Okno / Piotr Kotlarz

0
464

Okno

Czy pamiętasz jeszcze Ewo nasz klub? Nie, nie ten nowy znajdujący się w lewym skrzydle. Zupełnie zapomniałem, że przyszłaś na naszą uczelnię później. Gdy ja studiowałem na pierwszym i drugim roku, znajdował się zaraz przy głównym wejściu. Schodami, prawie zawsze źle oświetlonymi, schodziliśmy do piwnic. W pierwszej z nich była szatnia, później korytarz, sala z bufetem, druga zazwyczaj pusta (odbywały się tam koncerty), w trzeciej za nią znajdowało się coś w rodzaju magazynu i biura. Przypomniałem sobie, że obok bufetu stało pianino. Często grywała na nim Kruszyna. Zanim wypłynęła na szersze wody dorabiała pracując w bufecie. Uczelnia nasza była niewielka. Znaliśmy się wszyscy. Jak w małej wiosce krążyły plotki, powstawały anegdoty. Słyszałeś, że Witek… Romek oblał… Niemożliwe, Marek zakłada teatr? … Andrzej opublikował kolejny… Zwykłe studenckie życie.

Wiesz, to dziwne, przecież zaliczaliśmy kolejne kolokwia i egzaminy, a w mojej pamięci pozostały głównie wydarzenia spoza uczelni, spoza wykładowych sal. Kawiarniane dyskusje, klubowe spotkania i spacery do parku naprzeciwko. W klubie zawsze można było kogoś spotkać, pożyczyć pieniądze do pierwszego, przedyskutować jakiś problem, zagrać w szachy. Moim partnerem był Tomek. Pamiętasz, poznałem cię z nim. Ten z Warszawy. Grał w pierwszej lidze. Muszę ci powiedzieć, że nasze partie, mimo że grywaliśmy najczęściej na zapleczu, nie lubiłem gapiów, przychodziło oglądać sporo osób. Grywaliśmy sportowo, a jednak każda partia wywoływała sporo emocji w nas i w widzach. Dla Czarka nasze walki były pretekstem do kolejnych intryg, Niby mimochodem stwierdzał: Przecież to jasne, że Tomek specjalnie podstawił mu tę partię; Paweł jest dużo gorszy; innego dnia: Zawsze mówiłem,  że Tomek gra o klasę lepiej. Czasami, czując, że mam kasę pozwalał sobie na stwierdzenie: Dziś miałeś formę. Nie sądziłem, że wyjdziesz z tej pozycji… Moje gratulacje. Tak, czy inaczej moje z Czarkiem spotkania najczęściej kończyły się przy butelce wina.

Czemu ci to opowiadam? Widzisz Ewo, rzeczywiście rozgadałem się, chcę ci opowiedzieć nie o szachach, które jak wiem cię nie interesują, lecz o sprawie dla mnie bardzo ważnej, o pewnym wydarzeniu w tamtym klubie, o koncercie, muzyku, działaczach, artystach… Źle, ostatnie zdanie powinienem przekreślić. Chciałbym ci po prostu opowiedzieć o ludziach takich i innych. Po cóż ich szufladkować, nazywać, zawsze lepiej określi ich konkretna sytuacja. Wówczas będziemy mogli powiedzieć: wtedy to a wtedy, ktoś taki a taki, w takich to a takich okolicznościach zachował się tak i tak. O ileż uczciwsze jest takie postawienie sprawy od prostego określenia głupiec, oszust, złodziej, mały, wybitny, zły itp. Mnóstwo słów, które potrafią przekreślić lub wynieść kogoś na całe życie, a które pozbawione kontekstu nic nie znaczą.

No popatrz, rzeczywiście masz rację. Teoretyzuję, a ciągle daleki jestem od tematu, ale przecież chyba się nie spieszysz? No dobrze, już dobrze, przestaję żartować. Byłem wtedy na drugim roku studiów i przypuszczalnie pod koniec listopada… popatrz jak zawodna jest ludzka pamięć… więc, pod koniec listopada dowiedziałem się, że w klubie ma odbyć się koncert Mieczysława Kosza. Jazz był wówczas bardzo modny, zgoda może tylko w naszym środowisku… zresztą znów będzie, może wzbogacony, ciut inny, ale..  wróci. Na pewno wróci. Kosz, niewidomy pianista, był kimś w rodzaju gwiazdy.

