Przedwojenne dzieci Gdańska / Milena Ewa Cieślewicz

0
698
Gdańsk powoli i ospale budzi się do życia, zapowiada się piękny słoneczny letni dzień. Stefan szykuje się do szkoły. Umył twarz, w odbiciu lustra jego ciemne, duże oczy zasłania  trochę przydługa, nierówna grzywka. Mama już kilka razy zwracała uwagę, że fryzjer za nim bardzo tęskni. Jedno jest pewne poczucie humoru odziedziczył po niej. Uśmiech nie schodzi mu z buzi od samego rana, dziś spotkanie z przyjaciółmi. Gdyby mógł pobiegłby na spotkanie już teraz, ale niestety najpierw szkoła. Minęło już prawie 39 lat od uroczystego otwarcia 17 października 1900 r. gdańskiej siedziby jego szkoły. Przeniesienie szkoły z Jankowa do Wrzeszcza nie zmieniło jednak zasad szkoły. Nadal przyjmowano tylko młodzież męską, nadal nie pytano o wyznanie, czy pochodzenie. Stefan sam nie wiedział jakie ma pochodzenie, ponieważ miał w sobie mieszankę krwi polskiej, duńskiej, holenderskiej i niemieckiej i nie wiadomo jeszcze jakiej. To babka nauczyła go języka polskiego, tak jak ją nauczyła jej babka, ale w zasadzie czuł się przede wszystkim gdańszczaninem. Tutaj w jego szkole zresztą nie miało to znaczenia, liczyły się wyniki w nauce oraz dobre zachowanie. Stefan stara się być pilnym i grzecznym uczniem, ale nie zawsze mu to wychodzi. Jakkolwiek uczy się dość dobrze, to jednak zdarza mu się robić psikusy, co niestety odbija się na nim negatywnie. Dobrze jednak wie, że szkolnictwo średnie jest  odpłatne, zarówno państwowe, jak i prywatne. Uzdolnieni mogą jednak liczyć na stypendia fundowane przez Senat Wolnego Miasta Gdańska, miasto Gdańsk lub osoby prywatne. Chłopiec liczy na takie stypendium. Ma jeszcze kilkoro młodszego rodzeństwa, więc budżet jego mieszczańskiej rodziny, choć nie biednej był jednak ograniczony. Obiecał sobie i to już nie raz, że koniecznie popracuje nad swoim zachowaniem. Ostatni kawał ze schowaniem kredy nauczycielowi od matematyki i położeniem w to miejsce małego pomalowanego patyczka wyglądającego jak kreda był ryzykowny, choć zabawny. Oczywiście matematyk od razu wiedział na kogo skierować srogi wzrok jak tylko odkrył, że nie może pisać na tablicy. Na samo wspomnienie tego zdarzenia uśmiechnął się  pod nosem. W ciągu niespełna kilka minut był przed gmachem  budynku. Spojrzał szybko kątem oka na zegar znajdujący się na frontowej ścianie budynku przy ul. ul. Piramowicza 1/2, ma jeszcze kilka minut do rozpoczęcia zajęć. Początki jego szkoły sięgają aż 1801 roku, kiedy to na mocy testamentu Karola Fryderyka Conradiego powstał w Jankowie „Prowincjonalny Instytut Szkolny i Wychowawczy im. Conradiego”. W swoim testamencie fundator  napisał „ponieważ moje nazwisko rodowe prawdopodobnie wygaśnie, będzie ono mogło pozostać w dobrej pamięci dzięki temu, że wychowankowie w swym stroju będą posiadali znak wyróżniający fundatora, studenci instytutu po ukończeniu nauki ponownie wspomną o fundatorze przy składaniu publicznych egzaminów końcowych”. Tradycją było więc noszenie przez absolwentów oryginalnych w swym kształcie czapek z wyhaftowanym złotą nicią herbem Conradiego, taka  wspaniała czapka już czekała na Stefana.  Kilka godzin  w szkole i chłopiec  spotka się z przyjaciółmi. Dawno się nie widzieli, a mają sobie tyle do powiedzenia. Najbardziej  stęsknił się za Gustawem. Niewiele starszy od niego kolega, wysoki, silny i muskularny bardzo mu imponował. Fascynowały go jego opowieści o pracy w warsztatach okręgowych stoczni gdańskiej. Gustaw uczęszczał bowiem do utworzonej w 1921 roku  Werkschule der Danziger Werft, czyli przyzakładowej szkoły zawodowej Stoczni Gdańskiej, do której przyjmowano chłopców zaraz po ukończeniu szkoły podstawowej. Naukę łączono z pracą w warsztatach okrętowych na terenie stoczni. W tej stoczni pracował ojciec Gustawa i zapewne będzie też tam pracował Gustaw. Gustaw żartuje czasem, że jeżeli będzie miał syna i wnuka to oni też  będą pracować w tej stoczni, taka rodzinna tradycja mówi. Stefan natomiast miał głowę pełną różnych pomysłów, interesowało go tak wiele rzeczy, że nie wiedział  jeszcze co chciałby robić w przyszłości. Najbardziej lubił żarty, uwielbiał robić kolegom i rodzinie różne psikusy, może więc zostanie komikiem albo aktorem? Nie,  rodzice na to się nie zgodzą. Może mama go poprze, przecież sama o tym kiedyś marzyła.
