Los / Amelia Dziedzic

0
439

Obudziłam się. Słyszałam krzyki. Byłam zdezorientowana, ponieważ wczoraj położyłam się późno spać. Co się dzieje? Za oknem widziałam ludzi, którzy biegają bez celu, błądzą jak we mgle. Nagle do pokoju wbiegła mama. Otworzyła drzwi, stała sztywno. Widziałam w jej oczach smutek i strach. Nigdy jej takiej nie widziałam. Była blada. Na co dzień była radosną, pełną pogody ducha kobietą. 

– Mamo, wszystko w porządku, co się dzieje dlaczego w mieście panuje taki chaos?

– Córciu, wojna… wybuchła wojna… – głos jej się załamał.

Do oczu napłynęły mi łzy. Po chwili dodała:

– Zejdź na dół i pożegnaj się z tatą.

– Co? Dlaczego? Przecież jest wojna, nie może teraz jechać do pracy – powiedziałam oburzona.

– Ale on nie jedzie do pracy. Dziś w nocy prezydent wydał oficjalne oświadczenie o mobilizacji armii. Tata się do niej zgłosił. Będzie walczył na pierwszej linii frontu.

– Nie! Nie pozwolę na to! – Prędko zbiegłam na dół, chciałam go zatrzymać. Nie udało się. Już postanowił.

Powstrzymywałam łzy, przy tacie chciałam być twarda. Obiecał, że wróci. Do mnie i do mojej siostry. Ona ma dopiero 4 lata, potrzebuje ojca. Gdy tylko wyszedł, pobiegłam na górę i płakałam. Mijały dni, tygodnie… Stan mojego miasta nie uległ poprawie, wręcz przeciwnie, było coraz gorzej. Sąsiedzi wyprowadzali się z mieszkań, porzucali wszystko, co mieli. Uciekali. Codzienne czekanie na telefon od taty było bardzo męczące, dzwonił co ranek mówiąc, że wróci. Nie chciałam uciekać, chciałam tu zostać, być bliżej niego. Chciałam bronić swojego domu i rodziny. Miałam tam wszystko. Kolejny dzień… Zasiadłam z mamą do śniadania i czekałam na telefon od taty. Zadzwonił i powiedział: ,, Kocham cię, dbaj o mamę i siostrę, walcz i nie poddawaj się, będzie dobrze.”. Rozłączył się. W jednej chwili poczułam ciarki na całym ciele, bałam się. Po policzku mamy spłynęła łza, po moim też. 

– Dziewczynki, musimy uciekać. Dziś podjedzie po nas bus. Spakujcie swoje rzeczy. Tylko proszę, niedużo, w busie będzie tłoczno. Teraz idę na zakupy. Uważajcie na siebie – wyszła z domu zdecydowanym krokiem. Spakowałam niechętnie plecak swój i siostry, mając w głowie słowa taty. Było dziwnie cicho, w nocy cały czas gdzieś daleko było słychać syreny. Nagle do domu wtargnęła nasza sąsiadka – Marlena. Wzięła na ręce moją siostrę i krzyknęła:

– Chodźcie, bus już czeka, nie traćmy czasu!

– Nie! Mama jeszcze jest w sklepie! – powiedziałam zła.

– Spokojnie, wasza mama wsiadła do drugiego busa. Kazała mi się wami zaopiekować. Weźcie tylko jej bagaż.

