Relacja z 48 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni / Marek Baran

0
773
Odbywający się w Gdyni festiwal to największe święto polskiego filmu. To werdykt na tym festiwalu jest najważniejszą oceną kondycji polskiego kina. Jak zawsze są lepsze i gorsze festiwale, a zależy to od poziomu zrealizowanych i zgłoszonych do konkursu filmów. Jaki był poziom tegorocznego festiwalu? Niektórzy uważają, że słaby – jeden z wpływowych krytyków nawet postulował odstąpienie od przyznania Złotych Lwów bo nie znalazł żadnego dobrego filmu w zaprezentowanym zestawie. Dla mnie był to średni festiwal, ale jeśli w przyszłości nie będzie gorzej – powinniśmy się cieszyć z jego poziomu. Oczywiście chciałbym, żeby było lepiej. W szczegółach oceniam to tak:
Pańszczyźniano- agrarny werdykt
Patrząc na najważniejsze nagrody 48 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni można odnieść wrażenie, że we współczesnym polskim kinie najważniejsze są tematy wiejskie. Jest to widoczne zarówno w sferze historycznej reprezentowanej przez filmy „Chłopi”, reż. DK Welchman, Hugh Welchman i „Kos” Pawła Maślony jak i we współczesnych problemach wsi, które mogliśmy zobaczyć w filmie „Tyle co nic” wyreżyserowanym przez Grzegorza Debowskiego.
Złote Lwy Festiwalu otrzymał „Kos” – jest to opowieść o Tadeuszu Kościuszce, który po wielkich wyczynach w Ameryce powraca do Polski, żeby stanąć na czele Powstania. Towarzyszy mu czarnoskóry adiutant, który był postacią historyczną, choć nie jest potwierdzony jego przyjazd do Polski. Film jest ewidentnie zainspirowany filmem Quentina Tarantino „Nienawistna ósemka”. Oglądając „Kosa” odnosimy wrażenie, że dobrze znamy tę fabułę. Trwa to do końcowej części, przypominającej „Potop” Jerzego Hoffmana. Maślona zastosował prawie dokładny cytat z Potopu: „Pan machasz jak cepem” (w oryginale „waść”, które byłoby nieadekwatne w przytoczonej scenie).
Moim zdaniem film został zmanipulowany na kilku poziomach. Pierwszy poziom odnosi się do tego, że publicystyka przesłoniła twórcom historię. Początek filmu przypomina pierwszy rozdział głośnej książki Kacpra Pobłockiego „Chamstwo”. Jest ona jedną z serii książek, których wiodącym tematem jest porównane doli amerykańskich Murzynów z losem polskich chłopów pańszczyźnianych. Ten temat wybrzmi później w filmie, ale nie będę spojlerować. Oglądając obraz Maślony można odnieść wrażenie, że to właśnie „Ludowa Historia Polski” i „Pańszczyzna” były głównymi lekturami twórców scenariusza.
Obsada tego filmu jest mocno zaskakująca biorąc pod uwagę głównego producenta. W głównych rolach możemy zobaczyć aktorów znanych głownie z telewizji TVN, a producentem jest TVP. Zarówno Robert Więckiewicz jak i Jacek Braciak to aktorzy znani z „wiertniczej” anteny i ich udział w produkcji konkurencji budzi moje zdziwienie. Czy jest to przełom? Czy zrozumieli, że duże produkcje realizowane są dzisiaj głównie przez największą telewizję? Czy zauważyli, że mają swoje lata i mogą już nie zdążyć zagrać wielkich ról w życiu? O tym traktuje film „Święto ognia”, o którym poniżej. Mając to na uwadze może dziwić co prawda aluzyjny ale jednak negatywny ton wypowiedzi Więckiewicza w czasie odbierania nagrody. Nie gryzie się ręki, z której się bierze jedzenie (i szanse na realizacje swoich zamierzeń artystycznych).
