Choroba sekretna nad Wisłą / Piotr Kotlarz

0
14
Odkrycie gwajaku jako leku na kiłę , według Stradanusa, 1590. Domena publiczna. 

Kiła w Polsce między dworem, szpitalem i państwem

Historia kiły w Polsce nie jest po prostu lokalnym dodatkiem do powszechnej historii choroby. Nie istniał przecież osobny „polski” krętek, a lekarze działający w Krakowie, Warszawie, Wilnie czy Lwowie korzystali z tych samych teorii i środków, które krążyły po Europie. Polska odrębność ujawniała się gdzie indziej: w języku, którym o chorobie mówiono, w sposobach organizowania pomocy, w szczególnej roli szpitali, w doświadczeniu wojen i rozbiorów, a w XX wieku — w wielkich państwowych kampaniach zdrowotnych.

To właśnie w dziejach kiły wyjątkowo wyraźnie widać, że zaraza nie jest wyłącznie wydarzeniem biologicznym. Choroba przenoszona podczas kontaktów seksualnych natychmiast wkracza w obszary moralności, religii, prawa, rodziny i władzy. Zmusza społeczeństwo do odpowiedzi na niewygodne pytania. Czy zakażony jest chorym, któremu należy pomóc, czy człowiekiem winnym własnego nieszczęścia? Czy państwo ma prawo ingerować w jego życie intymne? Czy należy chronić tajemnicę pacjenta, czy zdrowie jego partnerów? Czy prostytucję trzeba karać, tolerować, kontrolować, a może przede wszystkim usuwać jej społeczne przyczyny?

W Polsce odpowiedzi na te pytania zmieniały się przez stulecia. Najpierw istniała „choroba sekretna”, o której mówiono półgłosem. Później pojawił się specjalny szpital, następnie klinika uniwersytecka, poradnia, laboratorium i państwowy rejestr. Wreszcie kiła stała się przedmiotem kampanii prowadzonej w skali całego kraju. I właśnie ta droga — od wstydu do instytucji, od indywidualnej kuracji do zdrowia publicznego — stanowi najbardziej charakterystyczny polski wątek jej dziejów.

Przymiot” zaczyna mówić po polsku

Jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach polskiej medycyny było ukazanie się w Krakowie w 1581 roku dzieła Wojciecha Oczki Przymiot. Nie chodziło tylko o to, że powstała książka poświęcona kile. Znaczenie pracy było szersze: Oczko pisał po polsku w epoce, w której językiem uczonej medycyny pozostawała przede wszystkim łacina. Musiał więc nie tylko opisywać chorobę, lecz również tworzyć i porządkować język, którym można było o niej mówić. Przymiot stał się dzięki temu jednym z ważnych etapów rozwoju polskiego piśmiennictwa medycznego. Cyfrowe egzemplarze dzieła zachowały się w zbiorach Biblioteki Narodowej.

Nie ma potrzeby ponownie przedstawiać tu poglądów Oczki na naturę choroby ani szczegółów zalecanych przez niego kuracji — należą one do wcześniejszych rozdziałów tej książki. Warto jednak zwrócić uwagę na coś innego. Oczko znajdował się na granicy dwóch sposobów myślenia. Z jednej strony był lekarzem swojej epoki, dziedzicem teorii humoralnej i przekonania, że sposób życia, jedzenie, picie i obyczaje wpływają na rozwój choroby. Z drugiej — próbował opisywać przymiot systematycznie, jako problem wymagający obserwacji i uporządkowanego postępowania.

W jego pismach pojawiała się krytyka pijaństwa, obżarstwa, lenistwa i rozwiązłości, szczególnie przypisywanych warstwom uprzywilejowanym. Szlachcic prowadzący życie pełne uczt i seksualnej swobody mógł w tym obrazie wypaść gorzej od ciężko pracującego chłopa. Było w tym oczywiście wiele ówczesnego moralizatorstwa, ale również ważna intuicja: zdrowia nie da się całkowicie oddzielić od warunków i stylu życia. Problem polegał na tym, że w przypadku chorób przenoszonych drogą płciową łatwo było przejść od tej obserwacji do osądzania pacjenta.

Tak narodziło się napięcie, które będzie towarzyszyć polskiej wenerologii przez następne stulecia. Lekarz miał leczyć człowieka, którego społeczeństwo często najpierw chciało osądzić.

Za murami miasta

Już w pierwszych dziesięcioleciach XVI wieku stało się jasne, że indywidualna praktyka lekarzy i cyrulików nie wystarcza. W 1528 roku w Krakowie utworzono specjalny ośrodek przyjmujący chorych cierpiących na schorzenia określane wówczas jako weneryczne. Szpital św. Rocha i św. Sebastiana, położony poza zwartą zabudową miasta, należy do najwcześniejszych znanych na ziemiach polskich przykładów instytucjonalnej odpowiedzi na problem kiły. Sam fakt przeznaczenia znacznej części szpitalnej przestrzeni dla takich pacjentów świadczy o skali problemu, choć dawnych zapisów nie można oczywiście przeliczać bezpośrednio na współczesne statystyki epidemiologiczne.

Była to zmiana większa, niż może się wydawać. Choroba, którą próbowano ukrywać przed rodziną i sąsiadami, stawała się jednocześnie sprawą miasta. Trzeba było znaleźć budynek, pieniądze, personel, żywność i zasady przyjmowania pacjentów. Nawet jeśli ówczesne działania nie opierały się na wiedzy o bakteriach i nowoczesnej epidemiologii, powstawał zalążek czegoś, co dziś nazwalibyśmy polityką zdrowia publicznego.

Podobny proces zachodził w Warszawie. Założony w 1591 roku z inicjatywy związanej z działalnością Piotra Skargi przytułek dla ludzi chorych i porzuconych, nazywany w dawnych źródłach „szpitalem Gnoiników”, przekształcił się z czasem w Szpital św. Łazarza, przez stulecia silnie związany z leczeniem chorób wenerycznych. Sama dawna nazwa „Gnoiniki” brzmi dziś brutalnie, ale dobrze pokazuje społeczny świat, z którego wyrastała dawna opieka. Chory ubogi nie był jeszcze pełnoprawnym pacjentem. Był również człowiekiem „porzuconym”, kłopotem, którego trzeba było gdzieś umieścić.

Historia tych placówek pokazuje narodziny szczególnego modelu opieki: połączenia pomocy z izolacją. Szpital chronił chorego przed całkowitym opuszczeniem, ale jednocześnie usuwał go z pola widzenia zdrowej części miasta. W przypadku kiły mechanizm ten wzmacniało poczucie wstydu. Choroba była „sekretna”, lecz jej nosiciel mógł zostać publicznie napiętnowany.

Polska kuracja czy europejska medycyna?

Nie powstała odrębna, konsekwentna „polska szkoła” leczenia kiły. Na ziemiach Rzeczypospolitej stosowano zasadniczo ten sam repertuar środków, który był znany w innych częściach Europy: preparaty rtęciowe, odwary roślinne, zabiegi mające wywoływać silne pocenie, później kolejne preparaty farmakologiczne wprowadzane wraz ze zmianami europejskiej medycyny. Dzieła polskich lekarzy były częścią międzynarodowego obiegu wiedzy, a uczeni kształcili się za granicą, czytali obce traktaty i utrzymywali kontakty z europejskimi ośrodkami.

Polska specyfika ujawniała się raczej w sposobie, w jaki medycyna uczona spotykała się z praktyką cyrulików i lecznictwem ludowym. Leopold Lafontaine, lekarz działający w Rzeczypospolitej u schyłku XVIII wieku, opisywał między innymi drastyczny zwyczaj umieszczania nagiego chorego po szyję w dole wypełnionym końskim nawozem, aby przez intensywne ogrzanie i pocenie „wypędzić” chorobę z organizmu. Nie ma podstaw, by traktować takie praktyki jako skuteczną terapię. Są natomiast wymownym świadectwem desperacji. Człowiek cierpiący na przewlekłą, wyniszczającą i wstydliwą chorobę gotów był poddać się niemal wszystkiemu, co dawało nadzieję na poprawę.

W tym sensie polskie doświadczenie nie było wyjątkowe. W całej Europie przez długi czas granica między lekarstwem a trucizną, terapią a torturą, doświadczeniem klinicznym a eksperymentem na człowieku pozostawała nieostra. Odrębność ziem polskich polegała przede wszystkim na tym, jak te metody funkcjonowały w miejscowej sieci szpitali, cechów cyrulickich, praktyk prywatnych i medycyny ludowej.

Wojciech Oczko sam przestrzegał przed bezmyślnym i nadmiernym stosowaniem niebezpiecznych środków. To ważny szczegół. Historia medycyny nie jest bowiem prostym podziałem na „ciemnych dawnych lekarzy” i „oświeconą współczesność”. Także w epoce nieskutecznych terapii istnieli praktycy świadomi, że lekarstwo może zaszkodzić bardziej niż choroba.

Choroba dworska”, która nie znała granic stanowych

Jedną z dawnych polskich nazw kiły była „choroba dworska”. Określenie wydaje się sugerować, że przymiot był przypadłością królów, magnatów i arystokratów. Źródła rzeczywiście pełne są opowieści o podejrzewanych zakażeniach monarchów, możnowładców i ludzi sztuki. Trzeba jednak zachować ostrożność.

Po pierwsze, retrospektywne diagnozowanie ludzi zmarłych przed wiekami jest zajęciem ryzykownym. Wysypka, owrzodzenia, bezpłodność, udar, zaburzenia psychiczne czy paraliż mogą mieć wiele przyczyn. Sam opis kronikarza rzadko wystarcza do pewnego rozpoznania kiły. Dlatego opowieści o Janie Olbrachcie, Aleksandrze Jagiellończyku czy innych władcach należy traktować raczej jako hipotezy niż medyczne diagnozy postawione pięć stuleci po śmierci pacjenta.

Po drugie, choroby elit są po prostu lepiej widoczne w źródłach. Królowie i magnaci mieli lekarzy, a ich dolegliwości trafiały do listów, rachunków, kronik i pamiętników. Ubogi mieszkaniec miasta pozostawiał po sobie znacznie mniej dokumentów. Jeżeli pojawiał się w źródłach, to najczęściej jako anonimowy pacjent szpitala.

Kiła przekraczała granice społeczne, ale nie była społecznie sprawiedliwa. Człowiek zamożny mógł kupić dyskrecję, opiekę, lepsze jedzenie i możliwość długiej rekonwalescencji. Człowiek biedny mógł utracić pracę, zostać porzucony, zamknięty w przytułku albo trafić w ręce przypadkowego uzdrowiciela. Kobieta mogła dodatkowo zostać uznana nie tylko za chorą, lecz także za „źródło zakażenia”, nawet gdy sama zaraziła się od męża lub padła ofiarą przemocy.

Choroba dworska” była więc w istocie chorobą całego społeczeństwa. Dwór dawał jej jedynie bardziej widoczną twarz.

Od cyrulika do kliniki

W XIX wieku zmieniał się nie tylko sposób leczenia kiły, ale także miejsce, jakie zajmowała ona w medycynie. Wenerologia długo nie istniała jako samodzielna, jasno wyodrębniona specjalność. Choroby weneryczne znajdowały się na pograniczu chirurgii, chorób skóry i medycyny wewnętrznej. Zajmowali się nimi chirurdzy i cyrulicy, a dopiero stopniowo problematyka ta trafiała do uniwersyteckich klinik.

Na ziemiach polskich proces ten można prześledzić przez kolejne podręczniki i ośrodki. Rafał Józef Czerwiakowski wprowadzał zagadnienia skórno-weneryczne do nauczania chirurgii w Krakowie. Jakub Szymkiewicz w wydanej w 1806 roku Nauce chirurgii teoretycznej i praktycznej poświęcił wiele miejsca chorobom, które później stały się domeną wenerologii. Józef Czekierski omawiał je w swoim wielotomowym podręczniku chirurgii. W 1833 roku Ludwik Bierkowski wydał osobne dzieło Choroby syfilityczne czyli weneryczne oraz sposoby ich leczenia. Sam tytuł dobrze oddaje moment przejściowy: dawna „choroba weneryczna” zaczynała rozpadać się na wyraźniej rozróżniane jednostki.

Ważną postacią był Polikarp Girsztowt, prowadzący w XIX wieku doświadczenia polegające na celowym przenoszeniu materiału z owrzodzeń. Z dzisiejszego punktu widzenia takie eksperymenty muszą budzić poważne pytania etyczne. Warto jednak zauważyć również językowy szczegół: w dawnych tekstach „zaszczepienie” mogło oznaczać wszczepienie materiału zakaźnego, czyli inokulację, a nie szczepienie ochronne we współczesnym znaczeniu. Ta różnica okaże się ważna, gdy przyjdzie mówić o poszukiwaniu prawdziwej szczepionki przeciw kile.

