„Wszelkie zło jest nieskończenie małe w porównaniu ze złem kobiety”. O procesach czarownic w dobie staropolskiej / Agnieszka Banaś

0
970
Proces w Salem – przesłuchanie „opętanej”. Autorstwa William A. Crafts – Vol. I Boston: Samuel Walker & Company, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=263506

 

Kobieta jest bardziej okrutna niż śmierć;
jej serce jest pułapką; jej ręce są okowami;
sprawiedliwy będzie od niej uciekał,
grzesznicy będą jej ulegali

– Jacob Sprenger, Młot na czarownice

Wprowadzenie

  Procesy o czary i polowania na czarownice to jedna z najbardziej okrutnych kart historii Europy świata chrześcijańskiego, które od wieków kojarzone są z Inkwizycją i paleniem na stosie niewinnych ofiar przez ludzi związanych z Kościołem katolickim. Do dziś wspomina się o niezliczonej ilości ofiar, które w trakcie procesów straciło swoje życie. Wiara w wyrządzenie zła za pomocą sił nadnaturalnych była bowiem od czasów najdawniejszych obawą przed diabłem, który miał czyhać na nieświadomą niczego, ludzką duszę. Od zarania dziejów zarówno słowo diabeł jak i czarownica budziły więc przerażenie wśród ówczesnych społeczeństw co zaowocowało rozwojem inkwizycji i polityką papieży mających ogromny udział w rozpowszechnieniu się procesów o czary/

Pojęcie czarownicy i czarów

Wspomniane polowania były jednymi z ważniejszych wydarzeń w historii ludzkości popełniane w imię Boga i wiary. Skazywano wówczas na śmierć posądzanych o czary, bez względu na jego płeć, ze sporą przewagą niewiast. Papieże dawniej równali heretyków z czarownicami, upoważniając przedstawicieli duchownych oraz świeckich do karania tych osób, które świadomie bądź nieświadomie zaparły się wiary w jedynego Boga.

Samo pojęcie czarownicy oznacza do dzisiaj kobietę, która od urodzenia obdarzona była szczególnymi zdolnościami magicznymi, w jakich dokształcała się całe życie, a następnie wykorzystywała zebraną wiedzę tajemną podczas codziennych czynności.