Zajęłyśmy miejsca w busie. Było duszno, ludzie się przepychali , aby znaleźć dla siebie miejsce. Byłam spokojna. Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że wiedziałam, że ten koszmar się już kończy. Ludzie panikowali, płakali… dochodziło do przepychanek o miejsce w busie. Dzieci płakały a my byłyśmy spokojne, wtulone w siebie i z nadzieją patrzące w przyszłość. Po przekroczeniu granicy był czas na postój. Skorzystałam z toalety. Szukając odosobnienia odeszłam na chwile w stronę pobliskiego lasu. Po kilku minutach, wróciłam na parking, busa już nie było. Gorączkowo się rozglądałam. W oddali stał samochód, był pusty i otwarty. Położyłam się na tylnym siedzeniu i przykryłam się kocem, z wiarą, że nikt mnie nie zauważy i przewiezie dalej. Gdy już byłam pod tym kocem, czułam się dziwnie. Powinnam czuć strach, niepokój, lęk…wyrzuty sumienia, bo przecież włamałam się do czyjegoś auta. To było sprzeczne z tym, jak mnie wychowano. Ale żadne z tych uczuć mi nie towarzyszyło. Czułam dumę z siebie, byłam pełna podziwu. Nie wiedziałam, że jestem taka silna i dzielna, że tyle potrafię znieść. Byłam usatysfakcjonowana, że udało się uciec z tego koszmaru, że to już koniec, możemy zacząć wszystko od początku. Mimo wszystko te dobre myśli przyćmiewała tęsknota za rodziną, która jedzie w innych autobusach, za moim krajem. Tam spędziłam całe życie, tam się wychowała, dorastałam, miałam przyjaciół. Przeżyłam tam najlepsze momenty mojego życia, ale bywały gorsze chwile. Jednak tam był mój dom. Starałam się patrzeć w przyszłość z nadzieją. Do auta wsiadł elegancki mężczyzna. Siedziałam cicho jak myszka, gdy nagle… kichnęłam. Pan się przestraszył, odkrył koc i zaczął krzyczeć. 

– Jestem Masza – powiedziałam cicho.

Kiedy sytuacja się wyjaśniła, mężczyzna zawiózł mnie na komendę policji. Dostałam silnego ataku paniki, gdy zobaczyłam postawne osoby ubrane w mundury. Pan Radosław – tak nazywał się właściciel auta, zabrał mnie stamtąd i zaprowadził do ośrodka dla uchodźców. Bardzo chciałam, aby ze mną został, czułam w nim oparcie. Wieczorem przyjechała do nas jego żona – Sylwia. Bardzo miła kobieta. Zostali ze mną na noc.. 

Kilka dni potem dowiedziałam się, że zostaną dla mnie rodziną zastępczą do czasu, gdy znajdą się moi rodzice. Któregoś poranka malowałam rysunek u siebie w pokoju, gdy wbiegła Marlena. Bardzo się ucieszyłam. 

– Jak mnie znalazłaś? Co z Tatianą? Z mamą? Z tatą?… – dopytywałam gorączkowo. Powiedziała mi, że Tatiana jest w bezpiecznym miejscu, razem z mamą. Na stałe zamieszkałam z panem Radkiem i Panią Sylwią. Długo czekałam, aż moja rodzina po mnie przyjedzie i razem pojedziemy do naszego domu. Nie doczekałam się.

Dorosłam. Mam teraz 18 lat. Chodzę tu do szkoły, mam nowych przyjaciół i kochający, ciepły dom. Dopiero później dowiedziałam się całej prawdy. Mój tata był znanym lekarzem. Został postrzelony miesiąc po tym jak się tu znalazłam. Dlatego przestał dzwonić… Sąsiadka kłamała, choć wiem, że chciała dobrze, ale mimo wszystko byłam zła. Nie tylko w kwestii taty skłamała. W dniu, kiedy mama wyszła na zakupy, już nie wróciła. Ktoś widział jej ciało na ulicy. Miałam jej plecak, czekałam na nią. W plecaku były pieniądze, tak jakby chciała ubezpieczyć mnie na resztę życia. Tatiana – moja malutka, kochana siostrzyczka miałaby dziś 15 lat, nie zdążyłam powiedzieć jej, że ją kocham… Przynajmniej w tym Marlena nie kłamała. Powiedziała, że : ,,Tatiana jest w bezpiecznym miejscu, razem z mamą”. Autobus, w którym jechałyśmy, dachował. Na miejscu zginęło 20 osób – w tym ona, moja dzielna siostra. Na pewno się bała, płakała, a mnie przy niej nie było…. Faktycznie Tatiana jest już szczęśliwa, bezpieczna, a co najważniejsze, razem z rodzicami. Wiem, że patrzą na mnie z góry, czuję ich obecność. Czasem też chciałabym do nich dołączyć, ale wiem, że muszę walczyć dla nich. Rodzice chcieli, abym pomagała innym, tak jak oni to robili. Teraz mam zamiar studiować medycynę i przekazywać dalej te wartości, jakie rodzice mi przekazywali. Nie jestem sama, choć ich tutaj nie ma. 

                                                           Amelia Dziedzic

 

Obraz wyróżniający: Wolontariusze pomagający uchodźcom na stacji Przemyśl Główny (luty 2022)  Autorstwa Pakkin Leung, CC BY 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=115671814

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj