„Czarna Śmierć” – Dżuma w średniowieczu / Piotr Kotlarz

0
1034

Dziś wiemy na temat tej choroby relatywnie bardzo wiele. Dżuma jest chorobą bakteryjną. Jen nośnikiem jest pałeczka, gram ujemna Yersinia pestis, która została odkryta przez francuskiego bakteriologa Alexandre’a Yersin, przy okazji zarazy, jaka nawiedziła Hongkong w roku 1894.  Bakteria ta przenoszona jest za pośrednictwem pasożytów zewnętrznych, pcheł oraz wszy lub drogą kropelkową. Okres inkubacji dżumy od czasu ukąszenia przez wspomniane owady trwa około 6 dni. Wcześniej jej objawy są niedostrzegalne, co przyczyniało się do tego, że nieświadomi zarażenia chorzy przenosili jej zarazki czasami na ogromne odległości, w efekcie czego dochodziło do epidemii, a nawet pandemii tej choroby.

Dżuma, która dokonała ogromnego spustoszenia w populacji mieszkańców średniowiecznej Europy była jedną z jej odmian – dżumą dymieniczą (bubonicplague). Według niektórych badaczy dżuma występująca w średniowieczu mogła być wywoływana przez inny mikroorganizm niż choroba z XIX wieku.

Ta nasza dzisiejsza wiedza była w początkach XIV wieku i wcześniej oczywiście nieznana. Niczego nie wiedziano ani o istocie tej choroby, ani też o sposobach jej przenoszenia. Obserwowano tylko jej objawy zewnętrzne i po omacku, bezskutecznie próbowano je leczyć, o ile leczeniem można nazwać stosowane wówczas wobec chorych środki.

Cechami charakterystycznymi dżumy dymieniczej były ciemne, martwicze krosty powstające w miejscu ukąszenia, zwane również „krostami dżumowymi” lub „znamieniami”, a powszechnie znane pod nazwą dymienie. Objawami choroby były bóle w płucach i problemy z oddychaniem. Przeprowadzane wówczas badania (sekcje zwłok) ujawniły, że osoby z objawami miały zainfekowane płuca i pluły krwią. Inny rodzaj objawów, to występujące równocześnie z objawami płucnymi opuchnięcia pod pachami. Trzecim objawem były opuchlizny w pachwinach. W późniejszym stadium choroby ze środka dymienic sączył się ciemny płyn o nieprzyjemnym zapachu.

Podczas pandemii „czarnej śmierci” pojawił się również płucny rodzaj dżumy (pneumonic plague). W tym przypadku infekcja przenoszona była drogą kropelkową, a bakteria krwioobiegiem przedostawała się do płuc, powodując ich natychmiastowy obrzęk. Czas inkubacji był niesłychanie krótki. Zdarzało się, że chorzy umierali w kilkanaście godzin po zakażeniu. Ostatnim, prawdopodobnie najrzadszym rodzajem, była dżuma posocznicowa (septicemic plague), gdzie w bardzo krótkim czasie dochodziło do zakażenia krwi i szoku septycznego prowadzącego do natychmiastowego zgonu.

Epidemie dżumy znane były już w starożytności, pojawiały się też we wczesnym średniowieczu. W czasie pierwszej krucjaty armia, która w roku 1098 stanęła pod Antiochią  liczyła około 300 tysięcy ludzi, by w ciągu zaledwie trzech lat stopnieć do 20 tysięcy. Przyczyną tak wielkich strat były niewątpliwie choroby zakaźne.  To przypuszczalnie atak dżumy spowodował to, że w czasie czwartej krucjaty (1202-1204) armia krzyżowców pod wodzą Baldwina z Flandrii  nie doszła w ogóle do Jerozolimy. Prawdopodobnie to również dżuma wybuchła w obozie krzyżowców oblegających w czasie VII wyprawy Tunis (1270). Wskutek zarazy zmarł wówczas organizator tej krucjaty Ludwik IX, a po jego śmierci jego armia powróciła do Europy.

Wraz z wyprawami krzyżowymi przywleczono z Azji do Europy kilka chorób zakaźnych, zaliczanych przez ówczesnych medyków do chorób gorączkowych. Prócz dżumy była to czerwonka, dur i ospa. Aż do XIV wieku choroby te nie rozprzestrzeniały się jednak na całym obszarze Europy i ich skutki aczkolwiek dotkliwe nie powodowały przerażenia. Sytuacja uległa zmianie w latach trzydziestych XIV wieku, tym razem skala ataku była porażająca. W niektórych krajach śródziemnomorskich wymarło być może nawet do 80 proc. ludności. Dlatego właśnie XIV-wieczna pandemia została zapamiętana jako Wielka Zaraza, Wielki Pomór, Wielka Śmiertelność, wreszcie – Czarna Śmierć.