  Początkowo nie było jednak konkretnego określenia czarownicy, gdyż nazywano je często wróżbitkami bądź czarodziejkami. Z tym właśnie powiązane było europejskie pochodzenie takich oto terminów jeszcze z czasów  starożytnych, począwszy od Kirke z „Odyseji”, o magicznych zdolnościach czy Lilit znanej z hebrajskiej legendy o pierwszej żonie Adama, będącej ucieleśnieniem zła.
  Skąd w takim razie wziął się pogląd, że to kobieta jest tą złą? Ten pogląd zawdzięcza się dawnym przekazom, jak również i samej Biblii, gdzie Ewa skusiła jabłkiem Adama, popełniając tym grzech pierworodny. Nie od dziś więc wiadomo, że chrześcijaństwo od wieków było wrogie kobietom, a nawet sami święci ojcowie i mędrcy Kościoła pałali ogromną do nich nienawiścią. Do tego wszystkiego dochodziła też kobieca lekkomyślność, brak wiary i nieposłuszeństwo. Od zawsze bowiem były pewne różnice kulturowe na tle mężczyzna – kobieta, gdzie niewiasty miały być dobre, oddane Bogu, rodzinie, przy czym były istotami o bardzo kruchej naturze, podatnej na zło tego świata, a które od zarania dziejów kusiło każdego człowieka na ziemi. Nie bez powodu to płeć kobieca była podatna na pochlebstwa samego Szatana (chociaż długo był on jedynie rekwizytem typowo kościelnym), a czarownice miały być ładne i ufne jego zapewnieniom.  Z tego też powodu to one były bardziej podejrzane o czary i konszachty z diabłem niż niejeden (może i często winny) mężczyzna. Często bowiem uważano, że osoba bratająca się z siłami nieczystymi oddaje im swoją duszę, godząc się na oddawanie jej czci. Tym sposobem utarł się wzorzec kobiety – czarownicy już w XV w. gdzie niewiasta była przedstawiana najczęściej jako stara i niedołężna, często zabobonna i kłótliwa. W zapiskach pojawiała się jednak  również czarownica piękną i młoda, bowiem jej domniemana na wizerunkach starość brała się z faktu, że często dochodzenia w sprawie bycia czarownicą padały dopiero po latach podejrzeń, a jak doskonale wiemy, człowiek się nieuchronnie starzeje. Dodatkowo też starszej kobiecie można było o wiele więcej wmówić, a w efekcie same łatwiej przyznawały się do uprawiania magii. Z czasem jednak uważano, że to tej znacznie młodszej „czarownicy” ukazywał się diabeł zachęcający ją do współpracy, oferujący sowite wynagrodzenie i szczodre słowa głodnej od zawsze na komplementy kobiety. Warto jednak tutaj dodać, że często prawdziwe czarownice sypiały po prostu z ówczesnymi inkwizytorami czy władzami świeckimi, nie będąc przy tym podejrzane o czary. Utarło się bowiem przekonanie, że piękne niewiasty często były nękane przez władze kościelne oraz świeckie o bycie uległą. Z tym też związane mogły być polowania na nieuległe kobiety, traktując owe domniemane czarownice jako zło wcielone. Oczywiście w tym wszystkim nie można jednak zapomnieć o dobrej stronie czarownic, gdzie często posiadające wiedzę medyczną były lokalnymi znachorkami czy zielarkami (znającymi się na lekarstwach i truciznach), wiele razy ratowały czyjeś zdrowie czy życie (nawet i osób z wyższych stanowisk), będąc niestety oficjalnie poważane jedynie przez wąskie grono ze względu na posiadane „magiczne” zdolności.
  W książce Jules Michelet Historia satanizmu i czarostwa tak zostało zapisane:
Przez tysiące lat jedynym lekarzem na wsi była wiedźma. Cesarze, papieże, królowie, najbogatsi ludzie mieli uzdrowicieli ze słynnej Szkołu Salernitańskiej, Maurów lub Żydów, lud natomiast miał swoje specjalistki. Jeśli nie zdołały ich wyleczyć, nazywali je obraźliwie czarownicami. Rośliny, których używały te kobiety w swojej pracy miały, obok właściwości magicznych, które starały się wykorzystywać podczas inwokacji oraz rytuałów, prawdziwe działanie lecznicze, dzięki któremu przynosiły ulgę wielu chorym w ich dolegliwościach; dlatego wiedźmy zasłużyły na to, by poświęcić im osobny rozdział w Historii Medycyny.
Czasy średniowiecza, jak i później czasy nowożytne, gdzie większość ludzi pokładała ufność w klerze, uważała takie „kobiety” za niebezpieczne, które należałoby najzwyczajniej wyeliminować z danego środowiska. Spore grono osób jednak ich unikało, choć  w razie potrzeby medycznej bez żadnych skrupułów udawało się do nich o porady. Ludzie często byli po prostu nieświadomi otaczającej ich magii i  nie zastanawiali się nad pochodzeniem tych nadnaturalnych spraw, będąc zbytnio zajętymi sprawami dnia codziennego. Dość długo z resztą, również w Rzeczpospolitej, nie wiązano ze sobą postaci diabła i czarownicy, wierząc w przyswojone od wieków zabobony, gusła oraz oczywiście czary, które również były wielkim problemem Kościoła, uznane za czyn bezbożny, pozbawiony realnych podstaw. Nieznajomość przyrody i otaczającego świata sprawiła, że społeczności wytwarzały po prostu w umysłach dziwne pojęcie na temat otaczającej ich rzeczywistości, zrzucając winę na wszystko co złe na czary i duchy. Tak oto prawie 90% przypadków posądzenia o czary, dotyczyło oczywiście kobiet, uważano je za naczynie pełne wewnętrznych demonów.