Przepraszam, wybacz, przecież nie robię tego złośliwie. Sam nie wiem, z jakiego powodu wspominając tamto wydarzenie pozwalam sobie na aż tak wiele dygresji. Kosza otaczała aura tajemnicy i niezwykłości. Niewidomy muzyk, samorodny talent, niektórzy pamiętali go jeszcze z poprzednich Lubelskich Spotkań Jazzowych. Bardzo cieszyłem się na tamten koncert. Po stołówkowym obiedzie – pamiętasz, zawsze braliśmy podwójną zupę, najczęściej gotowali krupnik – poszedłem na długi spacer i około godziny osiemnastej byłem już w klubie. Na godzinę przed koncertem był jeszcze prawie pusty. Poszedłem na zaplecze i o dziwo zastałem tam otoczonego gronem działaczy pianistę. Usłyszałem pierwsze zdania:

 – …  to pianino jest  do niczego.

– Przecież wczoraj był stroiciel.

– Przestańcie mi truć, albo będzie pianino, albo odwołajcie koncert.

– Może dziabniemy… Andrzej skocz jeszcze po wino… Dobrze, przestań się martwić, zaraz przyjdzie stroiciel.

Wyszedłem, nie chciałem przeszkadzać. Nie moja sprawa. Koncert będzie dopiero za godzinę, cóż mnie obchodzą jakieś incydenty, pomyślałem, że nawet gdy się spóźnię, to i tak znajdzie się dla mnie jakieś miejsce. Siedziałem później na jednaj z ławek na dziedzińcu i muszę przyznać, że jednak ciągnęło mnie tam – do  nich. Dziedziniec wspaniale nadawał się do wypoczynku. Ścieżki były zbudowane na planie krzyża, w środku wokół czerwone róże, zieleń trawników, cisza… Nie mogłem się jednak uspokoić. Chciałem wiedzieć, jak się to potoczy i co tu ukrywać, któż nie chciałby poznać bliżej tak wspaniałego artysty. Nie wytrzymałem. Nie minęło pół godziny i znów byłem na dole.

 – Niezłe to wino, co? O! Paweł. Napijesz się z nami?  – przywitał mnie Sted – Poznajcie się. Mieczysław  Kosz, a to Paweł… studiuje teologię.

  – Cześć, Paweł – przywitałem się z wszystkimi i nie próbowałem nawet prostować słów Steda. Czy to ma teraz jakieś znaczenie, co studiuję, pomyślałem. Dziwiło mnie wprawdzie, że dotychczas jeszcze tego nie wiedział, mimo że dość często grywaliśmy w tamtym okresie razem w PAX-ie w szachy, a może tylko bawił się moim kosztem. Nie robiło mi to wówczas żadnej różnicy. Wino było rzeczywiście znakomite.

 – Mietek, za kwadrans koncert.

– Nie martw się o mnie. A jak tam pianino?

 – Wszystko gra. Zobaczysz. Zaraz kończy stroić… O, Monika. Chodź do nas. Poznaj Mietka, najlepszy pianista w Europie.

Dziwiłem się, nie było mnie zaledwie pół godziny, a oni byli już nieźle wstawieni, nie widziałem też nikogo przy pianinie. Dziesięć minut później Heniek wyszedł zapowiedzieć występ, chwilę po nim wyszedł Kosz. Pomyślałem, że jeśli drzwi będą otwarte, to i na zapleczu będę wszystko słyszał, że nie ma sensu zmieniać towarzystwa, że jeszcze nie jeden raz będę na jego koncercie – zostałem.

Nie popełniłem błędu. Mietek wrócił po chwili bardzo zdenerwowany… Zastanawiam się, czy określając go po imieniu nie popełniam nadużycia. Doprawdy nie wiem, jak przedstawić go na potrzeby tego opowiadania. Mietek – może i najprościej, ale przecież nie znaliśmy się. To było tylko jedno spotkanie. Ot, jedno wspólne spotkanie przy butelce wina. Ja później poznałem jego twórczość, on mojej nigdy. Czy mam prawo podpierać się w naiwny sposób jego nazwiskiem? Fakty. Mój Boże, jak wielu widziałem ludzi, którzy wówczas, a i później, mimo że mieli osiągnięcia jeszcze mniejsze od moich – czy takowe zresztą mają tu znaczenie – poklepywali innych w geście spoufalenia po plecach. Kosz był niewidomym, skąd mógł wiedzieć, kto go klepie? Klepali, poklepywali. Jesteś wspaniały… jesteś… napijesz się z nami… i znów klepali. Ktoś w końcu wyrównał ziemię…

Jak już wspomniałem, Kosz wrócił bardzo zdenerwowany.

 – Mówiłem, że nie będę grać na takim pianinie.

 – O co chodzi, przecież stroiliśmy.

 – Swojej przygłuchej babci to powiedz!

 – Poczekaj, zaraz sprawdzę. – Powiedział wreszcie Heniek i wyszedł.