Czarna śmierć – pierwsza pandemia dżumy

Przyczyny wybuchu pandemii dżumy w średniowieczu nie jest do końca poznana. Jednym z najbardziej prawdopodobnych czynników był gwałtowny wzrost liczebności populacji pomiędzy 1000 a 1300 rokiem. To bardzo prawdopodobna hipoteza, tym bardziej w połączeniu ze znajomością warunków sanitarnych panujących w ówczesnych bardzo zagęszczonych miastach. W początkach XIV wieku doszło ponadto do znacznego załamania się gospodarki, czego przyczyną były ówczesne zmiany klimatyczne. Wybuch w krótkim okresie kilku stratowulkanów stał się początkiem tzw. „Małej epoki lodowcowej”. Kryzys gospodarczy, znacznie mniejsze zbiory, wpłynęły na pojawienie się klęski głodu (szczególnie dotkliwej w latach 1315-1322). Osłabione ludzkie organizmy stały się bardziej podatne na chorobę. Zmiany klimatyczne i kryzys gospodarczy wpłynął też na przemieszczanie się ogromnych mas ludności.

Na ogół przyjmuje się, że głównym sprawcą ówczesnego nieszczęścia była wspomniana pałeczka dżumy (bakteria Yersinia pestis), roznoszona przez pchły pasożytujące na szczurach i… ludziach oraz przez wszy ludzkie. Część uczonych wskazuje jednak na zróżnicowany objawy i okoliczności zachorowań, skłaniając się ku twierdzeniu, że pod maską „Czarnej Śmierci”, poza różnymi odmianami dżumy, mogły występować także inne choroby, wynikłe zarówno z infekcji bakteryjnych, jak i wirusowych.

„Czarna śmierć”, bo tak nazwano tę epidemię, pojawiła się w Chinach w okolicach 1334 roku. Badania genetyków medycznych z 2010 roku wskazują, że jej źródło znajdowało się w prowincji Junnan w południowo-zachodnich Chinach. Częste klęski żywiołowe i nieurodzaje przyczyniły się tam do wielkiego głodu, który rozpoczął się w 1331. O klęskach tych wspominają źródła chińskie, które  odnotowuję poważną epidemię w prowincji Hebei w 1331 roku i kolejne w latach 1334-1335[1]. Chińscy kronikarze wspominają o całej serii występujących w tym czasie katastrof naturalnych: powodzie, susze, trzęsienia ziemi. W wyniku ochłodzenia na wielu obszarach świata klimat stał się bardziej wilgotny i nieprzewidywalny. Dotknął różne społeczeństwa często w odmienny sposób. Jednym dały się we znaki nadmierne opady, innych dotykał ich brak. Rozpoczęła się wędrówka ludów, ale też i wiele zwierząt (w tym gryzoni) również opuszczało swe poprzednie siedziby. Niektórzy badacze sugerują, że do epidemii mogło przyczynić się i to, że wygłodzeni ludzie masowo polowali na świstaki i je spożywali. Może choroba przenosiła się ze zwierząt na ludzi? W XIV wieku dżuma przyczyniła się do śmierci ok. 25 milionów Chińczyków i innych Azjatów podczas zaledwie piętnastu lat.

Z Chin dżuma poruszała się wzdłuż szlaku karawan oraz innych lądowych, rzecznych i morskich szlaków komunikacyjnych i w 1346 r. dotarła do Astrachania. Następnie opanowała brzegi Wołgi i Donu dotarła do Kaffy – krymskiej osady handlowej nad Morzem Czarnym, będącej własnością Genueńczyków.

W historiografii (od Mussisa) pojawiła się bardzo wcześnie teoria, że do rozprzestrzenia się dżumy przyczyniły się działania mongolskiego chana kipczackiego Jani Bega, który rzekomo zastosował w walce o Kaffę dżumę jako rodzaj broni biologicznej. Wystrzeliwał za pomocą katapult ciała zmarłych na tą chorobę muzułmanów do miasta, gdy choroba zaczęła dziesiątkować oblegających.

Gdy w wyniku dżumy zarażeni nią muzułmańscy żołnierze Jani Bega umierali tysiącami,  padali „jak od uderzenia pioruna”, z ciałami pokrytymi guzami i ciemnymi plamami świadczącymi o obumieraniu tkanek, majaczyli w gorączce, wymiotowali krwią, chan Dżanibeg porzucił nadzieję zwycięstwa, jednak wciąż opętany był żądzą zemsty. Sięgnął wówczas po straszliwą broń, znaną już w starożytności, którą wszakże niewielu przed nim i po nim miało odwagę użyć. Nakazał zbieranie zwłok ofiar zarazy, by wykorzystać je w charakterze… amunicji. Obsługa trebuszów – wielkich machin miotających, zdolnych do wystrzeliwania ciężkich pocisków na znaczną odległość – ekspediowała ten makabryczny ładunek ponad murami miasta, z zamiarem wywołania epidemii wśród giaurów.

