Malinowe uniesienia / Julia Kamińska

0
1106
Eustachy Malinowski miał parę skrytych marzeń. Jednym z nich była dobra pamięć, aby radzić sobie lepiej w szkole i nie stresować swojej mamy, która przy każdym wystawianiu ocen łapała się za głowę, rozpaczając nad losem syna. Może nie zawsze ukazywała swój zawód, ale już poznał się na niej. Zwracał się do Boga, Buddy, Wszechświata, czy też różnych pomniejszych bożków. Żadna magiczna siła nie została doręczona pod jego adres, więc musiał mordować się z tym, co miał. Katusze przez niesprawiedliwość w ludzkiej egzystencji.
A pod znaczeniem miał kryło się nawet sporo! Przykładowo zapamiętywał dobrze daty, ale tylko niektóre. Dokładnie imienin. Ot to obdarzono go właśnie możliwością łatwego zapamiętywania jaki konkretny dzień jest związany z jakim imieniem. Przykładowo on, Eustachy Malinowski, mógł świętować — o ile ktoś w ogóle świętował imieniny — w następujące dni: 4 lutego, 20 lutego, 8 września, 20 września, 3 października, 12 października, 20 listopada, 28 listopada i 10 grudnia. Urodził się w okresie wakacyjnym, ale spodobał mu się dwudziesty listopada i odkąd mógł więcej mówić i rozumować, to właśnie w tę datę przypisywał sobie swoje imieniny. Chociaż był ciekaw skąd każda z tych dat i czy jego życie różniłoby się, gdyby wybrał inne dni. Światopogląd Malinowskiego nie pozwalał na dopuszczenie do siebie myśli, że brak wyboru tej daty był bez znaczenia. Eustachy miał też nieprzeciętną urodę. Tak mówiła jego mama, aby nie nazywać go bezpośrednio brzydkim. Za to on wiedział, jaka jest prawda, w końcu miał lustro. Nienaturalnie blada cera, szarawe oczy – jego zdaniem takie bez wyrazu, wąskie usta i grube brwi. Wisienką na torcie był ten orli nos. Może i każda z cech wydawała się w jakiś sposób ładna, aczkolwiek przy połączeniu tego wszystkiego w Eustachym… wyszło dziwnie. Mimo wszystko lubił siebie, po części. Przykładowo podobało mu się to, jak szybko odpowiadał na pytania dotyczące tabliczki mnożenia. W końcu siedem razy osiem bywało takie zastanawiające… Był ciekaw, jak to jest być przystojnym. Tak pięknym niczym wyrwanym z czasopisma. Taki to właśnie był Eustachy, chłopiec o imieniu nietypowym jak na swoje czasy o równie nietypowym zaciekawieniu światem.
Co do imienia: chyba nikt nie mówił do niego Eustachy, tylko na pracach klasowych musiał się tak podpisywać. Ludzie natomiast preferowali mówić różnie, jednak dominował Staszek. Z tego powodu często myślano, iż nazywa się Stanisław. Nic nie denerwowało go bardziej niż bycie nazywanym Stanisławem! Kojarzyło mu się to ze sprzedawcą lodów, który nigdy nie chciał dawać mu czegoś, co dzieciaki nazywały słodkimi wafelkami.
Skoro udało się łatwo ustalić, że najlepszym określeniem jego charakteru jest ciekawość, to nikogo nie zdziwi jeden fakt: był zainteresowany wieloma rzeczami. Fascynowała go sztuka, nauki ścisłe czy humanistyczne. Najbardziej jednak po jego głowie chodziła Zośka — wnuczka państwa Wiśniewskich. Przy niej żadne jego pasje nie miały znaczenia, wszystko traciło na swej sile i ustępowało miejsca tylko jej. Zośka — ten znany każdemu rudzielec w za dużych ogrodniczkach, dużych ustach i tych pięknych oczach — nie przepadała za bardzo za malinami. Ot to darzyła je niechęcią. Eustachy natomiast miał ogromną słabość do wiśni.
