MICHEL HOUELLEBECQ Wiersze / tłumaczenie Maciej Froński

0
182
Hypermarché – Novembre
D’abord j’ai trébuché dans un congélateur,
J’me suis mis à pleurer et j’avais un peu peur
Quelqu’un a grommelé que je cassais l’ambiance,
Pour avoir l’air normal j’ai repris mon avance.
Des banlieusards sapés et au regard brutal
Se croisaient lentement près des eaux minérales ;
Une rumeur de cirque et de demi-débauche
Montait des rayonnages. Ma démarche était gauche.
Je me suis écroulé au rayon des fromages ;
Il y avait deux vieilles dames qui portaient des sardines.
La première se retourne et dit à sa voisine :
« C’est bien triste, quand même, un garçon de cet âge. »
Et puis j’ai vu des pieds circonspects et très larges ;
Il y avait un vendeur qui prenait des mesures.
Beaucoup semblaient surpris par mes nouvelles chaussures ;
Pour la dernière fois j’étais un peu en marge.
Hipermarket – Listopad
Zaraz przy samym wejściu wleciałem na chłodnię,
Zacząłem płakać, trochę trzęsły mi się spodnie.
Ciszej, proszę!” wysyczał jakiś gość z obsługi;
By wyglądać normalnie, wszedłem po raz drugi.
Facet z przedmieść, z którego brud życia wyzierał,
Mijał podobnych sobie przy wodach Perriera;
Poranna plotka o tym, kto się gdzie z kim puścił,
Oparła się o półki. Mój chód był w złym guście.
Na koniec w dziale serów upadłem na plecy.
W ciszy mogłem wyraźnie słyszeć głos kobiecy:
To w każdym razie smutne, taki młody chłopiec”.
Stały tam dwie staruszki, trzymały owoce.
Powściągliwy sprzedawca zjawił się bez zwłoki,
Miał dość szerokie stopy, podejmował kroki.
Wielu chyba dziwiły moje nowe buty,
To nie na mnie patrzono wreszcie pół minuty.
przełożył Maciej Froński
Jim
Tant que tu n’es pas là, je t’attends, je t’espère ;
C’est une traversée blanche et sans oxygène.
Les passants égarés sont bizarrement verts ;
Au fond de l’autobus je sens craquer mes veines.

Un ami de toujours m’indique l’arrêt Ségur.

C’est un très bon garçon, il connaît mes problèmes ;
Je descends je vois Jim, il descend de voiture,
Il porte à son blouson je ne sais quel emblème.

Parfois Jim est méchant, il attend que j’aie mal ;

Je saigne sans effort ; l’autoradio fredonne,
Puis Jim sort ses outils ; il n’y a plus personne,
Le boulevard est désert. Pas besoin d’hôpital.
Jim
Tak długo, jak cię nie ma, czekam z głową w dłoniach;
To jest wejście bez tlenu, ponad moje siły.
Przypadkowi przechodnie są dziwnie zieloni;
Już w autobusie czuję, jak rwą mi się żyły.

Który to mój przystanek, wyjaśnia kolega.
To bardzo dobry chłopak, wie, co mi dolega;
Idę na dół, wysiada z wozu Jim i patrzę –
Na kurtce nosi znaczek, tylko jaki znaczek?