„Wydawało się, że góry zmarłych zostały wrzucone do miasta, a chrześcijanie nie mogli się przed nimi ukryć ani uciec, chociaż zrzucili jak najwięcej ciał do morza. I wkrótce gnijące zwłoki skaziły powietrze i zatruły zapasy wody, a smród był przytłaczający […]. Nikt nie znał ani nie mógł znaleźć środka obrony” – relacjonował kronikarz.

Spadające „z nieba” trupy zalegały na ulicach Kaffy, przyciągając stada wygłodniałych szczurów. Najpewniej pierwsi zarazili się mieszczanie, którzy ofiarnie usuwali zwłoki z grodu. Nieszczęśników próbowano ratować radykalnymi metodami…, odcinając im ręce. Tymczasem epidemia rozprzestrzeniała się jak pożar. Zmarłych wciąż przybywało.

Mało kto myślał o dalszej walce. Tłumy uchodźców rzuciły się do portu, by na zatłoczonych pokładach okrętów uchodzić z przeklętego miasta. Popłynęli na południe, do Konstantynopola, a stamtąd do Genui, Wenecji, sycylijskiej Messyny i innych śródziemnomorskich portów.

Mamy stosunkowo mało źródeł odnoszących się do tych wydarzeń. Nie wiemy, czy przedstawiane opisy są prawdziwe. Jeśli jednak tak, to mamy tu kolejny przykład stosowania przez ludzi broni biologicznej. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że do rozprzestrzenienie się tej choroby w Kaffie przyczyniły się szczury lub skrywające się w importowanych futrach pchły. Tym niemniej to właśnie na Krymie, podczas starcia z mahometańską armią, Europejczycy po raz pierwszy spotkali się z Czarną Śmiercią.

Jakakolwiek była przyczyna epidemii w Kaffie, to właśnie między innymi z tego miasta trafiła ona do Europy[2]. Zaraza bowiem rozwijała się w ciałach zarażonych ludzi, a także w sierści zapchlonych szczurów, które kłębiły się pod pokładami okrętów, którymi uciekali mieszkańcy Kaffy. Śmierć wykorzystywała każdy postój okrętów w porcie, by dopaść nowe ofiary. Kiedy w październiku 1347 r. statki genueńskie przybyły do portu w Messynie na Sycylii, okazało się, że marynarze byli zainfekowani i śmiertelnie chorzy. Każdy kontakt wygnańców z nową zbiorowością ludzką skutkował rozprzestrzenianiem się panowania śmierci.

Świadek historii pisał: „My, Genueńczycy i Wenecjanie, ponosimy odpowiedzialność za ujawnienie sądów Bożych. Niestety, gdy nasze statki doprowadziły nas do portu, udaliśmy się do naszych domów. […] Krewni i sąsiedzi przybywali do nas ze wszystkich stron. A my, ku naszej udręce, nieśliśmy im strzały śmierci.

Śmiertelność w miastach portowych byłą tak duża, że ciała zmarłych wrzucano bezpośrednio do morza. Skutki tego były oczywiste.

Uchodźcy z nieszczęsnego miasta tworzyli tylko jeden z kilku strumieni apokaliptycznego „potopu” zarazy, jaki wdzierał się w głąb Starego Kontynentu.

W roku 1346 dżuma zbierała już swe ofiary w Piacenzie. Muzułmańska kronika podaje, ze w tym roku naliczono na Krymie 85 tysięcy zmarłych. Już na przełomie 1347 i 1348 r. zaraza dotarła do Włoch, a następnie do Hiszpanii, Francji i Anglii, w 1349 r. była obecna w Niemczech, Polsce i krajach skandynawskich. W latach 1351-1352 ogarnęła Kijów, Nowogród Wielki i Moskwę, a w 1353 r. powróciła nad Morze Czarne. Poprzez drogi handlowe i morskie docierała do wszystkich zakątków Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.

Gdy zaraza zaatakowała Cypr, mieszkańcy wyspy zebrali wszystkich niewolników muzułmańskich oraz więźniów i dokonywali na nich rzezi przez całe popołudnie, aż do zachodu słońca, bojąc się, że muzułmanie mogliby przejąć kontrolę nad wyspą po śmierci wielu chrześcijan i ucieczce ludzi pozostałych przy życiu. W tym wypadku śmierć „innych” nie była jeszcze wynikiem obwiniania ich o spowodowanie zarazy. Była „tylko” zabiegiem profilaktycznym, próbą obrony przed ewentualnym buntem niewolników. Warto jednak przypomnieć i ten straszny fakt, uzmysławia on nam bowiem jak niewiele ceniono wówczas życie innych.

  Na Majorce liczba ofiar zarazy doszła najprawdopodobniej do 15 tysięcy w jednym tylko miesiącu, przyjmuje się, ze zmarło 80% mieszkańców wyspy.

  W Wenecji, według różnych wyliczeń, w wyniku dżumy zmarło co najmniej 40 procent mieszkańców, ale niektóre inne miasta włoskie, jak Piza, straciły ich ponad połowę. Świadkiem dżumy pustoszącej Florencję był Boccaccio, który opisał ją w prologu do Dekameronu: Na rękach, biodrach i gdzie indziej występowały czarne lub sine plamy. U jednych były one wielkie i rzadkie, u innych skupione i drobne. Jedynie nieliczni z chorujących do zdrowia powracali, wszyscy pozostali umierali trzeciego dnia od chwili, gdy te znamiona na ciele się pojawiały. Już wtedy za sprawą zmian, jakie zostawiała na zaatakowanym ciele człowieka, nazywano ją czarną śmiercią. Boccaccio opisał również spustoszenie, jakie ówczesna pandemia pozostawiła w 1348 roku we Florencji: Z srogiego niebios wyroku, a także z przyczyny ludzkiego okrucieństwa, w czasie od marca do czerwca więcej niż sto tysięcy osób życie straciło. Ginęli od strasznej zarazy, a także z braku pieczy i pomocy, skąpionej im przez zdrowych, którymi trwoga owładnęła. Dawniej nikt by może nie był pomyślał, że we Florencji można naliczyć tylu żywych mieszkańców, ile w niej się później okazało zmarłych. Ileż to pięknych domów, wspaniałych pałaców, przedtem przez mnogie rodziny, przez rycerzy i znamienite damy zamieszkałych, teraz pustką stanęło! Wymarli w nich wszyscy, aż do ostatniego sługi! Boccaccio w ocenie liczby ofiar dżumy we Florencji przesadził, ale historycy szacują, że było to co najmniej 30 procent, a być może połowa ogółu mieszkańców.

Na Półwysep Iberyjski zaraza dotarła najprawdopodobniej przez Barcelonę i Walencję już w maju 1348 roku. Początkowo jesienią i zimą zabijała około 70 osób dziennie. W 1350 roku dotarła na Giblartar. W wyniku ogromnych strat spowodowanych epidemią i zarazą w Hiszpanii doszło do załamania się porządku prawnego. Po kraju błąkały się bandy zbrojnych bandytów. Wydano rozporządzenie nakazujące wymierzanie srogie kary każdemu, kto plądrował domy ofiar zarazy.

W tym czasie zaraza ogarnęła swoim zasięgiem Włochy, większość Francji, Hiszpanię i Bałkany. Przechodząc przez Alpy i Pireneje dotarła również na północ. W grudniu 1350 roku trafiła do Szwecji, Norwegii i krajów nadbałtyckich. (Co ciekawe w niektórych regionach zaraza ta nie pojawiła się wówczas w ogóle, np. w Mediolanie, Liège, Norymberdze, małym regionie na wschód od Calais, olbrzymim obszarze na wschód od Wiednia oraz małym regionie na zachód od Pirnejów).

Do Francji zaraza dotarła pod koniec 1347 roku lub na początku 1348 roku. Szacuje się, że spowodowała śmierć 57 tysięcy osób w Marsylii, później rozprzestrzeniała się na wschód do Montpellier, Narbonne, Perpignan i Carcassome, gdzie dotarła w marcu 1348 roku. Rozprzestrzeniała się ze średnią szybkością od dwóch do ośmiu kilometrów dziennie, co wskazuje, ze była przenoszona głownie przez podróżujących pieszo. Rozprzestrzeniała się też na wschód i pojawiła się w Awinionie. Zawyżone zapewne szacunki odnośnie do tego miasta wskazują na to, że już pierwszego dnia zabrała tam 1800 osób. Ciała zmarłych zaścielały ulice, a cmentarze były przepełnione. Papież Klemens VI poświęcił Rodan, aby można było wrzucać do niego ciała zmarłych. Oczywiście w ten sposób przyczyniając do znacznego  rozprzestrzenienia  się epidemii w wyniku gnicia i rozkładu zakażonych ciał. Wielu chorych było grzebanych za życia. W sumie zmarło około 150 tysięcy mieszkańców Awinionu i okolicznych wiosek. Z miasta uciekło wiele osób, sam papież Klemens VI pozostał jednak w odosobnieniu, otaczając się ogromnymi słupami ognia, mającymi na celu oczyszczenie powietrza. Zaraza srożyła się w Awinionie aż do zimy 1348 roku.

Tymczasem zaraza przesuwała się na północ. Latem przybyłą do Lionu, później do Paryża. Paryski karmelita Jan de Venette pisał o epidemii z 1348 roku, że liczba ofiar była tak wielka, o jakiej nigdy wcześniej nie słyszano, ani nie czytano. Ludzie chorowali ledwie dwa lub trzy dni i umierali szybko, prawie ze zdrowym ciałem. Kto dzisiaj był w dobrym zdrowiu, jutro już był martwy i pogrzebany w ziemi. Śmiertelność byłą bardzo wysoka, w wielu miejscowościach sięgała aż 90%, dotykała przy tym głównie osoby młode. Choroba trwała bardzo krótko, dwa-trzy dni, po czym chorzy umierali nagle. W Hôtel-Dieu of Paris przez długi czas na wozach wywożono ponad pięćdziesiąt ciał. Zaraza trwała we Francji przez większą część 1348 i 1349 roku, a po jej zakończeniu wiele domostw w miastach, wsiach, miasteczkach pozostało pustych i niezamieszkanych. W wieli z nich, gdzie wcześniej było ok. 20 tysięcy mieszkańców, po zarazie pozostało ich niespełna  2 tysiące.