Przez jakieś pięć minut siedzieliśmy w milczeniu. Tylko Monika próbowała żartować i siedziała coraz bliżej Mietka. Chcąc rozładować napięcie napełniłem kieliszki winem. Heniek na szczęście szybko wrócił.

 – No, wreszcie przyszedł. Zaraz będzie stroić… Rzeczywiście spóźnił się. Przepraszamy cię, Mietku. No, może jeszcze po kielichu.

Znów znalazła się butelka wina. Monika jeszcze bliżej Mietka. Sted nalewając kolejne lampki rozlewa wino. Patrzę, jak spływając na podłogę tworzy na dywanie ciemną plamę.

 – Zagrasz, prawda? – pyta Monika.

Wiedziałem już, że stroiciela nie będzie, widziałem jak wszystko stacza się do dna. Chciałem uciekać i zostać. Może już wówczas wiedziałem, że będę pisarzem? Zostałem. Kosz wychodził dwa razy. Próbował, wracał, wreszcie mocno już wstawiony zagrał coś przez kwadrans i znów wrócił.

 – Panowie. Na tym naprawdę nie da się grać.

– Zobacz, Monika ma niezłe nogi. Co?

Ręka Mietka na nogach dziewczyny. Wino. Znów piętnaście minut „koncertu”, znów wino, znów ręka na nogach dziewczyny. Ktoś podstawia mikrofon…

– Wyłączcie to! Panowie, bez takich numerów.

Widzę ręce Kosza szukające czegoś po omacku.

– Przecież wyłączony. O co chodzi?

Wyłączcie to, skasujcie, przecież wiem, że nagrywacie.

Nie wiem, skąd wiedział? Może robiono mu takie numery już nie raz. Miałem i ja już dość swojej roli obserwatora.

 – Panowie, wyłączcie to. Wszystko ma swoje granice.

Do dziś pamiętam, że zareagowałem bardzo nieśmiało. Bałem się. Czy powinienem zareagować ostrzej? Co powinienem był zrobić?

 – Przestań pieprzyć. Przecież widzisz, że wyłączony.

Wyłączyli. Później kolejne lampki wina… ręka… Mietek wychodzi… gra, lampki, ręka…

Uciekłem. Następnego dnia słyszałem od tych, którzy byli na koncercie, że było wspaniale, świetnie. Mietek się wstawił, ale grał przepięknie.

Czy powinienem pisać o braku pianin w naszych domach? Czy powinienem pisać o sytuacjach odwrotnych, w których…? Powiedz mi Ewo, co mam zrobić z tamtym wspomnieniem? Jak powinienem ocenić tamten dzień? Co powinienem wówczas zrobić? Wyskoczyć przez okno, jak on? To wszystko nie ma sensu. Wiesz przecież, że Mieczysław Kosz wyskoczył przez okno.

Bzdura, życie i tak kończy się śmiercią. Walcz Paweł. Zbudujemy lepszy świat, póki grasz nie przegrałeś. Każdy przecież ma przykre i wesołe wspomnienia.

                                                                                         Piotr Kotlarz

Opowiadanie ukazało się w tomiku opowiadań „Odejście i inne opowiadania” w 1993 roku.

Uczelnia to KUL (Katolicki Uniwersytet Lubelski), nazwa klubu „KULUARY”.

Kruszyna – Elżbieta Wojnowska.

Heniek – Henryk Pancewicz.

Czarek – Cezary Staniszewski.

Sted – Edward Stachura

Wydając to opowiadanie po raz pierwszy unikałem nazwisk. Od opisywanych wydarzeń minęło jednak już pół wieku. Większość opisywanych tu osób już dawno nie żyje.

Pół roku temu wpadły mi w ręce Witolda Gombrowicza „Wspomnienia polskie”. Te napisane wspaniałym językiem teksty pogadanek były wygłoszone  w Radiu Wolna Europa  w latach pięćdziesiątych. Zostały wydane w 1977 roku. To ważne świadectwo polskiego życia kulturalnego Międzywojennej Polski.

Miałem sporo szczęścia. Od lat siedemdziesiątych poznawałem różne środowiska w Lublinie, Warszawie, w Gdańsku. Wielu ludzi, wiele wydarzeń, a nawet wspólnych przeżyć. Myślę, że warto choćby spróbować oddać obraz i tych czasów. Daleko mi wprawdzie do pióra Gombrowicza, ale nie znam jednak drugiego, żyjącego dziś pisarza, który poznał w miarę z bliska aż tak wielu  twórców późnego PRL-u.

Spróbuję. O pewnych wydarzeniach napiszę kolejne opowiadania. Czasami pewnym wydarzeniom lub osobom poświecę wspomnienia, może tak jak Gombrowicz, coś w rodzaju pogadanki.