W XIX wieku kształtowała się także mapa polskiej syfilidologii. Szczególną rolę odgrywały Kraków i Warszawa, ale ważne środowiska powstały również w Wilnie, Lwowie, a później w Poznaniu. W Krakowie rozwój specjalistycznej opieki prowadził od oddziałów szpitalnych do kliniki dermatologicznej kierowanej od 1863 roku przez Antoniego Rosnera. W Warszawie centralną rolę przez dziesięciolecia odgrywał Szpital św. Łazarza. Wilno i Lwów tworzyły własne tradycje akademickie, choć ich rozwój wielokrotnie przerywały represje polityczne i zmiany granic. W Poznaniu po odzyskaniu niepodległości powstała nowa klinika uniwersytecka. Tak budowała się specjalność, która nie miała jednego centrum, lecz sieć ośrodków rozwijających się w różnych państwach zaborczych, językach administracyjnych i systemach akademickich.

Rozbiory stworzyły bowiem sytuację paradoksalną. Nie istniało państwo polskie zdolne prowadzić jednolitą politykę zdrowotną, ale polscy lekarze pracowali jednocześnie w kilku wielkich systemach medycznych. Studiowali w Wiedniu, Berlinie, Petersburgu czy Paryżu, publikowali w różnych językach i przenosili wiedzę między ośrodkami. Polska wenerologia rozwijała się więc bez polskiego państwa.

Niepodległa Polska dziedziczy epidemię

Gdy w 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, odziedziczyła nie tylko ziemie trzech zaborów. Odziedziczyła także trzy systemy prawne, różne struktury ochrony zdrowia, ogromne zniszczenia wojenne, ruchy ludności i poważny problem chorób wenerycznych.

W materiałach z 1919 roku pojawia się liczba około 1,1 miliona osób dotkniętych chorobami wenerycznymi. Liczby tej nie należy przedstawiać jako liczby chorych na kiłę. Obejmowała ona szerszą kategorię schorzeń, przede wszystkim kiłę, rzeżączkę i wrzód miękki, a sposób zbierania danych nie odpowiadał współczesnemu nadzorowi epidemiologicznemu. Mimo tych zastrzeżeń skala była alarmująca. Młode państwo musiało budować własną administrację zdrowotną w chwili, gdy wojna jeszcze się nie skończyła, granice nie były ustalone, a przez kraj przemieszczały się setki tysięcy żołnierzy, uchodźców i przesiedleńców.

Wojna sprzyja chorobom przenoszonym drogą płciową nie dlatego, że nagle znika wszelka obyczajowość, lecz dlatego, że rozpadają się codzienne struktury życia. Ludzie zostają oddzieleni od rodzin, przemieszczają się wielkie armie, rośnie bieda, kwitnie handel seksem, dochodzi do gwałtów i innych form przemocy seksualnej. Jednocześnie pogarsza się dostęp do lekarzy i leków.

Szczególnie ważne jest tu doświadczenie kobiet. Dawna polityka sanitarna często przedstawiała prostytutkę jako główne „źródło zarazy”. W praktyce kobiety świadczące usługi seksualne poddawano kontroli lekarskiej, rejestracji i przymusowym badaniom, podczas gdy ich klienci pozostawali znacznie mniej widoczni dla aparatu państwowego. Był to model znany również poza Polską, ale w II Rzeczypospolitej stał się częścią debaty o sposobie zwalczania chorób wenerycznych.

Między pomocą a kontrolą

W dwudziestoleciu międzywojennym polska polityka wobec kiły rozwijała się pomiędzy dwoma biegunami.

Pierwszym była opieka. Lekarze związani z rozwijającą się wenerologią domagali się łatwiejszego dostępu do poradni, bezpłatnego leczenia, edukacji zdrowotnej i stworzenia systemu, dzięki któremu człowiek chory nie będzie ukrywał się tylko dlatego, że nie ma pieniędzy.

Drugim biegunem była kontrola. Państwo tworzyło komisje sanitarno-obyczajowe, regulowało prostytucję i rozważało coraz dalej idącą ingerencję w życie prywatne. Sieć poradni pozostawała jednak niewystarczająca, a możliwości finansowe państwa ograniczone. Przepisy mogły być surowe, lecz człowiek mieszkający daleko od lekarza nadal nie miał gdzie się zbadać.