Malinowski jako dobry sąsiad, a za takiego się uważał, co piątek pomagał znosić większe zakupy do domu starszego państwa Wiśniewskich. Chwytał za swój rower i nie zważając na bezpieczeństwo, wieszał torby po bokach kierownicy, w duchu modląc się, iż tym razem się nie przewróci. Pomagał z dobrego serca, w końcu sam jako silny i młody chłopak czasem łapał mocne zadyszki, nosząc te kilogramy. Co mógł więc odczuwać taki emeryt bądź, nie taka delikatna piękność niczym Zośka.O ile wcześniej pełnił zwyczajnie rolę tego dobrego chłopca mieszkającego nieopodal, tak teraz Zośka sprawiła, iż jego ciekawość wybijała poza skalę. Co piątkowe zakupy zamieniły się w codzienne odwiedziny, tylko czasem związane z zakupami. Wiecznie było mu śpieszno do Zośki, dlatego pod ich drzwiami zawsze pojawiał się cały poobijany. W grę wchodziły zdarte kolana, brudne ciuchy, rany na twarzy i rękach. Na barki brał odpowiedzialność swojego bezmyślnego postępowania. Może nie wiedział dużo, ale miał świadomość, iż każda akcja niesie ze sobą reakcję. Co więcej, jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy, tak mówiła starsza pani Wiśniewska.  Eustachy był jednak gotów znieść taką radość siły nieczystej. Pomimo bólu i tak wszystko kończyło się dobrze, finalnie mógł ją zobaczyć. Czasem jednak diabeł miał zbyt smutno w swoim wiecznym istnieniu i rzucał kłody pod nogi, dosłownie. Jeden większy kawałek drewna i Eustachy, przelatując przez kierownicę, legł w krzakach pod domem państwa Wiśniewskich. I leżał tak chwilę w bólu, zastanawiając się, czy zazna jeszcze kiedyś tej przyziemnej rozkoszy. Jego rozmyślenia jednak zostały przerwane, ponieważ pojawił się nad nim iście miód na uszy i oczy.
— Żyjesz? — padło z ust Zośki z ognistymi włosami i czekoladowo-niebieskim spojrzeniu.
— Nie mów, że znów przewróciłeś się na ostatniej prostej.
— Mam nadzieję, że nie stłukły się jajka — powiedział, nie ruszając się nawet z pozycji. Myślał, czy przypadkiem nie złamał czegoś, ale chyba nie. Zośka pomogła podnieść się do pozycji siedzącej. Na zerwanie się na równe nogi nie miał siły.
— To zabawne, że właśnie rozwaliłeś babci różaneczniki, prawie się zabiłeś, a jedyne, o co się martwisz to jajka — zamrugała szybciej dziewczyna, kucając przy nim. — Może jednak przez te liczne uderzenia w głowę odjęło ci ilorazu inteligencji? — zapytała retorycznie, stukając palcem we własną głowę. Dokładnie w okolice skroni, to pamiętał z biologii.
— Nie moja wina, że ciasto pani Mariolki jest takie dobre — oburzył się sztucznie, przynajmniej to starał się uzyskać. Wiedział tylko, iż odpowiedzią na jego słowa było przewracanie oczyma. Czuł się nawet wyjątkowy, Zośka tylko przy nim zachowywała się
w taki nietypowy dla siebie sposób. Normalnie była wiecznie wesoła, pomocna, impulsywna oraz rozgadana. Kiedy na horyzoncie pojawiał się on, Wiśniewska przechodziła przemianę nagłą i skrajną. Nawet jeśli cały świat mówił mu coś innego, on nadal się tym cieszył. I tak zachodziły powolnie zmiany.
— Masz szczęście. Pani Mariolki nie ma teraz w domu, więc nikt nie będzie nad tobą skakał— powiedziała, po czym westchnęła.
— Chyba miałaś na myśli swoje szczęście  — wtrącił zupełnie poważnie. Po jego oczach można było stwierdzić, iż naprawdę nie wiedział, czy chodziło o ironię, czy może jednak te słowa niosły za sobą coś ukrytego, głębszego. Chciałby umieć czytać w myślach. Był szalenie ciekaw tego, co było w jej głowie.
— Staszek, błagam cię. — jęknęła. Jej cierpliwość chyba dobiegła końca, ale ani jedna, ani druga strona nie była tego pewna.
Nastolatek wstał, przy pomocy Zośki oczywiście. Wiśniewska chwyciła reklamówki w dłonie i starała się iść do domu, jednak Eustachy ożywił się natychmiast, widząc jej akcje.
— Nie możesz dźwigać! — rzucił z desperacją. Przyglądała się mu, jakby zastanawiała się, gdzie podział się obraz chłopaka zwisającego się z bólu.