 W  tym samym  czasie wysoki i szczupły  jasnowłosy Janek również biegł do szkoły, był już sporo spóźniony. Zaspał, bo czytał jak zwykle do późna w nocy książkę. Jego duże, niebieskie oczy były  nie tylko podkrążone i zmęczone od niewyspania, ale jeszcze czerwone od tarcia dłonią. Znowu nie zjadł śniadania, mama będzie zła jak tylko to odkryje A po lekcjach jeszcze spotkanie z chłopakami, trudno będzie najwyżej ziewał. Może kupi po drodze coś do jedzenia. I choć na jutro musi się przygotować na zajęcia, ze spotkania z chłopakami nie zrezygnuje. Wchodzi szybko do dużego, wspaniałego i przestronnego budynku po koszarach wybudowanych dla wojsk łączności tuż przed I wojną światową, w  tej wojnie  jego dziadek brał udział. Janek lubił myśleć, że dzięki  dziadkowi pojawiła się na mapie Polska. Stefan i Gustaw od pewnego już czasu, bardziej niż wojskowej historii jego szkoły, zazdrościli mu  tego, że jego gimnazjum było koedukacyjne. Nie raz pytali go o dziewczęta. Chodzi do Gimnazjum Polskiego, przy Augustyńskiego 1, które utworzono w 1922 roku. Chciałby zostać nauczycielem jak ojciec i kiedyś uczyć polskiej literatury. Jego prywatna, dziewięcioklasowa szkoła funkcjonuje zgodnie z systemem oświatowym Wolnego Miasta Gdańska, z językiem wykładowym polskim, ale z rozszerzonym niemieckim. Nie przepada za niemieckim, ale znajomość  tego języka  ułatwiała  tu w Gdańsku wiele spraw i co dla niego było najważniejsze mógł dzięki temu swobodnie rozmawiać z Gustawem. Cieszy go, że programowo jego szkoła wzorowana jest na gimnazjach II Rzeczpospolitej. Program obejmuje więc naukę języka polskiego, kurs literatury polskiej oraz historii i kultury Polski. Zgodnie z Traktatem Wersalskim i konwencją polsko-gdańską z 1920 roku, władze Wolnego Miasta zobowiązane były do utrzymywania publicznych szkół dla mniejszości polskiej. Warunkiem było złożenie wniosku o uczestnictwo w szkole z klasą polską czterdzieścioro dzieci. Niestety niemal wszystkich w jego szkole martwi to, że Senat gdański, wyrażając zgodę na otwarcie polskiego gimnazjum, zastrzegł, że nie będzie udzielać subwencji. A i uznaniem świadectw jest ciągle problem. Jednak Janek wiedział, że  niezależnie od tego i tak chce  kiedyś uczyć w tej szkole polskiej literatury. Miał też w szkole swoją pierwszą sympatię Marysię. Nie śmiał jednak wyznać jej tego co do niej czuje, tak bardzo go onieśmielała. Zasypiając miał przed oczami jej długie ciemne warkocze z kolorowymi wstążkami. Do jego szkoły mogą uczęszczać dzieci obywateli gdańskich pochodzenia polskiego oraz polskich zatrudnionych w Wolnym Mieście. Rodzice Marysi byli pochodzenia polskiego. Janek był i czuł się Polakiem. Zaspał, bo znowu czytał Stanisława Przybyszewskiego. Uwielbiał pisarza,  nie bez znaczenia było to, że  jego szkoła została uruchomiona między innymi dzięki staraniom poety, który organizował zbiórki pieniężne na remont budynku. Jeszcze tylko szybki rzut oka na namalowany niedawno w 1938r. w auli Gimnazjum Polskiego jego ukochany, wspaniały obraz „Niebo polskie” i czas zmierzyć się z nauczycielem, który zapewne go ukarze za spóźnienie.
Wielkie marzenie Stefana i Gustawa, aby razem popłynąć w rejs statkiem dookoła świata, także i Jankowi było bliskie. Chłopiec kochał statki, okręty, a nawet małe łodzie, choć głównie lubił o nich wszystkich czytać. Czytając niemal czuł jakby był na pokładzie statku, a wokół słyszał szum morza. Chłopcy od dawna planują i przygotowują się na wspólną wyprawę morską. Zabierze w rejs tylko  kilka polskich książek i będzie wspaniale.
