Wiersze / Maciej Skomorowski

0
471

 

Casio

Zakładam zegarek
nie po to, by sprawdzać czas.

Zakładam zegarek,
aby móc wykonać gest

sprawdzania czasu,
gdy czas nadejdzie.

 

Rozmowa z matką

– A śmierć, a pieniądze, a dzieci?
Dzieci nie, zbyt poważnie myślę o
życiu: praca, kobiety, szaleństwo,
wyuczone i nabyte, to wszystko się miesza,
ktoś zawiaduje mieszadłem, ktoś
kto ma pracę, być może pieniądze, dzieci
nie. Zima istotnie ogranicza możliwości
spacerowania. Lekkie cierpienie tej zimy,
zima jest ciepła. Narosło już wiele wersji
nadejścia wiosny, szklana pogoda spekulacji.
Więc rozmawiamy: – A śmierć, a bliscy, a dom?

 

Bossowie

włóczący się bez celu po Emilii
Plater około południa w środku
tygodnia, w garniturach od Hugo,
przedłużając te lunche bez miary,

ponieważ nikomu nie muszą się tłumaczyć,
sprawy załatwiają mailami bez polskich
znaków idącymi z automatu o zaplanowanych
przedwczoraj godzinach, ignorują leszczy

z lewym MBA z Collegium Humanum,
zbyt długo siedzą w nieruchomościach,
prawie, innej dilerce, ze znawstwem
rozprawiają o Maseratich i kuchniach

Kler, z jajami wstępują do gejowskich
klubów po luksus kokainy działającej
jeszcze silniej na panoramicznych wysokościach
ich przeszkolonych gabinetów, gdzie wracają

syci późnym popołudniem rżnąć sekretarki
i rytualnie oddawać mocz do granitowych
pisuarów, zaznaczyć tak swoją obecność –
teraz wiedzą, że ich obserwuję, rozgrywam.

 

Świetność

Ujmuję się za krtań i jak u aktora po szkole teatralnej
widocznym zdarzeniem jest łza. Sól przedwczoraj
się skończyła, gra kipi, muszę jeść. Polisemie
smaku po namyśle konkretyzuję wieczorem
w wyciągniętym z pudełka wspomnieniu, memie
cielesnym po stoicku: dziecko-ośmiorniczka
zamówiona przez kuratorkę w budapesztańskiej
piwnicy, gdzie – gdy świat był zrozumiały –
wtargnęliśmy z misją i pieniędzmi z grantu,
my Polacy, aby pożywić się pierwszą kolacją
przed sprzedażą sztuki – nie miała wcale smaku.

Dziś naprawdę jestem głodny i to się nazywa
jeść oczami. Brakuje mi białka. Sól ze łzą
wypływa, ale wtedy ministerstwo karmiło
syto i poziom i pion świat miał, nawet mówiło
się o życiu w czasach pokoju, a obca stolica
dziś obca zupełnie naszego mistrza fotografii
przyjmowała świetnie i kiedy Amerykanom
tłumaczyłem: to są zdjęcia powodzi we Wrocławiu,
to oni też robili zdjęcia, zabierali je za Atlantyk,
a kuratorka, kierownik i ja jako cała galeria
chwilowo na obczyźnie i tak co noc za grant

ministerialny wpieprzaliśmy te ośmiorniczki,
młode osobniki bez smaku, jeszcze przed upadkiem
pierwszego rządu Tuska, i nie tylko nie byliśmy głodni,
lecz wręcz chciało się żyć i tworzyć, jakkolwiek
wtedy pisałem jeszcze do szuflady, zatem sprzedaż
wystawianego nazwiska popartego nagrodą
World Press Photo znaczyła dla mnie co innego;
wtedy myślałem, że nikt nie umiera z głodu,
a najlepsi zawsze zasłużenie wygrywają, istnieją
niekwestionowane wartości, a świat idzie do przodu.
To zamiast kolacji. Wiele dałbym dziś, gdybym miał,

za te przeklęte ośmiorniczki bez smaku w ówczesnym
Budapeszcie, szczególnie jeśli konsumowane
w towarzystwie kuratorki, wodniste do bólu i mdłe,
drogie jak cholera, choć nie aż tak drogie jak
fotografie naszego czempiona, którego nazwiska
już nie pamiętam bez sięgnięcia po starty folder
z szuflady, ale przynajmniej było nas stać dzięki
ministerstwu, sztuce, dziś rzekłbym: sposobnej
konfiguracji świata. W języku zrozumiałym dla
większej części ludzkości można powiedzieć i tak:
bóstwa są kapryśne, zmieniają plany. Odkuję się. 

                                Maciej Skomorowski

 

Maciej Skomorowski (ur. 1980) – publikował wiersze i prozę m.in. w magazynach: Odra, Pole, Elewator, Obszary Przepisane, Helikopter, Post Scriptum, Ypsilon, Suburbia, Tlen Literacki, Akant oraz antologiach. Zajmował podium w konkursach literackich. Mieszka w Warszawie. Absolwent filozofii (UW). Pracuje jako redaktor, dziennikarz i content writer.