Na terytorium Niemiec liczba zmarłych we Frankfurcie nad Menem wyniosła 2 tysiące osób w 72 dni; zmarło ponad 50% mieszkańców Hamburga[3]; podobnie w Magdeburgu zmarł co drugi mieszkaniec tego miasta, zmarło 6 tysięcy zarażonych w Mainz i 11 tysięcy w Munsterze. Około 12 tysięcy osób straciło życie w Erfurcie i prawie 7 tysięcy w Bremen (około 70% populacji). Ponadto uważa się, że 200 tysięcy miasteczek niemieckich pozostało całkowicie pozbawionych mieszkańców.

We Wiedniu, gdzie czarna śmierć dotarła wiosną 1349 roku umierało od 500 do 600 osób dziennie. Pewnego dnia zmarło prawie 1000 mieszkańców. Szacuje się, że życie utraciła wówczas prawie połowa mieszkańców. Zmarłych chowano w wykopanych w tym celu poza miastem wielkich dołach, mogących pomieścić do 6 tysięcy ciał. Z powodu wydzielanych zapachów i przerażenia jakie wzbudzały zwłoki zakazano pogrzebów na cmentarzach przykościelnych.

W Londynie  Robert z Awesbury zanotował, że na jednym z cmentarzy spalano dziennie 200 ciał. Na pamiątkę postawiono krzyż upamiętniający 50000 ciał pochowanych pod nim. Niektóre z szacunków wskazują, że skutkiem epidemii mogło umrzeć nawet 100 000 mieszkańców stolicy Anglii. W Gloucester szacuje się, ze liczba zmarłych mogła sięgać nawet 90%.

Do szczególnej aktywności „Czarnej Śmierci” na obszarze wschodnich Niemiec, Polski i Rosji doszło w latach 1351-1353. Ominęła jedynie Islandię i Finlandię, co być może było wynikiem pewnego odosobnienia tych obszarów i ich względnie niskiego zaludnienia.

W nauce polskiej pojawiała się hipoteza, że szalejąca w Europie Zachodniej XIV-wieczna zaraza dżumy potraktowała Polskę i niektóre inne regiony Europy Środkowej nieco łagodniej. Zacząłem się nawet zastanawiać nad przyczynami tego zjawiska. Być może przyczyną tego była mniejsza gęstość zaludnienia tych obszarów oraz mniejsze problemy gospodarcze tych rolniczych regionów. Część badaczy przypisywała uchronienie ziem Królestwa Polskiego przed pierwszą falą epidemii rzekomej kwarantannie wprowadzonej przez Kazimierza Wielkiego, choć wydaje się rzeczą oczywistą, że realizacja takiego planu byłaby przy ówczesnych warunkach zupełnie niewykonalna. Ponadto wówczas jeszcze nie znano etiologii tej choroby.

Okazało się, że wszelkie te gdybania były bezpodstawne. Ich przyczyną była znikoma ilość źródeł i niedoskonałość późniejszych badań. Najnowsze badania wskazują że i nasz kraj został dotknięty już pierwszą falą tej pandemii[4]. Długosz notuje, że w 1360 roku morowe powietrze zabrało w Polsce więcej niż połowę ludności, a przecież inne roczniki szły w swych szacunkach jeszcze dalej. Wszystko to oczywiście kronikarska skłonność do przesady, ale uderza fakt, iż liczba niezależnych od siebie relacji systematycznie rośnie. Wzbogacają się też o nowe oznaki kryzysu. Janko z Czarnkowa podkreśla, że zaraza zabierała ze sobą głównie ludzi młodych. Byłaby to zatem tzw. pestis puerorum (zaraza dziecięca), charakterystyczna dla nawrotów uderzających w pokolenie, które nie zdążyło nabyć krótkotrwałej odporności w poprzednim ataku. Jeśli wierzyć przekazom, pod koniec życia tolerancyjnego Kazimierza doszło do pogromów Żydów, palonych i wieszanych za celowe roznoszenie zarazy.

Dżuma dotykała nie tylko Europę. W 1348 rozprzestrzeniła się w Palestynie, Egipcie, a w latach 1339-1340 objęła pozostałe obszary Afryki Północnej (być może inne obszary tego kontynentu, ale nie posiadamy z tych obszarów źródeł). W Azji dotarła na obszary dzisiejszego Iraku.