Szczególnie interesującą i zarazem niejednoznaczną postacią tego okresu był Leon Wernic. Należał do pionierów społecznego myślenia o chorobach wenerycznych. Popierał szeroką profilaktykę, organizację masowej i dostępnej pomocy oraz działania wykraczające poza indywidualny gabinet lekarski. Jednocześnie był związany z ruchem eugenicznym, który w pierwszej połowie XX wieku cieszył się uznaniem części elit naukowych i politycznych wielu państw.

Ta dwoistość jest ważna. Nowoczesne zdrowie publiczne rodziło się nie tylko z humanitarnej troski. Czasami łączyło się z marzeniem o „ulepszaniu narodu”, ograniczaniu praw ludzi uznanych za „niepełnowartościowych” i podporządkowaniu jednostki interesowi biologicznemu państwa. Walka z kiłą mogła więc prowadzić zarówno do bezpłatnej poradni, jak i do projektu nadmiernej kontroli nad małżeństwem, seksualnością i rozrodczością.

W 1932 roku polski kodeks karny przewidywał odpowiedzialność za narażenie innej osoby na zakażenie chorobą weneryczną. Był to wyraz przekonania, że transmisja zakażenia nie jest wyłącznie prywatną sprawą dwojga ludzi. Prawo karne mogło jednak działać tylko na końcu całego łańcucha. Nie zastępowało badań, edukacji, zaufania do lekarza ani dostępu do opieki.

Wojna niszczy to, co zbudowała medycyna

Druga wojna światowa stworzyła warunki niemal idealne dla ponownego nasilenia chorób przenoszonych drogą płciową. Zniszczono znaczną część infrastruktury medycznej. Lekarze ginęli, byli więzieni, mordowani i zmuszani do ucieczki. Miliony ludzi przesiedlano. Okupacja oznaczała głód, przymusową pracę, rozpad rodzin i powszechną przemoc.

Do tego dochodzi przemoc seksualna, która w dawnych opisach epidemii bywała spychana na margines. Tymczasem gwałt wojenny nie jest tylko zbrodnią przeciwko wolności i godności człowieka. Jest także drogą transmisji zakażeń. Ofiara przemocy może zostać obciążona chorobą, a następnie — w społeczeństwie piętnującym zakażenia weneryczne — dodatkowo obwiniona za własne nieszczęście.

Dokładnej liczby osób chorych na kiłę bezpośrednio po wojnie nie da się dziś ustalić z precyzją. W historycznych opracowaniach pojawiają się bardzo wysokie szacunki, ale powojenne statystyki były niepełne, a system rejestracji dopiero odbudowywano. Pewne jest natomiast, że sytuacja została uznana za problem o skali ogólnopaństwowej. Dawny model, w którym chory sam szukał lekarza, okazał się niewystarczający.

Państwo postanowiło szukać chorych.

Dekret, laboratorium i Akcja „W”

W kwietniu 1946 roku wydano dekret o zwalczaniu chorób wenerycznych. Tworzył on prawne podstawy dla aktywnego działania państwa wobec zakażeń, które dotąd zbyt często pozostawały ukryte. Kilka lat później walka z kiłą przybrała formę zorganizowanej kampanii obejmującej cały kraj.

W 1948 roku rozpoczęto działania znane jako Akcja „W”. Był to jeden z najważniejszych momentów w polskiej historii kiły. Przełom nie polegał wyłącznie na pojawieniu się skutecznego leku. Ten należy do historii terapii i został omówiony w innym rozdziale. W polskim doświadczeniu równie ważne było zbudowanie systemu, który potrafił doprowadzić diagnostykę i leczenie do ludzi.

Tworzono poradnie i pracownie serologiczne, rozwijano badania masowe, organizowano działalność terenową i edukację zdrowotną. Leczenie miało być dostępne bez bariery finansowej. Chorobę próbowano wyprowadzić z tajemnicy prywatnego gabinetu i uczynić przedmiotem aktywnego nadzoru epidemiologicznego. W 1949 roku powstał Państwowy Instytut Wenerologiczny, kierowany przez Mariana Grzybowskiego, a w 1951 roku placówkę przekształcono w Instytut Dermatologii i Wenerologii. Instytucja łączyła zadania kliniczne, laboratoryjne, naukowe i organizacyjne.

