Recenzja filmu- „Gwiazd naszych wina” w reżyserii Josha Bonna z pewnością był niesamowitym rarytasem dla nastolatek w 2014 roku, jednak ekranizacja książki(…)Justyna Luszyńska

0
518

 „Gwiazd naszych wina”

Film  „Gwiazd naszych wina” w reżyserii Josha Bonna z pewnością był niesamowitym rarytasem dla nastolatek w 2014 roku, jednak ekranizacja książki o tym samym tytule z pewnością nie jest zarezerwowana wyłącznie dla osób dopiero kształtujących swoją osobowość. Powiedziałabym, że to dobra pozycja kiedy chce się obejrzeć dwugodzinny romantyczny wyciskacz łez razem ze swoją drugą połówką, w piątkowy wieczór po szkole lub pracy.

Początek filmu niezbyt przypadł mi do gustu. Byłam dosyć sceptycznie nastawiona. Nigdy nie lubiłam „romansideł”, jednak mimo wyraźnie zaznaczonej idealizacji postaci, w jakiś sposób związałam się z głównymi bohaterami i po jakimś czasie oglądanie przychodziło mi z przyjemnością, czego nie mogłam powiedzieć na początku seansu.

Miedzy Hazel (Shailene Woodley) a Gusem (Ansel Elgart) stopniowo rodziło się uczucie, na początku powoli i nieśmiało, a później szybko i namiętnie. Ciekawym zjawiskiem jest to, że ludzie bez względu na to jacy są zawsze znajdą osobę podobną do samego siebie. Tak było też w tym przypadku. Hazel i Gus poznali się na spotkaniu grupy wsparcia, już w zwykłych spojrzeniach dało się wyczuć chemię, niestety późniejszy przebieg zdarzeń nie ujawnia szczęśliwego zakończenia, choć przez długi czas trwania filmu odnosi się wrażenie, że inny finał  nie wchodzi w rachubę. W filmie pojawia się również trzecia postać, może niezbyt często, ale jej osoba dużo wniosła do fabuły. Isaac (Nat Wolff) wniósł swoją szczyptę optymizmu i pozytywizmu do konsumpcji tego dzieła, mimo że nie dało się zauważyć go szczególnie często na ekranie, to mimo szczupłego pola do popisu dał się zapamiętać. Całą trójkę połączyła jedna wspólna choroba – rak. Hazel nie może oddychać bez wąsów tlenowych i specjalnej butli z tlenem, którą musi nosić ze sobą wszędzie, Gus nie ma nogi i nosi protezę, a Isaac staje się niewidomy. W ich życiu wiele się zmienia, ale pewne rzeczy pozostają niezmienne – choroba, która odbiera im normalne funkcjonowanie.

Ciekawym i jednym z głównych wątków moim zdaniem była pasja z jaką Hazel traktowała swoją biblię – książkę „Cios udręki” Petera van Houtena, o Annie umierającej na raka, co stało się głównym zapalnikiem przyszłych zdarzeń.

Bohaterów połączyły piękne chwile, ale ich miłość była na swój sposób wyjątkowa. Gus wiedział o chorobie Hazel, w pewnym sensie zgodził się na własne cierpienie pozwalając sobie się w niej zadurzyć. Mało kto poświęciłby się tak bardzo dla drugiej osoby. Zakochać się z pełną świadomością przyszłych łez i śmierci ukochanej osoby? To wspaniałe, lecz nierealne we współczesnym życiu. Mam cichą nadzieję, że istnieją takie przypadki, kiedy wbrew wizji przyszłego cierpienia po śmierci drugiej połówki, (bo przecież Gus wiedział o wszystkim, nie dowiedział się w trakcie ich związku, że Hazel umrze. Był świadom, że wiążąc się z siedemnastolatką, godził się równocześnie na miłość i cierpienie) ludzie się ze sobą wiążą i trwają razem do samego końca.

Z filmu można wyciągnąć wiele mądrości, lecz ten dramat porusza dosyć mocno sferę przywiązania do drugiego człowieka, kwestię inwalidztwa i ciężkiej choroby oraz szanowania życia. Chory przestaje szanować życie, przez to, że czuje się ciężarem dla otoczenia, ale nagle zjawia się jedna osoba i wszystko nabiera kolorów. jednak nie zawsze tak jest do samego końca. W tym filmie w pewnym momencie powraca szarość i nadchodzi chwila, kiedy uświadamiamy sobie, że życie to nie bajka.

Dobra gra aktorska pozwoliła mi w całości oddać się temu filmowemu dziełu, a od pewnego momentu z oczu nieustępliwie zaczęły wypływać mi łzy. Myślę, że ta produkcja jest w stanie stopić każde lodowate serce, choć na początku sama dawałam jej na to marne szanse. W tym dziele filmowym występował pewien bilans, komizm i tragizm, wywołany przez niecodzienną mieszaninę romansu i powolnego umierania głównych bohaterów… Do samego końca miałam nadzieję na inny obrót zdarzeń, ale w tej kwestii nic się nie zmieniło.

Mnie film średnio zaimponował, jednak czuję się zadowolona po tym seansie. Są różne rodzaje miłości, ta łącząca Hazel i Gusa była bardzo specyficzna. Oboje byli świadomi swoich policzonych dni, ale wbrew swojej chorobie postanowili się zjednoczyć. Wiedzieli, że ich miłość przyniesie za sobą cierpienie, może nie z racji ich winy, a raka, który ich zabijał, lecz jak ujął to Gus „Nie da się uniknąć tego, że cię skrzywdzą, ale mamy wpływ na to kto to zrobi.”

Ten film mogę polecić każdej osobie, która lubi podczas filmowego seansu pomyśleć nad swoim życiem i jego wartością, a także osobom zarówno wrażliwym jak i zatwardziałym, są bardzo nikłe szanse, że ktokolwiek nie uroni przy oglądaniu ani jednej łzy.

 

Kilka słów o autorze: Roksana Krasińska:

„Szesnastoletnia licealistka imieniem Roksana, która od dziecka przejawiała pasję do pisania. Swoją przygodę zaczęła od opowiadań, następnie testowała swoje możliwości w pisaniu wierszy, by w 2015 roku spełnić swoje marzenie i założyć bloga na którym spróbowała swych sił w pisaniu luźnych artykułów. Oprócz pisania lubi czytać o psychologii oraz oglądać i czytać o interesujących sprawach kryminalnych, czasami coś narysuje lub sfotografuje, jednak to pisanie stawia ponad wszystko. Nie narzeka nigdy na brak pomysłów, inspiruje ją wszystko co ją otacza. Nigdy nie mówi, że czegoś nie da się zrobić, a dużą siłę czerpie z cytatów Alberta Einsteina jak „Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, i przychodzi taki jeden, który nie wie, że się nie da i on to właśnie robi.” Na tej stronie pisze dlatego, że chce przetestować swoje możliwości, jest to dla niej doskonała okazja, by nauczyć się czegoś nowego, a to, że może tutaj pisać jest dla niej dużym sukcesem.

 Aktualnie prowadzi bloga: we-never-grow-from-dreams.blogspot.com ‘’