Przypuszcza się również, że dżuma została przewieziona na statkach do osad na Grenlandii założonych w 936 roku przez Eryka Rudego. Choroba oraz brak dostaw z wycieńczonej zarazą Norwegii tak bardzo osłabiły te osiedla, że uległy one atakom Inuitów. Ostatnia osada wikingów na Grenlandii znikła pod koniec XIV wieku. Myślę jednak, że przyczyną jej upadku mogły być raczej ówczesne zmiany klimatyczne i powrót lodowca.

Zakaźny charakter choroby wzbudzał strach, gdyż każdy zarażony umierał, a każdy, kto go pielęgnował w chorobie, odwiedzał, widywał czy nawet odprowadzał na miejsce ostatecznego spoczynku, podążał za nim wkrótce – pisał anonimowy zakonnik w liście do swoich przyjaciół.

Epidemia osiągnęła takie rozmiary, że ze strachu przed zarażeniem lekarze nie odwiedzali chorych, ojcowie i matki nie przychodzili do swych synów i córek, ludzie przestali się odwiedzać bez względu na łączące ich więzy krwi.

Z zapisków tego zakonnika wiemy, że ludzie szukali kozłów ofiarnych odpowiedzialnych za zarazę. Złapano niektórych opryszków i sprawiedliwie lub nie, prawdę zna tylko Bóg, oskarżono ich o zatrucie wody. Obywatele przestali pić wodę za studni; za te zbrodnię spalono wielu i wielu będzie spalonych – pisał wspomniany zakonnik.

Choroba wywoływała tak wielki strach, że nie było komu chować trupów, a księża nie chcieli przychodzić do umierających. Nawet złodzieje omijali z daleka domy po chorych. Wszystko to jednak na nic się zdawało, bo plaga nie ustępowała. W Niderlandach ze względu na to, jak szybko umierały osoby, u których wystąpiły objawy, nazywano dżumę spieszącą się chorobą. W tym czasie dżuma była też główną przyczyną równie wysokiego spadku liczby mieszkańców Anglii – z 3,75 miliona w 1347 roku do 2,22 miliona 30 lat później.

Epidemia w Europie zaczęła wygasać w latach 1349-1350, ale jeszcze zbierała całkiem pokaźne żniwo, także wśród znacznych postaci jak król Francji Filip VI. Epidemia dżumy w Europie wystąpiła jeszcze  m.in. w latach 1359-1361, 1369-1372, 1380-1383, powracała z mniejszym lub większym śmiertelnym żniwem przez całą drugą połowę XIV wieku co kilka lat, by później powtarzać się periodycznie przez cały wiek XV. Od połowy XVII stulecia dżuma zaczęła stopniowo, jej ogniska w XVIII wieku były sporadyczne.

W ciągu trwającej blisko 6 lat XIV-wiecznej pandemii „czarnej śmierci” ludność Europy zmniejszyła się o 1/3. Z liczącej blisko 75 milionów ludzi populacji Europy śmierć poniosło ok. 23 do 25 milionów, co stanowi niewyobrażalną liczbę [5]. Był to prawdziwy kataklizm, którego nie sposób porównać do czegokolwiek przedtem i potem w dziejach naszego kontynentu.

***

Sposoby przeciwdziałania

Zgodnie z teorią deistyczną epidemię (w tym „Czarną Śmierć”) jak każdą klęskę uważano w średniowieczu za dopust boży i karę Boga za ludzkie grzechy. Dlatego przed ich nadejściem odbywały się procesje błagalne, a po ustąpieniu – dziękczynne za to, że Bóg oszczędził część ludzi.

Kościoły w czasie epidemii były otwarte, szerzyły się też kulty patronów morowych, czyli świętych, którzy, jak sądzono, mogą uchronić ludność przed zarazą. Jednym z nich był św. Sebastian przedstawiany jako młodzieniec przebity strzałami uchodzącymi za symbol dżumy. Kolejnym patronem był św. Roch, postać autentyczna, średniowieczny lekarz zadżumionych. Kościół czy kaplica pw. św. Rocha lub Sebastiana były też zwykle budowane jako spełnienie obietnicy mieszczan, którzy modlili się o ochronę do tych świętych. Oprócz nich popularne były także inne kulty, m.in. św. Rozalii i św. Karola Boromeusza. Nie można również zapomnieć o Najświętszej Marii Pannie, która występuje w ikonografii w długim płaszczu chroniącym wiernych przed strzałami morowymi.

Powszechnym widokiem na ulicach średniowiecznych miast byli biczownicy, którzy maszerowali przez miasta w procesjach i biczowali się, by czynić pokutę. Były one tak popularne, że osłabiały wpływy Kościoła, który w obliczu epidemii był bezradny. Pamięć o epidemiach dżumy zachowała się w powtarzanej do dziś antyfonie kościelnej „od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie”.