Statystyki pokazują skalę zmiany. Gdy w 1948 roku rozpoczynano systematyczną rejestrację, zapadalność na wczesną objawową kiłę szacowano na około 230 przypadków na 100 tysięcy mieszkańców. W 1954 roku wskaźnik miał spaść do około 8 na 100 tysięcy. Nawet uwzględniając ograniczenia ówczesnego nadzoru, była to zmiana ogromna.

Łatwo przypisać ten sukces jednemu czynnikowi: skutecznemu antybiotykowi. Byłoby to jednak uproszczenie. Lek pozostający w magazynie nie zatrzymuje epidemii. Potrzebny jest lekarz, który go poda, laboratorium, które wykryje zakażenie, poradnia dostępna dla człowieka niezamożnego, możliwość odnalezienia osób narażonych na zakażenie i przekonanie pacjenta, że zgłoszenie się po pomoc nie oznacza społecznej śmierci.

Polską specjalnością nie była więc cudowna cząsteczka chemiczna, lecz organizacja masowej walki z chorobą.

Akcja „W” pokazała zarazem dwuznaczność nowoczesnego państwa sanitarnego. Ten sam aparat, który oferował bezpłatną pomoc, mógł stosować obowiązek, kontrolę i presję. Z perspektywy człowieka chorego granica między opieką a nadzorem nie zawsze była oczywista. W państwie powojennym, coraz silniej podporządkowanym systemowi komunistycznemu, zdrowie publiczne rozwijało się w warunkach ograniczonych praw jednostki.

Nie zmienia to faktu, że pod względem epidemiologicznym kampania odniosła wielki sukces. Najważniejszą lekcją nie jest jednak to, że państwo „pokonało” kiłę. Najważniejsza lekcja zaczęła się dopiero wtedy, gdy uwierzono, że problem został rozwiązany na zawsze.

Zwycięstwo, które uśpiło czujność

W 1957 roku Instytut Dermatologii i Wenerologii został zlikwidowany. Jednym z powodów było przekonanie, że zagrożenie chorobami wenerycznymi zostało w dużej mierze opanowane. Zadania związane z nadzorem miały przejąć inne struktury.

Historia szybko pokazała, jak niebezpieczna jest taka pewność siebie. Ograniczenie intensywności działań profilaktycznych i organizacyjnych zbiegło się z ponownym wzrostem zachorowań. Pod koniec lat sześćdziesiątych Polska znów stanęła wobec wyraźnej epidemii kiły. W 1969 roku wskaźnik zapadalności na jej wczesne postacie sięgał około 52 przypadków na 100 tysięcy mieszkańców — wielokrotnie więcej niż w połowie lat pięćdziesiątych.

Nie oznaczało to, że lek przestał działać. Nie pojawiła się też nagle zupełnie nowa choroba. Zawiódł przede wszystkim system, który uznano za mniej potrzebny właśnie dlatego, że wcześniej odniósł sukces.

To jeden z najbardziej paradoksalnych mechanizmów zdrowia publicznego. Skuteczna kampania usuwa problem z pola widzenia. Gdy ludzie przestają widzieć chorych, zaczynają kwestionować potrzebę utrzymywania poradni, laboratoriów i wyspecjalizowanych zespołów. Oszczędza się na zapobieganiu, ponieważ zapobieganie działa. A potem choroba powraca.

W 1970 roku reaktywowano Instytut Wenerologii. Jedną z najważniejszych postaci tego etapu był Józf Towpik, który uczestniczył w odbudowie systemu ogólnokrajowego nadzoru. Instytut miał analizować sytuację epidemiologiczną, oceniać pracę terenowych placówek i koordynować działania prowadzone w różnych częściach kraju. Polska włączała się również w międzynarodowe badania i programy Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące chorób wenerycznych i innych krętkowic.

Historia zatoczyła koło. Najpierw kiła wymusiła stworzenie instytucji. Sukces instytucji przekonał decydentów, że można ją zlikwidować. Powrót choroby wymusił jej odbudowę.