— A ty nie możesz narażać swojego życia za każdym razem, jak wsiadasz na rower — upomniała go, podnosząc pojazd. Dla Malinowskiego był to jasny sygnał, że ich relacje już są lepsze.
Zupełnie nie pomyślał, iż jego okropny stan mógł zmienić jej podejście i sprawdzić, że patrzyła na niego z lekką obawą. Martwi się o mnie, myślał sobie szczęśliwy. Wraz z takimi wnioskami przestał czuć już wszystko, co wcześniej. Dlatego Eustachy wiedział już, że nawet kiedy się śpieszył i cieszył diabła, to zawsze było warto. Na końcu każdej ścieżki istniało pozytywne i negatywne rozwidlenie. W jego mniemaniu Zośka zawsze prowadziła do tej pierwszej.
— Staszek — zaczęła, kiedy znaleźli się już w domu. Chłopak uśmiechnął się szeroko i spojrzał na nią, czekając, aż zacznie kontynuować. Mimo wszystko ciekawe było, kiedy wymawiała jego imię. Nawet znienawidzone zdrobnienie w jej ustach stawało się wyjątkowe i zachęcające. — Muszę cię opatrzyć. Dziś naprawdę się postarałeś. Dziwi mnie, że nie masz otwartych złamań.
— Bez przesady, wypadki chodzą po ludziach.
— Gdybyś się tylko zobaczył. Zdecydowanie nie jesteś elegantem z morskiej pianki — powiedziała do siebie, jednak on mimo wszystko to usłyszał. Nie komentował jej słów, głównie dlatego, iż nie do końca wiedział, co oznacza ten cały elegant.
Dziewczyna przygotowała w salonie stanowisko, gdzie wzięła najpotrzebniejsze rzeczy do opatrzenia licznych ran, które mężczyzna określił mianem wojenne.
—Au!
— Staszek! Jejku, sam zrobiłeś sobie krzywdę, a teraz dziwisz się, że boli. Zapomniałeś? Każda akcja…
— Przynosi jakąś reakcję. — dokończył, wchodząc jej w słowa. — Często to mówisz, zapamiętałem — rzucił dumnie, oczekiwał pochwał. Zośka tylko skrzywiła się na te słowa, a on zdecydowanie liczył na coś innego.
— Wow, jak wbiłam ci coś do głowy, to naprawdę tego nadużywam.
— Nieprawda! Do imienin mam dobrą głowę, do znaczeń imion też — poskarżył się, udając dużo bardziej zdruzgotanego, niż w rzeczywistości był. Taki był już urok Staszka.
— Oczywiście — mruknęła pod nosem.  Eustachy zatem jęczał jej niczym małe dziecko, oburzając się, iż tak łatwo i szybko go olała. Nawet nie próbowała go zająć
i zmienić temat, po prostu zamilkła. Malinowski nie mógł opisać, jak bardzo czuł się sfrustrowany swoim obiektem westchnień. Zabawne jednak było, iż mimo tego oburzenia, to jednocześnie jego zauroczenie rosło na sile. Nawet teraz. Należało zatem dobitnie podkreślić: Malinowski uwielbiał wiśnie. Wiśniewska za to nienawidziła malin.
— Lubię Cię — powiedział nagle. Był ciekaw jej reakcji, jej wyrazu twarzy. Czy jej policzki zapłoną wiśniowym kolorem w rumieńcu, czy tylko skrzywi się lekko? Dla Zośki było mało rzeczy, które ją zawstydzały, a już na pewno nie było niczego, co działało tak jak słowa Staszka.
— Bredzisz od tego uderzenia w głowę — powiedziała niczym z automatu. Sprawdziło się pierwsze z założeń Eustachego, Zośka zarumieniła się i wyglądała właśnie jak dorodny owoc.
— Nieważne co mi się stanie, to te uczucia pozostaną niezmienne — odpowiedział poważnie.
Zośkę aż przeszły ciarki zażenowania, a również słowa te sprawiały, iż w sercu zaczynała panować wiosna. Kwiaty powolnie zakwitały, powstawały do życia po ciężkiej, długiej zimie. Mężczyzna dokonywał cudów i roztapiał lód, który okrył jej uczucia. Opierała się temu, nie chciała stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami swoich akcji. Akurat ona bała się tego najbardziej. Tuż za rogiem miało czekać piekło, a ona była przerażona, czy nie zostanie w wiecznej pułapce swoich własnych uczuć — w końcu nikt nie chciał być zranionym, szczególnie ponownie. A Staszek nie mógł być niczym, co równało się ze ścieżkami dobrymi i przyjemnymi. On był jej porażką, a mimo wszystko ciągnęło ją do niego. O ironio, podobało się jej to. Miała w sobie resztki rozsądku i wraz z nimi na myśli dochodziły wątpliwości oraz niechęć do siebie. Chyba całkowicie straciła rozum.
— Zdecydowanie bredzisz  — wróciła do swojej postawy po dłuższej chwili.
Chłopak  myślał już, iż Wiśniewska obierze inną taktykę, w końcu milczała i zdawała się zastanawiać intensywnie. Ta natomiast jak gdyby nigdy nic znów zachowywała się tak samo. Ciężkim było określić to mianem fałszywego, a jednocześnie w głowie Staszka nie pojawiało się za dużo innych określeń. Malinowski jednak wiedział, że nie wie dużo. Ot to całe życie słuchał, że jest debilem i w sumie zgadzał się z tym. W końcu nie była to cecha do ukrycia, a on wiódł dumne życie jako półgłówek, wyjątkowo ciekawski.
— Może masz rację, ale to oznacza, że robię to całe życie — stwierdził, oczywiście bez namysłu.
Zośka kiwała głową z niedowierzaniem, a jej ogniste loki latały w różne kierunki wraz z nią. Zawsze kojarzyły się mu ze sprężynami. Swoją drogą zawsze były miękkie, strasznie przyjemne i pachniały jej truskawkowym szamponem, przez co przypominały mu o błędach minionego lata. Eustachy ponownie zlustrował ją wzrokiem. Pamiętał jaka ciekawość kierowała nim, kiedy pierwszy raz zobaczył ją w okolicy. Jej ognisty kolor na głowie był jednym z pierwszych, który przyciągał go niczym robactwo do miodu. Później zakochał się w jej piegach, które rozsypywały się na całej twarzy, niczym tysiące gwiazd. Tworzyły własne konstelacje, które były piękniejsze niż te istniejące naprawdę. Kulminacją jednak nie była biała jak papier skóra, a jej oczy… One były czymś, czego nigdy wcześniej nie widział. Zośka nazywała to jakoś na h, ale nie pamiętał… Heterochromia! Jej prawe oko było brązowe, niczym gorzka czekolada, a za to lewe było błękitne, niczym niebo w idealny, bezchmurny dzień. Ona cała była definicją niedoskonałej perfekcji. Była właśnie dziewczyną wartą grzechu. Głowił się chwilę, aż nagle objął ją swoimi ramionami. Czego by nie mówiła Zośka, to ręce miał świetne. Takie duże, ciepłe i zawsze gotowe ją objąć. Uwielbiała się przytulać, wiedział to każdy, kto znał ją, chociaż parę godzin. Bez oporów zawsze pytała, czy może właśnie objąć nawet nowo poznane osoby. Jednak z Eustachym było inaczej. Po prostu. Był jakiś dziwny, w końcu przez niego jej serce biło szybciej. Nienawidziła malin. Tego dnia przymykała oczy, pozwala, aby położył swoją głowę na jej klatce piersiowej i powolnie wsłuchiwał się w jej bicie serca, ten niespokojny łomot. Pozwalała sobie zarzucić na niego swoje dłonie, pogłębiając uścisk. Nawet nie była świadoma, jak bardzo tego potrzebowała.
— Obiecasz mi coś? — zapytała nagle. Malinowski nie uniósł nawet swojej głowy, było mu zbyt dobrze.— Nie porzucisz mnie?
Zapadła cisza. Odsunął się od niej i spojrzał na nią, lekko zdezorientowany. Chyba pierwszy raz dostrzegał w niej takie nakłady powagi oraz chęć bycia w jego towarzystwie.
— Przecież niejednokrotnie ci powtarzałem, że już się ode mnie nie uwolnisz  — skrzywił się, wpatrując się prosto w oczy. Jego ciemne ślepia płonęły, domagał się szczegółów, wyjaśnień. Dociekliwość narastała w każdej chwili, a wraz z jej milczeniem, to już w ogóle wybijała poza skalę.
— Ale chcę to usłyszeć, tak żeby było przypieczętowane. Na księżyc — powiedziała, wyciągając w jego stronę mały palec, w celu złożenia obietnicy.