Drugim filmem, który dostała na tegorocznym festiwalu dwie nagrody (w tym specjalną) są nominowani do Oscara „Chłopi”. Przyznam, że to jeden z dwóch moich ulubionych filmów, jakie obejrzałem na tegorocznym festiwalu. Jest to adaptacja powieści Władysława Reymonta i na dodatek – adaptacja udana. Powieść została bardzo dobrze opracowana, a zastosowane środki nie powodują w nas dysonansu wynikającego z obcowaniem z prozą sprzed ponad stu lat. Nie zrezygnowano nawet z archaicznego języka, którego koloryt towarzyszy nam w czasie projekcji. 
Jest to animacja stworzona przez artystów, którzy namalowali ponad osiemdziesiąt tysięcy obrazów olejnych będących klatkami filmu animowanego. Z moich wyliczeń wynika, że nie wszystkie klatki zostały namalowane – jeśli nie dokonałem błędu rachunkowego, została namalowana co piąta klatka. Reszta prawdopodobnie została wygenerowana cyfrowo. Ale to i tak jest duży wysiłek. Zresztą nie względy techniczne są w tym filmie najważniejsze, ale walory artystyczne, a tych filmowi nie sposób odebrać. Nasze zmysły są ciągle atakowane przez kolejne sceny, które wydaje nam się, że już gdzieś widzieliśmy. Poza „Bocianami” i „Babim latem” Chełmońskiego ja dostrzegłem „Dziewczynkę z perłą” Vermera i „Czeszącą się” Władysława Ślewińskiego. Poza tym jest Leon Wyczółkowski i wspaniały śnieg Juliana Fałata. Będę z niecierpliwością  czekał na wydanie tego filmy w wersji dvd by móc robić stop-klatki i zachwycać się cudownymi obrazami, z których złożony jest ten film. Wówczas zapewne znajdę jeszcze więcej inspiracji autorów.
„Tyle co nic” to z kolei opowieść o współczesnej polskiej wsi. Dotyczy procederu pozbywania się przez polskich rolników ziemi. Temat jednak nie jest wystarczająco dobrze pokazany, za to polska wieś wygląda na zacofaną i gnuśną. W filmie widzimy wiele scen wulgarnych i nawet śmierć jest pokazana w pozbawiony godności sposób. W filmie polski rolnik jest bezczelny, bezwzględnie walczący o pieniądze, pijany i brudny. Nie wiem na ile jest to obraz prawdziwy, ale myślę, że pokazując w taki sposób tę grupę twórcy obrazili pokaźną liczbę chłopów – Warmiaków również.
Prawda ekranu
Wśród najważniejszych nagrodzonych filmów nie należących do nurtu agrarnego polskiego kina znalazł się obraz, który otrzymał Srebrne Lwy – „Imago” Olgi Chajdas. Jest to opowieść o wokalistce punkrockowego zespołu Pancerne Rowery. Film należy do drugiej istotnej kategorii – kina historycznego, eksplorującego niezbyt odległe czasy. Oczywiście również „Kos” i „Chłopi” są kinem historycznym, jednak dotyczą lat bardzo odległych. „Imago” jest filmem miejskim. Opowiada on o miejskiej kulturze lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Jest poruszający, bo w rolę głównej bohaterki wcieliła się jej córka Lena Góra. Scenariusz jest oparty na oryginalnych zapiskach matki, która bardzo dokładnie, a nawet ekshibicjonistycznie przedstawia swój świat. A jest to świat pełen używek, złych emocji a nawet szaleństwa. Lena Góra szczególnie mocno przeżyła sceny kręcone w szpitalu dla umysłowo chorych w Kocborowie. Personel doskonale pamiętał jej matkę i, mimo, że starano się uniknąć zdradzania szczegółów – szybko zorientował się kto jest bohaterem realizowanego filmu.
Poza trzema wymienionymi filmami jeszcze cztery odwołują się do naszej przeszłości. Najwyżej uhonorowanym z nich jest „Doppelganger/Sobowtór” Jana Holoubka. Jest to opowieść o polskim szpiegu, który wykorzystując cudzą tożsamość przedostaje się do Republiki Federalnej Niemiec, gdzie pracuje dla wywiadu PRL. Scenariusz filmu oparty jest na prawdziwych wydarzeniach. Nie znamy tylko końca biografii, czyli kariery jaką po powrocie do Polski pełnił były oficer Służby Bezpieczeństwa. A to właśnie ta działalność przyczyniła się do jego zdemaskowania przez córki prawdziwego bohatera tej opowieści.
Najgorszym z kolei filmem na Festiwalu był „Święty” w reżyserii Sebastiana Buttnego. To jest chyba powszechna opinia krytyków i recenzentów. Jest to opowieść o słynnej pod koniec lat osiemdziesiątych kradzieży fragmentu sarkofagu świętego Wojciecha. Jest to świetny temat na film, ale twórcy „Świętego” nie udźwignęli tegoż tematu. Do zbudowanie roli nie wystarczy nauczenia się tekstu na pamięć i jego wypowiedzenie. Niestety ambitni amatorzy chyba o tym nie wiedzieli – ich brak podstawowej wiedzy na ten temat wyjątkowo razi. 
„Raport Pileckiego” Krzysztofa Łukaszewicza to film oczekiwany od bardzo dawna. Został już zrealizowany Teatr Telewizji na ten temat, ale na film czekaliśmy od lat. Pamiętam jak rodzina rotmistrza zabiegała o taki film przed kilku laty. Niestety – znowu film ten nie jest filmem dobrym. Główny bohater, grany przez Przemysława Wyszyńskiego nie sprawia wrażenia odważnego, mężnego żołnierza. W rozmowach po projekcji wiedział już, że nie wolno salutować do głowy bez nakrycia. Poza tą wpadką mnie raziła jego przygarbiona sylwetka. O ile może ona mieć swoje uzasadnienia w drugiej części filmu (proces, tortury) o tyle w pierwszej chciałbym zobaczyć dumnego, sprężyście maszerującego żołnierza. Kilka dni musztry w Jednostce Reprezentacyjnej Wojska Polskiego mogło zdziałać cuda w czasie przygotowań do roli. Bez tego powstała postać porównywalna z Generałem Nilem, o której nawet twórcy dzisiaj już zapomnieli.
Nieco lepiej prezentuje się „Figurant” Roberta Glińskiego. Jest to jego najlepszy film od lat. Szkoda, że nie został doceniony w tegorocznym werdykcie. Jest to opowieść o inwigilacji Karola Wojtyły w czasie kiedy został biskupem krakowskim. Intryga jest zbudowana wokół próby ustalanie przez Służbę Bezpieczeństwa ojcostwa jednego z dzieci. O ojcostwo podejrzewany był sam Wojtyła. W filmie jest jeden gdański wątek, który pozwolę sobie zachować w sekrecie. Jednocześnie chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że rolę swojej matki zagrała Paulina Kinaszewska (nie uwzględniona w obsadzie Katalogu festiwalowego). 
Kino współczesne i artystyczne bez nagród
W mojej ocenie kino artystyczne reprezentowały dwa filmy: „Fin del Mundo?” Piotra Dumały i „Sny pełne dymu” Doroty Kędzierzawskiej. Pierwszy z nich mnie nie ujął. Co prawda ucieszyłem się widząc po latach na ekranie Mariusza Bonaszewskiego i innych zacnych aktorów, ale sami świetni aktorzy to za mało na dobry film. Niestety nie oceniam go wysoko – być może moja wrażliwość jest inna niż twórców tego filmu. Jest śmieszny, zrobiony z dystansem, chyba potrafi uwieść widza, ale mnie (niestety) nie.
Natomiast „Sny pełne dymu” Doroty Kędzierzawskiej wbiły mnie w fotel. Dla mnie to najlepszy film tegorocznego Festiwalu. Zrobiony, wydawać by się mogło, skromnymi, kameralnymi środkami ale z nieprawdopodobną energią. Nie wiem co sprawiło, że nie został dostrzeżony przez jury. Mam nadzieję, że nie były to względy pozaartystyczne. Zresztą – kino artystyczne nigdy nie miało przychylności gdyńskich jurorów – niezrozumienie w Gdyni kina Lecha Majewskiego jest tego najlepszym przykładem. 
„Sny pełne dymu” to spokojna, płynąca opowieść, w którą wchodzimy i którą możemy odrzucić albo dać się jej ponieść. W trakcie pokazu prasowego co chwila ktoś opuszczał salę. Ten film wymaga spokoju i namysłu, o który w dzisiejszych czasach bardzo trudno. Może to właśnie niemożność skupienia się spowodowała, że część widzów nie zadała sobie trudu by odebrać w pełni ten film. Główne role grają tu  Żaneta Łabudzka-Grzesiuk i Krzysztof Globisz. Jak wszyscy zapewne wiemy – pan Krzysztof nie jest w najlepszej formie. Gdyby dzisiaj miał przyjmować do teatru aktora w jego kondycji pewnie by tego nie zrobił. Tymczasem – deficyty jego stanu zdrowia sprawiają, że przyglądamy mu się jeszcze bardziej. Zwłaszcza, że obiektyw kamery śledzi go bardzo blisko. Takie przynajmniej odnosiłem wrażenie. Wykorzystano specjalny rodzaj obiektywu, który spotęgował to odczucie – są to obiektywy zniekształcające część pola naszego widzenia, co daje niesamowity efekt. Twórcy zastrzegli, że ich film należy oglądać jedynie w kinie – najlepiej w warunkach idealnych. Jest czarno-biały i wymaga szczególnego odbioru. Z rozmowy z operatorem dowiedziałem się, że najlepiej gdyby sufit pomieszczenia, w którym prezentowany jest ten obraz był pomalowany specjalną czarną farbą prawie w pełni absorbującą wszelkie odbicia. Przyglądając się wystrojowi Teatru Muzycznego zauważyłem, że nie są to warunki idealne dla jego prezentacji. Sala jest zdecydowanie zbyt duża jak na intymną projekcję jakiej film wymaga. Nawet kino Warszawa ma swoje wady – wprawdzie całe czarne, ale reflektory nad sceną są pokryte połyskującą czernią…
Do filmów współczesnych wypada zaliczyć „Freestyle” Macieja Bochniaka, „Horror Story” Adriana Apanela, „Jedną duszę” Łukasza Karwowskiego, „Lęk” Sławomira Fabickiego, „Różyczkę 2” Jana Kidawy- Blońskiego, „Święto ognia” Kingi Dębskiej i wspomniany już, nagrodzony film „Tyle co nic” Grzegorza Dębowskiego.
Z tego zestawu do mnie najbardziej przemówił „Horror Story”. To opis przygód młodego człowieka, który po studiach stara się znaleźć pracę. Stara się wejść w dorosłe samodzielne życie, a my śledzimy jego kłopoty z tym związane. Jest to obraz bardzo dynamiczny, zaskakujący i dający powód do przemyśleń. Ten film wymaga od widza, żeby poddał się jego rytmowi i chyba tylko podążając za jego feelingiem można ocenić wartość tego obrazu. Niestety – jury festiwalowe nie odebrało jego wibracji i nie oceniło go zgodnie z jego prawdziwą wartością. Spodziewam się, że na innych festiwalach może spotkać się z bardziej przyjaznym przyjęciem.