Polska szkoła masowego wykrywania

Jednym z najważniejszych, a mniej widowiskowych osiągnięć polskiej walki z kiłą był rozwój zaplecza laboratoryjnego. W historii chorób zakaźnych bohaterem opowieści najczęściej zostaje odkrywca leku. Tymczasem dla zdrowia całej populacji równie ważny może być człowiek, który ulepsza test, organizuje sieć laboratoriów albo sprawia, że wyniki z różnych ośrodków stają się porównywalne.

W polskich ośrodkach, między innymi w Białymstoku, rozwijano badania nad serodiagnostyką i kiłą doświadczalną. Z pracami Manikowskiej-Lesińskiej wiązano modyfikację metod immunofluorescencyjnych i ich wykorzystanie w masowych badaniach serologicznych. Standaryzacja metod miała ogromne znaczenie praktyczne: państwo mogło prowadzić badania na większą skalę i porównywać wyniki uzyskiwane w różnych częściach kraju.

Po 1950 roku rozbudowa akademii medycznych i klinik dermatologicznych w wielu polskich miastach zwiększyła liczbę specjalistów i ośrodków szkoleniowych. Wenerologia przestawała być domeną kilku wielkich profesorów i pojedynczych szpitali. Stawała się częścią rozbudowanej infrastruktury ochrony zdrowia.

To być może najważniejsza zmiana całej polskiej historii kiły: choroba przestała być wyłącznie problemem chorego człowieka i jego lekarza. Stała się problemem sieci.
Sieci poradni.
Sieci laboratoriów.
Sieci informacji.
Sieci kontaktów między ludźmi.

Krętek rozprzestrzenia się poprzez sieć ludzkich relacji. Skuteczna odpowiedź także musi być siecią.

Szczepionka, której nadal nie ma

W historii badań nad kiłą słowo „szczepienie” może wprowadzać w błąd. Dziewiętnastowieczni lekarze pisali czasem o „zaszczepianiu” materiału chorobowego, mając na myśli eksperymentalne przenoszenie zakażenia. Nie była to immunizacja ochronna.

Prawdziwa szczepionka przeciw kile pozostaje natomiast jednym z niespełnionych celów medycyny. Według aktualnych informacji Światowej Organizacji Zdrowia kandydaci na szczepionki przeciw kile nadal znajdują się na etapie badań przedklinicznych; nie istnieje szczepionka stosowana rutynowo u ludzi.

Trudność jest szczególna. Skuteczne przechorowanie kiły nie pozostawia pewnej, trwałej odporności chroniącej przed kolejnym zakażeniem. Sam patogen wykształcił mechanizmy pozwalające mu długo pozostawać w organizmie i wymykać się odpowiedzi immunologicznej. Badacze muszą więc nauczyć układ odpornościowy czegoś, czego naturalne zakażenie nie uczy go dostatecznie skutecznie.

W doświadczeniach na zwierzętach badano różne antygeny krętka. Immunizacja białkami takimi jak Tp0751 czy innymi kandydatami potrafiła w eksperymentach ograniczać rozsiew bakterii, zmniejszać nasilenie zmian albo wzmacniać odpowiedź odpornościową. Są to wyniki obiecujące, lecz droga od skuteczności w modelu zwierzęcym do bezpiecznej szczepionki dla milionów ludzi jest długa. Badania nad kolejnymi antygenami i konstrukcjami szczepionkowymi trwają.

W dostępnych źródłach nie widać odrębnego, długotrwałego polskiego programu budowy szczepionki przeciw kile porównywalnego z powojenną Akcją „W”. Polskie osiągnięcia koncentrowały się przede wszystkim na syfilidologii doświadczalnej, diagnostyce serologicznej, organizacji nadzoru i masowym zwalczaniu zakażeń. Jest to wniosek z dostępnej dokumentacji, nie dowód, że w polskich laboratoriach nie podejmowano pojedynczych prób lub badań związanych z odpornością.

Paradoksalnie brak szczepionki jeszcze mocniej uwydatnia znaczenie polskiego doświadczenia. Kiłę udało się w latach pięćdziesiątych radykalnie ograniczyć bez immunizacji całej populacji. Dokonano tego dzięki połączeniu diagnostyki, dostępnego leczenia, organizacji, finansowania i konsekwentnego działania.

To lekcja nie tylko o kile. Technologia jest potężna, ale bez instytucji pozostaje obietnicą.