Gustaw też czasem myślał o przyjaciołach, lubił ich, choć wiedział, że tak wile ich dzieli. Byli tacy różni, a jednocześnie  tacy bliscy sobie, jedno łączyło ich na pewno, była to wielka miłość do  statków, okrętów i morza i  Gdańska. To właśnie dzięki statkom się poznali,  każdy z nich przychodził je oglądać. Zaczęli kiedyś rozmawiać i okazało się, że połączyła ich wspólna pasja. Jego rodzice woleliby zapewne aby spotykał się raczej z niemieckimi kolegami, zwłaszcza ostatnio, ale Gustaw lubił spotkania ze Stefanem i Jankiem. Ich spotkania były jak zwykle fajne. Chłopcy byli jednak tym razem wyjątkowo poruszeni, ponieważ wiadomo było to, że do Gdańska  mają  niedługo przypłynąć statki. Postanowili, że za wszelką cenę muszą to zobaczyć, zaryzykują nawet wagary. Janek liczył też, że koledzy doradzą mu w sprawie Marysi.  Było to o tyle trudne, że żaden z nich nie miał jeszcze swojej sympatii, ale i tak rad mieli wiele. Czasem te rady były sprzeczne,  raz  radzili porozmawiaj z nią pierwszy, a innym razem nie zwracaj  na nią uwagi, niech ona sama do ciebie zagada. 
Lato się już kończyło, kiedy chłopcy znowu się spotkali. Janek, Stefan i Gustaw uściskali się serdecznie  po czym rozsiedli się w swoim ulubionym miejscu, skąd mieli doskonały widok na statki. Byli podekscytowani spotkaniem, najbardziej Janek, który nie mógł się doczekać aby opowiedzieć kolegom o spotkaniu z Marysią. Nie uwierzą, że Marysia została zaproszona i  przyszła do jego domu! Co prawda na zaproszenie nie jego, ale jego rodziców i co prawda zostali zaproszeni jej rodzice z córkami, ale to bez znaczenia, bo Marysia przyszła i okazało się, że świetnie się dogadują. To  było pewne, że dla Janka  to będzie wspaniały rok szkolny 1939r. z Marysią. Nie może się doczekać. Janek był szczęśliwy, nie potrafiło tego zepsuć nawet to, że ostatnio dużo mówi się o tym, ze może wybuchnąć woja. Chłopcy słyszą coraz częściej  niepokojące rozmowy dorosłych i niemal czują unoszący się w powietrzu powiew nadchodzącego czegoś złego. Rozmawiają o tym czasem, z lękiem, niepokojem, niepewnością, ważąc słowa.
Janek wie, że prawo reprezentowania Wolnego Miasta na arenie międzynarodowej ma Polska. Polska ma też zapewnione prawo do bezpośredniego eksportu i importu towarów przez port morski w Gdańsku, posiadania własnej służby pocztowej, telefonicznej i telegraficznej, jest właścicielem kolei na obszarze Wolnego Miasta Gdańska.  Chłopiec jest rozdarty pomiędzy niechęcią i obawami rodziców przed niemieckimi sąsiadami, łamaniem praw Polski  przez Niemców, a sympatią do niemieckiego kolegi. Gustaw zna poglądy swojego ojca, ostatnio  coraz bardziej widoczna fascynacja jego ojca Hitlerem niepokoi chłopca, a czasem nawet przeraża. Wstydzi się o tym powiedzieć  chłopcom. Janek zna  rodziców Gustawa, może i nie przepadają za nim, ale  przecież nie zabiją jego ani jego rodziny jeżeli wybuchłaby wojna. Stefan mimo wszystkich niepokojących sygnałów nie wierzy, że wybuchnie wojna. Jest niepoprawnym optymistą, któremu w głowie tylko psikusy i zabawa. Nie będziemy przecież walczyć przeciwko sobie żartuje wesoło. Chłopcy postanawiają wypłynąć w rejs i wrócić jak wszystko się uspokoi. I tak o tym marzyli więc może nadszedł ten czas ?  Spisują na kartce wszystko co jest im  potrzebne, Janek zabiera kartkę i ma zająć się wszystkim. Wyruszają 20 września. Musi tylko powiedzieć o tym Marysi. Chłopcy, pod koniec sierpnia przyrzekają sobie w młodzieńczej naiwności przyjaźń i wspólny rejs,  jednak świat dorosłych zdecydował inaczej. Janek zostaje wraz z rodziną rozstrzelany przez hitlerowców już w pierwszych dnia wojny, kartka napisana wspólnie z kolegami tonie w  jego krwi, rozmywając jej treść.  Jego ukochany obraz „Niebo polskie” ginie razem z nim, zostaje zniszczony przez hitlerowców. Stefan  ginie od przypadkowej zabłąkanej kuli w 1944 r., spoczywa gdzieś w nieznanej mogile. Gustaw zostaje wcielony do armii niemieckiej i umiera na skutek odniesionych na froncie ran. Los Marysi jest nieznany, choć podobno udało jej się przeżyć wojnę i wyjechać do Kanady.                                                                                                                                                  Milena Ewa Cieślewicz 

 

Obraz wyróżniający: Gmach Poczty Polskiej w WMG. From Wikimedia Commons, the free media repository.