kolejna próba pisania o jesieni
najgorsze – grabienie liści
z całego roku
kładą się do zbiorów
i żeby jeszcze chciały szybko
trafić na stos i do worka
ale chwytają się grabi
i nim skończę mocować się z nimi
targać
przyglądać bliżej
zdążę namoknąć
jak rzucony w kałużę
katalog niewykręconych
a one w spokoju
rozkładają się
na ciągle tych samych stronach
apokalipsa
nagle poczułem że muszę
podrzeć wszystkie zapisane kartki
albowiem głos powiedział że świat
został złapany w pułapkę
i wycedzony
ze świata
w przeciwnym razie czas dokonany
a ramy dorymowane
utrwalona interpretacja
i bohaterowie spłaszczeni
chciałbym się wreszcie wydostać
spod tej zaokrąglonej czcionki
wysysanej przez papier
wyznanie
nie wierzę w raje, bogów, posłańców
do ludzkości, narodów, do mnie.
nic także nie wiem (byłoby pysznie)
o kształcie świata zatoczonym dokoła
paru tragedii z ludzkiej przeszłości,
choć racja – poruszającej.
do tego trzeba by sporo
wiary ogólnej albo ważkich powodów, albo
nieważkich przemyśleń – a ja przybity
do konsekwentnej codzienności, do drzewa
wiadomości dobrego, częściej złego.
a drzewo się rozgałęzia wciąż bardziej
i mniej na nim owoców czystej wiedzy.
katedra zmieszanego światła z witraży
po którym stąpam: od wiary w następny krok
do przebłysku, że to wiara tylko, i znów.
nie wierzę w raje, bogów, posłańców,
bo dość trzeba wysiłku, by uwierzyć
w ciebie i mnie.
***
głowa powisa
ciężko
skapuje słowo
po słowie
to zostanie a
to wyruszy
do was
a jeszcze ot
tyle
się zalęgnie
w kieszeni
w sam raz rozmiaru
ot
Fontanella
Znów myślę, że mogłem wtedy walczyć bardziej.
Szedłem dziś dokądś, a tam znów godziny
w tamtych promieniach, pod fontanną, wiesz gdzie;
kluczę i tropię ślady, prawie otwierając
drzwi – wiem, nie powinienem:
w końcu przetrwało między nami coś na zawsze.
Czasem nam tylko coś zaiskrzy i… czy ty też myślisz,
że powinienem wtedy walczyć bardziej?
Za twoją przyjaźń oddam sto romansów.
Czemu więc wracam, topię dzień zbyt zwykły
w twoich promieniach pod fontanną? Widać
muszę to światło nosić pod koszulą. Zawsze
będąc dla ciebie trochę ciepły, trochę zimny,
nie dowiem się, czy mogłem wtedy walczyć bardziej,
stając w promieniach; na fontannę
spadł śnieg.
naświetlanie
próbuję rozpatrzeć tę plamkę
do kropki
a ześlizguję się
w noc
zaimkoza w przypływie okoliczności łagodzących
jesteśmy
ja wmoszczony we wspólne powietrze
zastanawiam się czy podobnie
ty
od niechcenia wsuwasz w tę lukę
sześcianik światła
jakby od początku miał być
(a nie było)
kontury miękną
i wyraźnieją zarazem
Szymon Florczyk







