Czułość kamienia (Recenzja zbioru wierszy „Kamień” Wiesława Marcysiaka) / Ludwik Filip Czech

0
654
Wiesław Marcysiak
„Kamień”
Wydawnictwo własne Wiesław Marcysiak
Bydgoszcz 2023
str. 151.

 

 

 

Wiesław Marcysiak jest autorem zbioru wierszy „Kamień„. Poeta mieszka w Bydgoszczy. Jest nauczycielem akademickim i tłumaczem literatury. Zadebiutował w 2018 roku tomikiem „Czasoprzestrzenie„. Swoją najnowszą książkę podzielił na dziewięć podrozdziałów. Zważywszy na jej tematyczną różnorodność, ten zabieg okazał się przydatny. Tomik jest bardziej przystępny, daje czytelnikowi odetchnąć, nie przytłacza. Chociaż przyznać trzeba, że „Kamień” nie jest lekturą rozrywkową. Nic w nim nie podnosi na duchu, nie napawa optymizmem. Na szczęście charakteryzuje te wiersze prostota formy, nie ma w nich stylistycznej fanfaronady. A to dlatego, że ich autor jest admiratorem słowa. Docenia jego wyjątkowe znacznie, słowo jest dla niego istotnym, chociaż ulotnym tworzywem. Oto wiersz:
Palę słowami
Palę słowami w piecu
Ulatują ku niebu
Białą wstęgą
Słowa namiętności
Szukanej po omacku
Słowa miłości
Zadrą w sercu
Gdzie one
Zapomniane tu?
Zapisane
W przestrzeni
Pyłki lewitujące
W nieważkości
Podejrzane pod mikroskopem
O życie
Rozwiane
Aż igły sosnowe
Pióropusze palm
Wychwycą każde
I wszystkie
Osiądą i zasną
Aż ktoś je wypowie
Trzeba przyznać autorowi, że sam „wypowiada” te słowa bardzo zgrabnie. Już choćby w kolejnych utworach, gdzie bawi się blaskiem słońca, które w jego wyobraźni jest kwadratowe. To właśnie słońce staje się jego chwilowym bohaterem. Raz bywa pomarańczą, innym razem przybiera kształt brzoskwini. Z pozoru tak zbadane i oczywiste, skrywa w sobie sekrety, jest pełne tajemnic. Ma bowiem ową „ciemną stronę„, nieograniczoną przestrzeń dla artystycznych wizji. Autor zaludnia ten obszar barwnymi istotami, całą masą dziwnych rekwizytów. Znajduje tam również umarłych. Ci jednak nie są skłonni do rozmowy. Uparcie milczą, jakby strzegli granic odwiecznego tabu.
 Po ciemnej stronie słońca
Po ciemnej stronie słońca
Mieszkają istoty o różowych włosach
Które drapią się lewą ręką w lewy łokieć
Mają leworęczne gitary
Gdzie podasz rękę płonącemu człowiekowi
Gdzie wykopiesz czaszkę psa
I postawisz na półce
Po ciemnej stronie słońca
Spotykasz umarłych
Czekasz aż coś ci wyjaśnią
Po ciemnej stronie słońca
Gdzie nie możesz zajrzeć
Bo czerwone karły
Po ciemnej stronie słońca
Gdzie…
Owe istoty, przedziwne byty, tak bardzo przecież symboliczne, zdają się blednąć przy prawdziwej magii – tajemnicy czasu. Nie ma poety, który oparłby się pokusie, by tego tematu nie dotknąć. Autor „Kamienia” otwiera go wierszem „Zegarmistrz„. To tekst krótki, czytelny, rzeczowy. Jest wstępem do kolejnych, już na wyższym poziomie trudności. „Zegarmistrz” ma oswoić czytelnika ze złożonością kosmosu, z przeszłością, która bez pardonu zmierza ku przyszłości. A ta jest zapowiedzią ostatecznego kresu. Autor bardzo obrazowo przedstawił ową „człowieczą podróż” w wierszu „Zegar„. Nie będę go tutaj przytaczał. Niech zainteresowany czytelnik sam raczy zerknąć. Przepiszę natomiast w całości tekst „2202„. Jest bowiem zainspirowany pomyłką, która skłoniła autora do oczywistych refleksji. A te od zarania dziejów towarzyszą każdemu śmiertelnikowi . Oto on:
2202
Wpisałem tę datę przez pomyłkę
Cień przebiegł mi twarz
Zmroziło mnie
Wiesz…
Domyślasz się na pewno
Wtedy nas już nie będzie
Nikogo z tych których znam
Nawet pamięci po nas nie będzie
Może notatka w księgach
A może nic
Jest w tym zbiorze mowa o Bogu. Jest on „oswajany„, przybiera ludzką postać, mieszka w sąsiedztwie. Czasami na naszym osiedlu /”Pan Bóg”/. Pod taką postacią nie budzi lęku. Łatwiej go zrozumieć, zaakceptować. Częściej bywa jednak mglistą obecnością, wyobrażeniem wiary. Takiemu Bogu spowiada się poeta z dobrych i złych uczynków. Z tych popełnionych i tych zaniechanych. Nie oczekuje rozgrzeszenia. Liczy wyłącznie na wysłuchanie /”Byłem na Ziemi„/. Ale Bogiem, przynajmniej dla niego, jest też jego matka. Kochająca, sprawiedliwa, ale i surowa. Potrafiąca skarcić, nawet uderzyć. Zmagająca się ze strachem, poczuciem winy, samotnością /”Policzek„/. Atrybuty boskości ma też dzieciństwo poety. Jego scenografia z wesołym miasteczkiem, zabawkami, budzącymi lęk podróżami w nieznane / „Czarodziej„/. Dlatego tyle cierpienia odnajdujemy w kolejnych wierszach – „Pustka„, „Dom„, czy w „Pustym talerzu„. Ten ostatni zdaje się zamykać epokę szczęśliwości. Czas, gdy wszystko było na swoim miejscu. Gdy nadzieja i miłość święciły swoje triumfy. Ten motyw zamknę wierszem „Będę dzwonił„. To mój ulubiony w tym zbiorze. Zamiast go komplementować – przytoczę w całości:
Będę dzwonił
W środku nocy
Przerażony
I prosił abyś mnie uratował
Od wszystkiego złego
Tego w nas
Tego we mnie
Będę czekał na słońce
Które wybawi mnie
Z mroków nocy
Zapach kawy
Ulubioną stację radiową
Zapach świeżo skoszonej trawy
Nie będę się bał
Perliste dźwięki fortepianu
Ostinat kontrabasu
Rozedrgane pasaże skrzypiec
Suchy rytm werbla
O tomiku „Kamień” można napisać dużo więcej. Ja wybrałem tylko te motywy i wiersze, które wyjątkowo przypadły mi do gustu. Reasumując – to książka dobra, szczera, wiarygodna. Poeta nie kluczy, pisze otwarcie, nie wygłusza dramatów watą słów. Pisze o sprawach, krajobrazach, ludziach, których „już nie ma” /”Żegnajcie”/ i porusza się w tym minionym świecie zgrabnie, z wdziękiem. A zwłaszcza z nieskrywanym poczuciem bezsilności.
Książkę polecam.
                                                  Ludwik Filip Czech