Amor (z cyklu Alfabet Artysty) / Marek Weiss-Grzesiński

0
77

Perfidny łucznik atakujący znienacka ze słodyczą właściwą pulchnym dzieciaczkom udającym aniołki, to zawiła metafora uczucia spadającego na człowieka bez udziału jego wolnej woli. Wiele ksiąg, raz mądrych, raz frywolnych powstało na ten temat. Sam napisałem jedną z nich zatytułowaną „Amor Królem”, gdzie ironii, frywolności i goryczy więcej, niż zdołam tu zmieścić.

Wracam jednak do tej postaci, ponieważ po mrożącej stosunki międzyludzkie pandemii, nastała wiosna, która jak zawsze pobudziła wszystkie soki i stare nawyki. Tym samym stanęliśmy znów bezbronni wobec namiętności zjawiających się nie wiadomo skąd, i nie wiadomo z jakiego powodu oddających nas w niewolę tej, a nie innej osoby. Tę niespodziankę, którą los nam funduje rzeczywiście chciałoby się tłumaczyć przebiciem serca przez podstępną strzałę, która jak wirus, kleszcz, czy komar atakuje na oślep. Różnica jest tylko taka, że słodki strzelec pozwala przed żałosnym upadkiem zakosztować czasami takich rozkoszy i szczęścia, że poeci gubią się potem, czy opisywać miłosne szaleństwo jako stan pożądany i piękny, czy jako pasmo tragicznych cierpień. Wiadomo, że bywa różnie. Mnie najbardziej fascynuje przekonanie o braku udziału naszej woli w tej przygodzie, tak często decydującej przecież o całym naszym życiu. Spotkałem niejedną osobę, która była zdumiona, co też nagle sobie upodobała tak bardzo, że gotowa jest rzucić wszystko i podążać za kimś na koniec świata, nawet zdając sobie sprawę, że ten ktoś nie jest tego wart, nie odwzajemnia uczuć, a nawet jest wcieleniem wszelkiego zła. Zdumienie dotyczy braku logiki w narodzinach namiętności oraz zaskoczenia, że brak tutaj dotychczas uznawanych kryteriów, jak zalety ciała czy ducha, wiek, a nawet płeć, bo i to się zdarza. Warto wtedy pamiętać, że przecież żaden urojony Amor nie istnieje, a jego domniemane strzały to tylko odezwanie się ukrytych skłonności w nas samych.

Ukrywamy przed sobą wiele spraw związanych z prawdą o nas. Biegły psycholog potrafi wyjaśnić jakie to sprawy i dlaczego je ukrywamy. „Poznaj samego siebie” – wołali starożytni. Do dzisiaj okazuje się, że ten wysiłek wielu z nas odsuwa od siebie jak najdalej. Strach zaglądać pod pokład elegancko wypucowanego okrętu, jakim sterujemy, bo tam brud, szczury i stęchlizna. Traumy z dzieciństwa, niezałatwione rachunki sumienia, tajemnice niecnych praktyk uprawianych skrycie przed rodzicami, nauczycielami i małżonkami – wszystko to odzywa się w koszmarnych snach, a rano zostaje na powrót starannie ukryte. A to właśnie z tych archiwów naszego żywota rodzą się niespodziewane namiętności, które nagle opanowują wszystkie zmysły, kiedy napotkają osobę ucieleśniającą ukrywane pragnienia. Może faktycznie świadoma wola niewielki ma w tym udział, ale nasza podświadomość ma ogromny. A to przecież jest nasza podświadomość, a nie jakaś cudza. Czy ponosimy zatem odpowiedzialność za wybuch zaskakujących pragnień? Oczywiście, no bo kto? Przecież nie Amor skrzydlaty.

                                                                                   Marek Weiss-Grzesiński

 

Tekst publikowany był pierwotnie na facebooku pana Marka Weiss-Grzesińskiego              [Tu za zgodą autora ]