Od „choroby sekretnej” do zdrowia publicznego

Dzieje kiły w Polsce można czytać jako historię kolejnych przemian.

Najpierw była choroba, o której należało milczeć. Potem pojawiło się polskie słowo pozwalające ją opisać: przymiot. Następnie powstały miejsca, do których można było odesłać chorego — szpital św. Rocha w Krakowie, św. Łazarza w Warszawie i kolejne placówki.

Później cyrulika zastąpił specjalista, szpital klinika, a pojedynczy gabinet — sieć poradni i laboratoriów.

W XIX wieku polska wenerologia rozwijała się mimo braku własnego państwa. W II Rzeczypospolitej państwo próbowało połączyć opiekę z kontrolą, ale jego możliwości były ograniczone. Wojna zniszczyła znaczną część tego, co zbudowano. Po 1945 roku walka z kiłą stała się jednym z wielkich przedsięwzięć zdrowia publicznego.

A potem wydarzyło się coś równie ważnego jak sukces samej kampanii: przyszło zapomnienie.

Polska historia pokazuje, że epidemia nie kończy się w chwili, gdy liczba zachorowań spada. Kończy się — o ile w ogóle można użyć tego słowa — dopiero wtedy, gdy społeczeństwo potrafi przez długi czas utrzymać warunki, które ograniczają transmisję. Potrzebne są dostępne badania, lekarze, edukacja, leczenie partnerów, opieka nad kobietami ciężarnymi i system zdolny zauważyć pierwsze sygnały wzrostu zachorowań.

Potrzebne jest także coś trudniejszego do zmierzenia: zaufanie.

Człowiek, który boi się upokorzenia, nie przyjdzie na badanie. Człowiek, który obawia się ujawnienia swojej orientacji seksualnej, związku pozamałżeńskiego albo pracy seksualnej, może ukrywać zakażenie. Państwo może posiadać świetne laboratoria, a mimo to przegrywać z chorobą, jeżeli pacjent będzie bardziej bał się lekarza niż bakterii.

W tym sensie współczesna medycyna nadal mierzy się z problemem, który znał już świat Wojciecha Oczki. Zmieniły się nazwy, testy, instytucje i możliwości terapii. Nie zniknęły jednak wstyd, lęk ani pokusa, by zakażenie przypisywać „innym”.

Podsumowanie: zaraza, która testuje pamięć

Kiła w Polsce nie ma jednej historii. Ma historię dworu i przytułku, cyrulika i profesora, prostytutki poddawanej kontroli i zamożnego pacjenta leczonego dyskretnie, żołnierza, ofiary gwałtu, kobiety ciężarnej i dziecka zagrożonego zakażeniem jeszcze przed narodzeniem. Ma historię lekarzy próbujących pomagać oraz urzędników przekonanych, że zdrowiem społeczeństwa można zarządzać za pomocą nakazów.

Ma także historię niezwykłego sukcesu. W ciągu kilku powojennych lat Polska potrafiła zredukować skalę wczesnej kiły do poziomu, który wcześniej wydawał się nieosiągalny. A następnie przekonała się, że sukces epidemiologiczny nie daje odporności na przyszłość.

To być może najważniejsza lekcja polskiego doświadczenia.

Choroba nie musi pokonać medycyny, aby powrócić. Wystarczy, że pokona pamięć społeczeństwa.

Kiła nie należy wyłącznie do przeszłości. Opublikowana w 2026 roku analiza polskich danych epidemiologicznych za 2023 rok odnotowała 2968 zgłoszonych przypadków kiły, co odpowiadało zapadalności 7,89 na 100 tysięcy mieszkańców. Szczegółowy obraz dzisiejszej epidemii należy już jednak do następnego rozdziału tej książki.

Tutaj wystarczy zakończyć jednym stwierdzeniem: od pierwszych szpitali dla „francowatych” po współczesne laboratoria zmieniło się niemal wszystko — poza koniecznością ciągłego wyboru, czy na chorobę odpowiemy wstydem i zapomnieniem, czy wiedzą, pomocą i odpowiedzialnością.

                    Piotr Kotlarz

Powyższy artykuł jest dostępny na Licencji CreativeCommons, Uznanienie autorstwa_Bez utworów zależnych  3,0 Polska) 

Powyższy tekst powstał przy pomocy redakcyjnej ChatGTP [Pogłębienie kwerendy, adiustacja].