie pozbawianie mnie przedmiotowej możliwości samobójstwa w postaci odbierania ewentualnych narzędzi sprawiało, że rodziło się we mnie coraz większe samobójcze pragnienie. I tak jak stałem się samobójcą na dachu, tak samo okoliczności wytwarzane przez żonę i dzieci dookreślały mnie w tej roli, a działania, które zapewne w przekonaniu moich bliskich miały mi pomóc w praktyce okazywały się negatywnym dookreślaniem mojej osobowości jako skłonnej wykorzystać wszystko i dążącej za wszelką cenę do popełnienia samobójstwa. I tak zaczęło to we mnie funkcjonować. Doprowadzony do rozpaczy własną bezradnością wobec narzuconej mi formy istnienia, zacząłem szukać wyzwolenia poprzez idealne dopasowanie się do wyznaczonej mi roli. Zacząłem szukać możliwości zabicia się, mimo nader niesprzyjających okoliczności.

Początkowo zacząłem od sposobów bardziej klasycznych, na miarę coraz węższego zbioru pozostawianych mi możliwości. Na spokojnie przeanalizowałem, czym, co znajduje się w moim zasięgu mógłbym się posłużyć w celu zabicia się. Dokonałem spisu inwentarza dostępnych mi ruchomości i tak: ubrania, pasek, szyba w oknie, fotel, regał, biurko, kaloryfer, nocnik – to wszystko, co znajdowało się w mojej dyspozycji. Z ubrań można było zrobić sznur do wieszania wisielców, choć w tym celu można też było się posłużyć paskiem, po pierwsze jednak co próbowałem zrobić to udusić się zapychając sobie otwór w twarzy nogawką spodni, które zdjąłem w tym właśnie celu, pojawiły się jednak dwa problemy, mianowicie spodnie były dżinsami, przez co materiał był zbyt gruby i sztywny do zapychania, po drugie natomiast po zapchaniu dużego otworu w twarzy uświadomiłem, sobie, że mam jeszcze dwa mniejsze w postaci dziurek od nosa, przez które ciągle mogłem oddychać. Biorąc powyższe pod uwagę zrezygnowałem ze wskazanych wyżej sposobów samobójstwa jako całkowicie bezcelowych.

 Następnym krokiem była próba powieszenia się na rurce od kaloryfera za pomocą paska od spodni. Problem jednak polegał na tym, że najwyższa rurka znajdowała się około 50 cm od podłogi w związku z czym aby się na niej powiesić, musiałem przyjąć pozycje „na czworaka” po czym zawieszony na szyi twarzą w dół i opierając się o podłogę nogami musiałem czekać na zakończenie procesu autodestrukcji, po dwóch próbach zrezygnowałem również z tego sposobu samobójstwa, po pierwsze proces okazał się bardzo bolesny z uwagi na ucisk paska na chrząstkę krtani, po drugie przebiegał zbyt długo w związku z czym nie miałem na tyle siły aby utrzymać ręce w powietrzu, a kiedy znajdowały się na podłodze mimowolnie podtrzymywały tułów aby ulżyć bólowi wynikającemu z nacisku paska  na krtań.

W akcie desperacji próbowałem też powiesić się na regale – otwierając najwyższe drzwiczki znajdujące się na wysokości około 170 cm. i montując pasek w szparze między krawędzią drzwiczek a ścianką mebla zaczepiając go o zawias, jednak ciężar mojego ciała przeważył regał, który przewrócił się na mnie z zawartością w postaci książek i sprawił, że mocno się poobijałem, oczywiście w wyniku hałasu drzwi do pokoju natychmiast się otworzyły i starsza córka zobaczyła mnie z paskiem na szyi, wygrzebującego się spod sterty książek i przesuwającego leżący na mnie regał.

Jedyna co mi pozostało to skok na szybę w oknie, albo zakładając, że zdążę zanim zjawi się ktoś z rodziny zaalarmowany hałasem tłuczonego szkła – wybicie szyby i skok bez ryzyka okaleczeń.  Zdecydowałem się na jednorazowy skok. Rozpędziłem się spod drzwi pokoju, skuliłem głowę w ramiona dodatkowo osłaniając ją przedramionami i półobrotem tułowia rzuciłem się na okno. Szyba oczywiście nie wytrzymała mojego naporu i stłukła się, a ja po około dwusekundowym locie zatrzymałem się wprost na trawniku przed blokiem, wraz z uderzeniem w podłoże czując nagły, orzeźwiający ból barku i obojczyka.

Właściwie mogłem przewidzieć, że skok z pierwszego piętra w dodatku na trawnik i nie na głowę raczej nie może skończyć się śmiercią i tak właśnie się stało. Złamałem obojczyk i poobijałem się boleśnie, ale po założeniu gipsu w szpitalu wróciłem do domu, do mojego pokoju.

Po powrocie mój pokój znowu się zmienił, wchodząc do niego usłyszałem pogłos swoich kroków. Ponadto w związku z zabiciem okna deskami było w nim ciemno przez całą dobę. W ciemności, leciutko rozjaśnionej dzięki prześwitującemu przez szpary między deskami światłu słońca, dostrzegłem ściany, fotel, kaloryfer i nocnik, poza tym jeszcze tylko podłoga i sufit. Kiedy tylko zamknęły się drzwi mojego pokoju z niepokojem wsunąłem rękę za kaloryfer. Poczułem ogromną ulgę wyczuwając wciśnięte między rurki a ścianę kartki papieru. Odrobina światła, która pozostawała w pokoju za dnia pozwalała jakoś funkcjonować. Jasno zdawałem sobie sprawę, że w sytuacji w jakiej się znalazłem nie mam możliwości zabicia się, to co mi pozostało to możliwość pisania, bo oprócz kartek pozostał mi jeszcze przecież długopis….

Pisząc te słowa zdałem sobie nagle sprawę, że jednak mogę się jakoś zabić. Przecież długopis, który posiadam daje mi taką możliwość, przecież wystarczy mocnym, energicznym ruchem wcisnąć go w którykolwiek oczodół, tak, żeby doszedł do mózgu i po wszystkim, tylko, czy jest na tyle długi – wystarczy około 13 cm., tyle na pewno ma, tylko czy jestem w stanie to zrobić, z drugiej jednak strony przecież muszę to zrobić, jako samobójca, muszę przecież skończyć tę opowieść, która

                                       Bruno Gratner

                                                                       Toruń 29.03.2009r.

Obraz za: Obraz TimKvonEnd z Pixabay