Jim bywa wredny, czeka, aż mnie będzie boleć;
Krew leci mi swobodnie; przy dźwiękach na falach
Radia z auta Jim sięga po swoje przybory;
Bulwar jest całkiem pusty. Po co do szpitala?
przełożył Maciej Froński
J’aime les hôpitaux, asiles de souffrance…
J’aime les hôpitaux, asiles de souffrance
Où les vieux oubliés transforment en organes
Sous les regards moqueurs et pleins d’indifférence
Des internes qui se grattent en mangeant des bananes.
Dans leurs chambres hygiéniques et cependant sordides
On distingue très bien le néant qui les guette
Surtout quand le matin ils se dressent, livides,
Et réclament en geignant leur première cigarette.
Les vieux savent pleurer avec un bruit minime,
Ils oublient les pensées et ils oublient les gestes
Ils ne rient plus beaucoup, et tout ce qui leur reste
Au bout de quelques mois, avant la phase ultime,
Ce sont quelques paroles, presque toujours les mêmes ;
Merci je n’ai pas faim mon fils viendra dimanche.
Je sens mes intestins, mon fils viendra quand même.
Et le fils n’est pas là, et leurs mains presque blanches.
Lubię przytułki bólu, szpitale, gdzie starzy…
Lubię przytułki bólu, szpitale, gdzie starzy,
Chorzy ludzie zmieniają się z wolna w organy
Pod okiem obojętnych lub drwiących lekarzy,
Którzy drapią się w głowę i jedzą banany.
W czystych salach, skąd jednak ohyda wyziera,
Dostrzega się tę nicość, która ich otacza,
Widoczną zwłaszcza rano, gdy się ich ubiera,
I to o fajkę słychać błaganie palacza.
Starzy umieją płakać dźwięku nie wydając,
Zapominają myśli i proste wyrazy,
Nie śmieją się zbyt często, a wszystko, co mają
Przez te kilka miesięcy przed ostatnią fazą,
To tych zwykłych słów parę, wciąż tych samych prawie:
Dziękuję, syn, jak zawsze, przyjdzie w poniedziałek;
Nie jestem głodny, syn się przecież w końcu zjawi.
Syna nie ma, a ręce mają całkiem białe.
przełożył Maciej Froński
Tant de cœurs ont battu, déjà, sur cette terre…
Tant de cœurs ont battu, déjà, sur cette terre
Et les petits objets blottis dans leurs armoires
Racontent la sinistre et lamentable histoire
De ceux qui n’ont pas eu d’amour sur cette terre.
La petite vaisselle des vieux célibataires
Les couverts ébréchés de la veuve de guerre
Mon Dieu ! Et les mouchoirs des vieilles demoiselles
L’intérieur des armoires, que la vie est cruelle !
Les objets bien rangés et la vie toute vide
Et les courses du soir, restes d’épicerie,
Télé sans regarder, repas sans appétit
Enfin la maladie, qui rend tout plus sordide,
Et le corps fatigué qui se mêle à la terre,
Le corps jamais aimé qui s’éteint sans mystère.
Do tej pory na ziemi tak wiele serc biło …
Do tej pory na ziemi tak wiele serc biło,
A jeszcze przycupnęły w kredensach przedmioty
Przekazujące jakże smutną prawdę o tych,
Co nigdy nie poznali, czym jest zwykła miłość.
Nóż, co dzieli z człowiekiem trwanie samotnicze,
Połamane widelce wdowy po żołnierzu…
Mój Boże! I chusteczki starych panien leżą
We wnętrzach szaf, tak oto okrutne jest życie!
Schludne przedmioty, życie przy tym puste właśnie –
Zwykłe zakupy, resztka chleba z supersamu,
Obiad bez smaku, serial zaś bez telewidza;
Choroba, która jeszcze to wszystko obrzydza,
I umęczone ciało, nigdy nie kochane,
Które czeka dół, które bez tajemnic gaśnie.
przełożył Maciej Froński
La mort est difficile pour les vieilles dames trop riches…
La mort est difficile pour les vieilles dames trop riches
Entourées de belles-filles qui les appellent « ma biche »,
Pressent un mouchoir de lin sur leurs yeux magnifiques,
Évaluent les tableaux et les meubles antiques.
Je préfère la mort des vieux de HLM
Qui s’imaginent encore jusqu’au bout qu’on les aime,
Attendant la venue du fils hypothétique
Qui paierait le cercueil en sapin authentique.
Les vieilles dames trop riches finissent au cimetière
Entourées de cyprès et d’arbustes en plastique
C’est une promenade pour les sexagénaires,
Les cyprès sentent bon et chassent les moustiques.
Les vieux de HLM finissent au crématoire
Dans un petit casier à l’étiquette blanche.
Le bâtiment est calme : personne, même le dimanche,
Ne dérange le sommeil du très vieux gardien noir.
Śmierć kłopocze zamożnych, zwłaszcza starsze panie…
Śmierć kłopocze zamożnych, zwłaszcza starsze panie;
Wokół synowe, które im mówią „kochanie”,
Niby we łzach, nie kryjąc się jednak przed nikim,
Wyceniają obrazy i inne antyki.
Wolę śmierć ludzi biednych, co na blokowiskach
Wyobrażają sobie, że ich ktoś uściska,
Przyjdzie syn, o to przyjście stale wznoszą modły,
I on im sprawi trumnę z najprawdziwszej jodły.
Zamożne starsze panie trafiają na cmentarz,
Są tam cyprysy, krzewy, ktoś o nich pamięta,
Sześćdziesięciolatkowie tworzą własny szpaler,
Cyprysy ładnie pachną i nie ma komarów,
A biedni z blokowiska idą do komina,