Najmniejsze wrażenie zrobił na mnie film „Lęk”. I nie tylko za sprawą spojlera jaki usłyszałem przed jego obejrzeniem. A w przypadku tego filmu spojler składa się tylko z jednego słowa, dlatego o ty filmie nie napiszę zbyt dużo – a zwłaszcza nie użyję tego jednego słowa. O „Lęku” trzeba jednak napisać, że jest zrealizowany bardzo dobrze technicznie. Moją uwagę zwróciła nazwa stacji kolejowej – Ksobiechów. Ta stacja jest ważna dla rozwoju fabuły, mimo, że widzimy ją po dziurze scenariuszowej – nie wiemy skąd dwie bohaterki wiedziały gdzie mają się spotkać. Ciekawe jest też to, że nazwa stacji jest podobna do nazwiska z kierownictwa produkcji filmu.
Obiecałem na początku, że wrócę do „Święta ognia” Kingi Dębskiej. W tym filmie na szczególną uwagę zasługuje Paulina Pytlak. Jest to młoda aktorka, która tak perfekcyjnie zagrała wymagającą rolę, że dopiero przy napisach zorientowałem się, że zrobiła to tak dobrze. Nie zdradzę dlaczego, żeby nie powiedzieć za dużo, dodam jedynie, że nie tylko ja byłem tą grą zaskoczony. Nagroda za tę rolę jest w pełni zasłużona. To wielka rola – to nie powinna być nagroda za debiut, ale za Rolę Główną! Na szczęście Pani Paulina jest młodą aktorką i może jeszcze nas zaskoczy na kolejnych festiwalach. Życzę tego wszystkim – nam widzom i pani Paulinie.
Film „Freestyle” Macieja Bochniaka to coś całkiem nowego i niemalże rewolucyjnego w polskim kinie. Chyba zbyt rewolucyjny to film, bo nie dostał nagrody. Jest drażniący, dynamiczny, wibrujący. Jest to rodzaj nowego musicalu, ale łamiący kanony jego gatunku. Trochę podobny do serii „Jak zostałem gangsterem” i „Jak pokochałam gangstera”. Takie filmy albo się przyjmuje z całą ich konwencją albo odrzuca. W Gdyni został odrzucony.
Film Kidawy Błońskiego jest współczesnym filmem political fiction osadzonym w polskich warunkach. Luźno nawiązuje do poprzedniej części. Warto uważać na zbyt dosłowne utożsamianie bohaterów do postaci prawdziwych, od których twórcy się odżegnują. Miałem problem z identyfikacją syna, który w filmie jest córką. Tego problemu nie będzie miał jednak nikt, kto zbyt dobrze nie zna zawiłości pewnej rodziny, która nie udzieliła praw w pierwszej części „Różyczki”. Film jest bardzo poprawnie zrealizowany, świetny aktorsko nawet w przypadku Więckiewicza, który w czasie Festiwalu zrobił dużo, żeby dziennikarze go nie lubili. Najzabawniejsza jest jednak postać kobiety startującej na stanowisko prezydenta Polski. Czyżby reżyser zgłaszał już żonę jako kandydatkę do najbliższych wyborów?
                                                 Marek Baran

Nagrodzeni. Fot. Marek Baran.

Paweł Maślona. Fot. Marek Baran.

 

Ekipa filmu Fin del Mundo. Fot. Marek Baran.

Ekipa filmu Kos. Fot. Marek Baran.

Ekipa filmu Tyle co nic. Fot. Marek Baran.

Robert Gulaczyk i Artur Paczesny. Fot. Marek Baran.

Robert Więckiewicz. Fot. Marek Baran.

Gabriela Muskała. Fot. Marek Baran.

Jacek Bromski. Fot. Marek Baran.

Jakub Gierszał. Fot. Marek Baran.

Kinga Preis. Fot. Marek Baran.

Jan Holoubek. Fot. Marek Baran.

Lena Góra. Fot. Marek Baran.

Olga Chajdas. Fot. Marek Baran.

Statuetka Złote Lwy. Fot. Marek Baran.

 

Obraz wyróżniający: Scena FPFF. Fot. Marek Baran.