— Nie, nie przysięgaj na niestały księżyc, który zmienia swój blask od świtu do nowiu, bo twoja miłość podobnie zmaleje — zacytował. Ten cytat pamiętał bardzo dobrze, w końcu miała go wypisany w zeszycie, który mu pożyczyła. Użyła do niego różowego długopisu, musiał być bardzo ważny.
— Musisz wykazywać się inteligencją akurat wtedy, kiedy najbardziej chcę działać w sposób głupi i impulsywny? Nie chcę, aby była to obietnica, którą musisz spełnić. Chcę zwyczajnie poczuć się lepiej i wierzyć, że robię dobrze.
Zmarszczył grube brwi, nie rozumiał. Życie jednak nauczyło go, aby w takich sytuacjach robić dobrą minę do złej gry. I tak złożył obietnicę, której nawet nie rozumiał w pełni. Intrygowało go, czy Zośka rzeczywiście czuła się teraz lepiej. Jeśli tak, to był w stanie obiecywać to w kółko. A ciekawość mieszała w głowie i przyprawiała aż o jej zawroty. Szukał swojej ścieżki do piekła i ją znajdował: przy jej boku. Tak prezentował się właśnie Staszek i Zośka.
Malinowski poznał kiedyś cytat „… głupota jest jedną z dwóch rzeczy, które najlepiej widzimy z perspektywy czasu. Drugą są stracone okazje”. Znaczenia swoich słów doznawał w wielu momentach, jednym z nich był fakt, iż nie znał granic i nie uczył się na swoich błędach. Coraz bardziej zbliżał się do Zośki, delektując się tym niczym owocem zakazanym. A taki był najlepszy. Dostrzegał to także w momentach, kiedy stał w grupie swoich znajomych, z którymi zaczął się zadawać… dla Zośki. Bo tak, ona poprosiła, aby bardziej się postarał i zapoznał większe ilości ludzi. Tak narodziła się ferajna odmieńców i fiksatów, w której skład wchodzili: Maurycy, Bazyli, Eustachy, Tobiasz i Zachariasz. Każdy dziwny bądź z obsesjami, stąd nazwa, której pomysłodawcą była rzecz jasna Zośka. Eustachy był sobą, Maurycy cierpiał na nerwicę natręctw, Bazyli nie potrafił poprawnie ukazywać emocji, Tobiasz nigdy nie myślał nad słowami, a Zachariasz grał w zespole, konkretnie cierpiał na zespół Tourette’a. Pomimo dziwnej mieszanki dogadywali się w sposób doskonały. A nie posądzał ich o zgranie nikt o zdrowych zmysłach. Może to właśnie był błąd: mieć zdrowe zmysły.
Właśnie dzięki trosce o życie społeczne Eustachego udało się im przełamać ten mur, jaki wytwarzała Wiśniewska. Jej serce już wcześniej biło szybciej przez niego, jednak kulminacja nadeszła wraz z dostrzeżeniem jego radości w oczach i zatraceniu za każdym razem, kiedy ją widział. Wraz z jego gotowością do każdego z poświęceń, byleby móc uszczęśliwić ją, nawet na chwilę. Chociaż pochodzili z dwóch odmiennych światów — w końcu planeta Staszka ociekała specyficznością i zapachem letniego deszczu, który przypominał mu o błędach ówczesnego lata. Na planecie Zośki natomiast nie było nic niezwykłego, gdyż czuła się jak każdy inny człowiek. Malinowski jednak dostrzegał wyjątkowość, ponieważ ona sama była istotą jego skojarzeń. W jego oczach stawała się zatem doskonalszą niż w rzeczywistości była. Ochoczo odbierał jej każdą ze skaz. Zakochiwał się coraz bardziej, chętniej topił się w narastającej ciekawości. Na oślep mógł iść za nią w ogień, ponieważ problemem osoby Zośki było to, iż warta była grzechu. Było idealnie, jakiś czas. Zaprzestali zerkać na konsekwencje i zły wpływ, którego mieli świadomość. Od przeznaczenia nie da się uciec.
On był jej upadkiem, powodem narastającej winy. Ona natomiast była jego zgubą oraz powodem rozpalenia się potężnego ognia. Płonął, powolnie stając się popiołem, który przesypywał się przez jej dłonie. Nawet jeśli ktoś pragnął zatrzymać go przy życiu w całości, to nie dało się. Uciekał, odlatywał i znikał. Może mylił się i to jednak był los Zośki. W końcu to ona zniknęła. Staszek początkowo myślał, iż znów jego głowa płata mu figle. Niejednokrotnie musiał gorączkowo tłumaczyć innym, co z nim jest. Zośka też początkowo nie wiedziała.
