wyznanie
uporczywie unikam
drobnych napraw domowych
połączenie rynien
kapie woda
wyrwany z krawężnika
gumowy ogranicznik furtki
leży w trawie
przyjacielskie ręce
usztywniają klony
wyrównują zapadnięty chodnik
kiedy zabraknie ojców budowniczych
zostanę sam
z pękającym kamiennym ogrodzeniem
albo
przyjdą nowi
narzeczeni córek
aby i mnie
dziadka Michała z wnukiem na kolanach
ułożyć do snu
***
straciłem możliwość zakupu tabletek
na twoje nazwisko
wrzodziejące zapalenie jelita grubego
rak na horyzoncie
a ja
bóle podbrzusza po obfitych posiłkach
pani naprawdę to bierze
pielęgniarki nie miały odwagi pytać
kiedy odeszłaś
powiedziałem prawdę
lekarka zaleciła konsultację gastrologiczną
i spożycie warzyw
tęsknie do czasów gdy fiolki
wypychane z aluminiowych listków
spadały w dłoń
lekko
posłusznie
zbiór dzieł znika powoli
szpargały w bibliotece
poezja współczesna
proza niesklasyfikowana
wydruki rękopisy
stos makulatury i piec
odwiedzam stary dom
zieje pustką jak kontener
pół godziny po przyjeździe śmieciarki
ostatnia strażniczka
rozdaje zdekompletowane wydanie
wieczorna lektura
kilka lat to zajęło
ale
wszystkie mam już za sobą
mówi mężczyzna którego nie znam
ogród i morze
Szeptałem w dół ładowni
Coraz głębiej i ciszej, jakby
Wzdłuż odwróconego masztu
Zbigniew Jankowski
ile razu muszę zniszczyć własne dzieło
by was nauczyć
że to jest wasza kara:
jednym gestem osadziłem was
w czasie i w raju
Louise Glück
I
łowił dziesiątki kilogramów
wydawane przez morze w nieskończoność
jak papierosy na taśmie produkcyjnej
wszedł do wody
chciał
nie kropli popiołu
a powietrza które wypełnia naczynie
stojącym i jednolitym przypływem
zeskrobał z języka smołę lufek
czwarta nad ranem
on i dwóch pomocników
czarny Bałtyk
rozrzedzony żarówką
żar ćwiartowanych zwitków tytoniu
II
wymazała ślady wiecznego pióra
nastała biel
oskrobanych włókien papieru
boleśnie pojedyncza i śmiertelna
chodziła wśród ożywających roślin
nieskończonego pola
zimny wiatr spływał do studzienek
osy żądliły i tonęły
w szklankach owocowych soków
III
jedno patrzyło w morze
obietnica przemiany
ciała w słoną wodę
drugie słuchało kwiatów
dla których śmierć była tak samo straszna
ojciec czy tylko hodowca
rani łąkę wiosennym ochłodzeniem
oboje znacie odpowiedź
odeszliście z nadzieją
w te same albo odwrotne drogi
ze zbiorami waszej poezji
siadam jesienią na ławce
kołobrzeskiej plaży
łowię głosy
z przypływów drzew i szeleszczących fal
Michał Kaczmarek