Za środki antymorowe uznawano też medaliki, święcone palmy, wyobrażenia świętych patronów od zarazy (Sebastian, Roch), a także krzyż karawaka. Krzyż ten miał formę pektorału, krzyża patriarszego z dwoma poprzecznymi belkami. Zakończenia ramion, a także belki podłużnej miały kształt kąkolu. Repliki krzyża sporządzano z różnych metali oraz z drzewa. Formy miniaturowe noszono przy sobie, zaś duże krzyże umieszczano przy wjazdach do miast i wiosek, by strzegły przed zarazami.

Obok teorii deistycznej współistniała teoria astrologiczna, która zakładała, że pewne ustawienie ciał niebieskich może wywołać epidemię. Oznaką nadchodzącego nieszczęścia było np. ukazanie się komety, która mogła wyciągnąć trujące miazmaty.. Uczeni z Uniwersytetu Paryskiego w 1348 roku orzekli, że główną przyczyną straszliwej przypadłości, która zabiła większość mieszkańców kontynentu, była koniunkcja Saturna, Jowisza i Marsa. Katastrofalne ułożenie ciał niebieskich sprawiło, że nad ziemią zaczęły się unosić chorobotwórcze miazmaty.

Większość podejmowanych działań miało charakter irracjonalny, podejmowano też działania, które określiłbym dodatkowo mianem działań emocjonalnych. Przede wszystkim szukano „winnych” (kozłów ofiarnych). W wyniku kryzysu spowodowanego dżumą wybuchły zamieszki wymierzone przeciwko mniejszościom, które nie mogły już liczyć na ochronę ze strony Kościoła i świeckich władców, z powodu utraty przez nich kontroli. Ofiarą tego myślenia padali m.in. Żydzi, ale też biedacy, „czarownice” i inni domniemani „wrogowie”, którzy – zdaniem dotkniętych chorobą społeczeństw – miały z rozmysłem szerzyć epidemię. W większości państw Europy o wywołanie choroby oskarżono zwłaszcza Żydów, którzy mieli w tym celu zatruć studnie.  Skutkiem takiego podejścia były ich masowe pogromy. Na przykład w tłusty czwartek 1349 roku  w Dreźnie na tamtejszym staromiejskim rynku starozakonni zostali spaleni żywcem; podobne pogromy odbyły się w Moguncji, Kolonii, Norymberdze, a także w Bazylei i Barcelonie.

Nie tylko dyskryminacja ludzi innych wyznań odegrała w tym pewną rolę. Wielu widziało w tym możliwość uniknięcia spłaty swoich długów, ponieważ Żydzi, w przeciwieństwie do chrześcijan, mogli handlować pieniędzmi, a tym samym udzielać pożyczek.

Ponieważ grupą szczególnie narażoną na zarazy, a później jej przenoszenia byli ludzie ubożsi, zwłaszcza żebracy, jednym z mechanizmów zabezpieczenia się przed epidemią było wypędzanie ich z miast. Gdy wiadomo było, że zbliża się śmiercionośny walec, władze miejskie uchwalały, żeby żebraków, prostytutki i włóczęgów wydalić poza obręb miasta.

Za winnymi zarazy zaczęto uważać również trędowatych. Trąd był bardzo rozpowszechnionym schorzeniem rozwleczonym po Europie w czasie wypraw krzyżowych. W pierwszej połowie XIV w. masowe mordy podejrzanych o zatruwanie studni trędowatych tak się nasiliły, że trąd zaczął wręcz zanikać w Europie.

Gdy np. dwa państwa toczyły wojnę i na terenie jednego z nich wybuchła epidemia, uważano, że rozsiali ją agenci wroga. W średniowiecznej Polsce twierdzono np., że dżumę rozsiewają Tatarzy.

Przez całe wieki uważano, że zarazy rozprzestrzeniają się poprzez „złe” lub „zgniłe” powietrze. Masowe zachorowania i zgony miały powodować trujące wyziewy ziemi, które łącząc się ze zdrowym powietrzem zanieczyszczały je. Winą za powstawanie złego powietrza obarczano nie tylko gwiazdy i ciała niebieskie, ale także bagna, pobojowiska czy wnętrze Ziemi. Wierząc, że zaraza jest wywoływana przez zatrute powietrze mieszkańcy miast, wsi i osad starali się je rozpędzić. Rozpalano ognie na ulicach i drogach, przepędzano przez nie ryczące bydło, ale przede wszystkim bito w dzwony. Działania te miały rozrzedzać gęste, trujące powietrze i likwidować wilgotne opary. Hałas miał odganiać demony, choroby i wszelkie zło. Dzwony przerywały ciszę ogarniającą tereny objęte dżumą i nawoływały do udziału w obrzędach religijnych.  Zalecano przy tym, aby wystrzegać się ciepłych, wilgotnych wiatrów południowych i zachodnich oraz mgieł.

Czy próbowano zarazie przeciwdziałać w sposób racjonalny? Niestety, dla pierwszych fal tej pandemii takowe znaleźć bardzo trudno.