Już tylko etykietka o nich przypomina.
Nikogo w kolumbarium. Cisza. Czas się dłuży,
Nawet w niedzielę drzemie stary strażnik Murzyn.
przełożył Maciej Froński
Mon père était un con solitaire et barbare…
Mon père était un con solitaire et barbare ;
Ivre de déception, seul devant sa télé,
Il ruminait des plans fragiles et très bizarres,
Sa grande joie étant de les voir capoter.
Il m’a toujours traité comme un rat qu’on pourchasse ;
La simple idée d’un fils, je crois, le révulsait.
Il ne supportait pas qu’un jour je le dépasse,
Juste en restant vivant alors qu’il crèverait.
Il mourut en avril, gémissant et perplexe ;
Son regard trahissait une infinie colère.
Toutes les trois minutes il insultait ma mère,
Critiquait le printemps, ricanait sur le sexe.
À la fin, juste avant l’agonie terminale,
Un bref apaisement parcourut sa poitrine.
Il sourit en disant : « Je baigne dans mon urine »,
Et puis il s’eteignit avec un léger râle.
Mój ojciec był samotnym i wulgarnym wałem…
 Mój ojciec był samotnym i wulgarnym wałem,
Sam przed telewizorem z klęską, swoją zmorą,
Snuł różne dziwne plany, a przy tym nietrwałe,
Lecz miał radochę z tego, że wszystkie w łeb biorą.
Traktował mnie jak szczura, którego się goni,
Odpychał go sam pomysł posiadania syna.
Mój widok był mu wstrętny, bo mu przypominał,
Że zostanę wśród żywych, gdy będzie już po nim.
Umierał jakoś w kwietniu, poskręcany cały,
Jęcząc i demonstrując bezgraniczną wściekłość.
Chyba co trzy minuty robił matce piekło,
Szydził z wiosny, powtarzał prostackie kawały.
Na końcu, tuż przed jego ostatnim oddechem,
Spostrzegłem, że mu jakby ulżyło na chwilę,
Kąpię się cały w szczynach”, powiedział z uśmiechem,
Po czym lekko zacharczał i to było tyle.
przełożył Maciej Froński
Wiersze pochodzą z książki Niepogodzony. Antologia osobista 1991–2013, Wydawnictwo WAB, 2021
Michel Houellebecq (właściwie Michel Thomas), urodzony 26 lutego 1956 roku na Reunionie, to najgłośniejszy obecnie pisarz i poeta francuski, autor ośmiu powieści, kilkunastu zbiorów wierszy i kilku zbiorów esejów, a także różnych innych tekstów, enfant terrible literatury francuskiej, nagrodzony Nagrodą Goncourtów za Mapę i terytorium. Skandalista, mizogin (aczkolwiek trzykrotnie żonaty), islamofob, pesymista, pornograf, dekadent, z reguły kreślący losy samotnych mężczyzn z klasy średniej w wieku około czterdziestu lat. Pisze o nim jednak Lorin Stein: „Houellebecq może rozpaczać nad miłością na wolnym rynku, ale traktuje ją poważniej […], niż odważyłaby się ją traktować większość grzecznych powieściopisarzy”, natomiast Alicja Długołęcka dodaje: „odważny język i przerysowane seksualne opisy w jego powieściach […] mogą stanowić zarówno kalkę, jak i obnażenie obrazów seksu w kulturze masowej”.
Maciek Froński, ur. 25 listopada 1973 roku w Gliwicach, żonaty i dzieciaty, zamieszkały w Bielsku-Białej, poeta i tłumacz poezji i piosenek, z wykształcenia prawnik (UJ). Jako poeta zadebiutował w 1994 roku i jest autorem trzech tomików wierszy: „Rozpoznania bojem” (2006), „Poezji spokoju moralnego” (2008) i „Efektu zimnej wody” (2016), a także jednego tomu wierszy dla dzieci: „Bielskiego tramwaju” (2023). Publikował w prasie lokalnej i ogólnopolskiej, a także w czasopismach literackich (m. in. w Odrze, Lampie, Literaturze na Świecie, w Litieraturnoj Gazietie, w brukselskim Journal des Poètes, w zagrzebskiej Poeziji i w odeskim Jużnom Sijanii), w 2016 roku został wyróżniony w III Konkursie na Pieśń Dziadowską Nową. Jego utwory tłumaczono na rosyjski, francuski, ukraiński, czeski i chorwacki, z kolei jego przekłady z włoskiego i rosyjskiego znalazły się w antologii trzynastowiecznej poezji włoskiej „Przed Petrarką” pod redakcją Moniki Woźniak i w książce „Iwan Bunin. Wciąż smutno wierzę w swoje szczęście…” pod redakcją Iwony Anny Ndiaye i Grzegorza Ojcewicza, jego przekłady wierszy Michela Houellebecqa weszły do zbioru „Niepogodzony. Antologia osobista 1991-2013”, a jego przekłady poezji angielskiej złożyły się w książkę „Przekłady z poetów języka angielskiego 1500-1950”. W 2023 roku ukazały się „Wiersze wybrane” Vladimira Stockmana w jego przekładzie. Piosenki do słów jego wierszy weszły do repertuaru Michała Łangowskiego i Michała Łanuszki. Poza tym Maciek Froński jest członkiem redakcji Pisma Folkowego, za jeden z artykułów został nagrodzony w Konkursie Polskich Krytyków Muzycznych KROPKA 2014. Był też gościem Międzynarodowego Festiwalu Literatury „Apostrof” w 2018 roku, trzy lata wcześniej, w 2015 roku, jego praca była prezentowana w Médiathèque Voyelles w Charleville-Mézières we Francji, w 2017 roku w Muzeum Gutenberga w Moguncji, a na przełomie lat 2021 i 2022 w Muzeum Champolliona w Figeac.