— To nic, po prostu mam zły poziom serotoniny i innych neuroprzekaźników
w mózgu — wytłumaczył od razu, ociekając obojętnością.
Błędem Wiśniewskiej było zainteresowanie się tym, ta chęć odejścia od nienawiści do malin. Ciekawiło ją, co to znaczy je lubić. A czas mijał, pożerając ich. Kawałek po kawałku, Tak, że nie dostrzegali, jak odchodzą od zmysłów, oddając się w pełni ciekawości. Niegdyś świeże wspomnienie zmieniało swoją formę, niczym rana, która się goiła. Na myśli przyszły mu tamte dni, w których zasiadł w nocy na grubym kocu, tuż obok Zośki. Wpatrywali się w gwiazdy oraz cieszyli się powietrzem, jakie panowało podczas tych mroźnych wieczorów.
— Co, jeśli kiedyś zniknę? — zapytała zupełnie bez kontekstu. Staszek zdziwił się usłyszeć cokolwiek poza piosenką, którą wygrywał im wiary, ten prywatny koncert, przyprawiający o rząd doznań, głównie przez zimno.
— A co? Znów boli Cię serce? — zapytał odruchowo, lekko zmartwiony. Reakcja była jak zwykle w jego wykonaniu nadmiernie impulsywna.
Zośka śmiała się, oglądając to. Zawsze pakował się w kłopoty. Raz na przykład uderzył jednego trzecioklasistę, kiedy ten źle się o niej wypowiadał i skazał się na bycie pośmiewiskiem na jakiś czas. Nie żałował, nawet na sekundę, wręcz z dumą chwalił się, czego dokonał.
— Nie, ale zawsze może zacząć, a wtedy mogę zniknąć. Co wtedy? — zapytała, a jej oczy błyszczały w tym zainteresowaniu tematem.
Zastanawiała się intensywnie, jak ma sobie poradzić bez niej skoro już nie widział świata poza nią. Eustachy nienawidził zmian, a jej odejście byłoby właśnie ogromnym ciosem. Mówił, iż najważniejsza jest Zośka, to prawda kryła się trochę głębiej. On był ciekaw i za wszelką cenę próbował znaleźć odpowiedzi. Ona zdawała się je posiadać. Ochoczo próbował poznać każdą z jej myśli, każdy z jej odruchów i każde słowo z jej ust. Eustachy po raz pierwszy nie chciał wiedzieć co będzie dalej. Nie interesowało go, czy po nowo postawionej kropce pojawia się nowe zdanie, czy może kryje się już koniec ich wspólnej opowieści. Rzeczywistość starała się dostać do jego umysłu, uświadomić go, na czym stoi. Uciekł. Zwyczajnie odwrócił się od problemu i nieświadomie złamał jedną z obietnic, jakie składał. Takimi skutkami było bezmyślne zgadzanie się, nie mógł wiedzieć, jakiego grzechu się dopuścił. Zranił ją, właśnie w tamtym momencie. Kiedy wiatr targał ich włosy, a poliki przybierały kolorów zbliżonych do dorodnych owoców, kojarzącymi się z ich nazwiskami. Właśnie wtedy Zośka stała się już popiołem, a on miał tego pełną świadomość.
— Będziemy się tym martwić, jeśli to nastanie. Teraz jest teraz, a mnie ciekawi tylko, czy jest ci teraz ciepło. — przyznał, poprawiając jej sweter.
Uśmiechnęła się gorzko. Pewnie dlatego, iż była sobą, Zośką. Dziewczyną zawsze krok dalej niż on. Temat ucichł. I wszystko było piękne i przyjemne. Był tylko jeden problem… Zośka istniała już tylko w głowie Malinowskiego. A on był ciekaw, czy przypadkiem nie był już w piekle, czy po prostu jej czarne scenariusze tym razem się ziściły. Eustachy nie mógł być pewien, a ciekawość sprowadziła go właśnie tutaj: do wiecznej męki zwanej niewiedzą. Czy to właśnie kryło się pod skomplikowanymi słowami, które często mu mówiła? To było to dziwne ars moriendi? A odpowiedzi nie znał i sam Wszechświat.

Julia Kamińska

 

Obraz wyróżniający z Pixabay