O kwarantannie wspominałem pisząc o rzekomych działaniach Kazimierza Wielkiego. Tej jednak nie było. Po raz pierwszy dowiadujemy się o zastosowanie takiej dopiero w 1377 roku[6]. Wówczas to Wielka Rada Republiki Raguzy (dziś Dubrownik) wydała historyczny dekret o kwarantannie. Lakoniczny komunikat wpisany do księgi praw republiki mówił jasno: ktokolwiek przybywa z terenów objętych zarazą, nie zostanie wpuszczony do miasta ani na podległe mu terytorium. Z rozkazu dubrownickiej rady załogi przypływających do portu statków musiały spędzić 30 dni w odosobnieniu na jednej z trzech położonych nieopodal portu niezamieszkanych wyspach: Mrkan, Bobara i Supetar. Środek ten nie mógł dotyczyć zainfekowanych szczurów, które opuszczały statki i sprowadzały czarną śmierć do miast i wsi. Później stosowało je wiele innych miast. Podobno mediolańczycy zamurowywali drzwi i okna domów osób zakażonych, aby nie dopuścić do dalszego rozprzestrzeniania się choroby. Były to jednak jednostkowe przypadki w początkowej fazie epidemii. Po raz pierwszy w skali globalnej jest stosowana dopiero obecnie.

Gdy tylko się okazywało, że dżuma zbliża się do miasta, wielu ich mieszkańców próbowało ratować się opuszczając je. Uciekali wszyscy, począwszy od monarchów, którzy niekiedy udawali się do puszcz, w których – jak np. niektórzy Jagiellonowie – polowali. Późniejsi władcy kryli się w podmiejskich posiadłościach. Uciekali także duchowni. Zawieszano działalność większości instytucji. Życie publiczne zamierało: szkoły przerywały nauczanie, kapituły duchowne przestawały się zbierać, sejmy przerywano lub skracano, a sejmiki przenoszono w bezpieczniejsze miejsca. W ówczesnych księgach miejskich widać przerwy w zapisach, bo urzędy gorzej funkcjonowały albo w ogóle nie działały. Podobnie kancelarie duchowne – w aktach metrykalnych chrztu i zaślubin są braki, ponieważ nie było komu prowadzić rejestracji. Konwenty emigrowały poza miasta, chociaż nie wiadomo było, co zastanie się po powrocie. Dlatego czasem mnisi i mniszki zamykali się w klasztorze i próbowali tam przeczekać zarazę. Uciekali także rzemieślnicy i lekarze. Strach przed czarną śmiercią był przeogromny. Niekiedy w jego wyniku pękały więzi sąsiedzkie i rodzinne. Zdarzało się, że ludzie uciekali, zostawiając chorych członków rodziny.

                                                             Piotr Kotlarz

[Prezentowane na łamach WOBEC artykuły na temat chorób zakaźnych są wstępną (roboczą) wersją rozdziałów przygotowywanej przeze mnie książki „Człowiek wobec zarazy”.]

Obraz wyróżniający: Ofiary czarnej śmierci. Miniatura z XIII wiecznej kroniki (domena publiczna).

[1] Część badaczy wiąże ten kryzys z najazdem mongolskim  w XIII-wieku. Nie jest to prawdą, gdyż od początków drugiej dekady XIII wieku, za panowania dynastii Jin, tak populacja, jak i gospodarka Chin zdołała już się odbudować.

[2] Część zaś naukowców uważa, że do Europy przeniosły ją z Egiptu pasożytujące na kotach i ludziach pchły. Z takim poglądem wystąpiła Eva Panagiotakopulu, archeolog i specjalistka od insektów z Uniwersytetu w Sheffield, która w egipskich papirusach sprzed 5,5 tysiąca lat odnalazła opisy śmiertelnej choroby, która objawami przypominała dżumę.

[3] Niektóre szacunki mówią nawet o 70% zmarłych mieszkańców Hamburga.

[4]  Jednym z dowodów na panującą w ówczesnej Polsce pandemii było prześledzenie tempa zgonów krakowskich dostojników kościelnych i świeckich w latach 1330–1390. Wstępne wyniki badań opublikowanych przez zespół warszawskich naukowców pozwalają dostrzec przeszło dwukrotny wzrost liczby zgonów we wspomnianej grupie w latach 1371-1373. W czasie III fali wspomnianej pandemii.

[5] Średniowieczna demografia to wyjątkowo niewdzięczna dziedzina. Dysponując jedynie pośrednimi szczątkowymi danymi, historyk usiłuje przenieść je na szersze obszary, z konieczności bazując przy tym na szeregu hipotez i umownych przeliczników. Nawet tam, gdzie posiadamy nieporównywanie bogatsze niż na ziemiach polskich źródła, szacunki śmiertelności, jak w przypadku Londynu, wahać się mogą w przedziałach od 25% do przeszło 60%. Podejmowane coraz częściej badania lokalne ukazują jeszcze jedno zjawisko: skrajnie zróżnicowane rozłożenie śmiertelności w granicach niewielkich obszarów.

[6] Siedem lat po śmierci Kazimierza Wielkiego.