Polowania na czarownice w Polsce

  Apogeum polowań w Polsce to czasy  XVII-XVIII w., gdy w innych częściach Europy to zjawisko zaczynało już powoli wygasać. Europa swój czas miała bowiem pomiędzy XV-XVII w., choć polowania pojawiły się już znacznie wcześniej, nawet już w XIII w. Sama Instytucja Inkwizycji powstała bowiem w 1233 r., gdzie podczas ponad 250 lat jej trwania istniał ogromny chaos za jej panowania, choć sama w sobie była poważaną organizacją zwalczającą wszystko co złe. Wielu papieży (również i innych przedstawicieli stanu duchowieństwa), w tym najbardziej przesądny papież w dziejach kościoła, Jan XII, wydając bullę Super illius specula z 1326 r. był opętany myślą o spisku, gdzie mieli go pozbawić życia za pomocą czarów. W tamtych czasach, aby pozbyć się „podejrzanych” o magię wysługiwano się pomocą inkwizytorów, mając za idealnych w tej roli dominikanów oraz franciszkanów poprzez wysokie wykształcenie i podporządkowanie Stolicy Apostolskiej. Wówczas inkwizytorzy mieli być pasterzami, którzy chroniliby swoje „owieczki” i bezwzględnymi sędziami, bez problemu osądzającymi osoby podejrzane. Dopiero za panowania kolejnego papieża, Innocentego VIII, w 1484 r. uporządkowano sposób podchodzenia do polowań tworząc jedną, konkretną już procedurę, listę narzędzi tortur i szereg pytań jakimi posługiwano się w czasie procesów, aby wydobyć z oskarżanych (głównie oczywiście kobiet) informacje na temat uprawianej magii. Rok później powstała także oficjalna bulla  Summis desiderantes przeciwko czarownicom. Być może na jej pojawienie miał wpływ późniejszy autor „Młotu na czarownice” – Kremer, inkwizytor. Od tego czasu czarownice stały się więc czymś zgoła złym, niebezpiecznym, które wiele razy do roku spotykały się na sabatach, aby czcić swojego ukochanego Szatana. Czasy  Rzeczypospolitej Obojga Narodów to w takim razie czasy bardzo okrutne, gdzie każdy błąd czy potknięcie domniemanej kobiety mogło kosztować ją życie. Uważano je bowiem za zwiastun chorób (szalejących wówczas zaraz), poronień ciąży, suszy, powodzi, pojawienie się szkodników i kontakty z diabłem, jako wcielenie najczystszego zła.
Pojawienie się ocen, że czarownice zajmują się nie tylko magią, lecz należą do czcicieli Diabła, zmieniło naturę tej zbrodni. Czarownice stały się nie tylko przestępcami, podobnej kategorii jak mordercy i złodzieje, lecz także heretykami i apostatami, osobnikami wewnętrznie złymi, które odrzuciły wiarę chrześcijańską i zdecydowały się służyć Diabłu, wrogowi Boga…
Do takiego poglądu przyczyniły się również trudne jak na tamte czasy warunki życia, stałe niepokoje, zabobony, walki i wysoka umieralność. Z tym powiązano więc czarownice, które od zarania dziejów w świetle teologii, filozofii czy medycyny traktowane były jako gorsze, niejednokrotnie wykluczone z życia społecznego, przebywające na marginesie ówczesnego świata. Mimo, że same dość chętnie pomagały innym, nie rzadko to one trafiały przed sąd świecki (aż w 80% przypadków), uważane za „domniemane” czarownice, sprowadzające ogrom nieszczęść na swoją społeczność. 
(…) głównym jednakże czynnikiem prawnym w całym procesie polowania stały się raczej władze świeckie niż kościelne. Bez zmobilizowania władzy świeckiej wielkie polowanie na czarownice byłoby zaledwie cieniem tego, czym się stało
Patologiczny wręcz strach przed nieznanym pośród ówczesnego społeczeństwa miał wówczas rozpocząć jeden z najgorszych okresów w historii Europy. Do tego w dużym stopniu przyczyniły się także powstające dzieła, dotyczące czarów i czarownic, jeszcze mocniej rozszerzając owe zjawisko.

Młot na czarownice 

  Dzieło to powstało w 1486 r. i zostało napisane przez Jakuba Sprengera (prawdopodobnie dodanego jako współautor) i Henryka Kramera, ówczesnych dominikańskich inkwizytorów Stolicy Apostolskiej. Miało ono na przestrzeni lat aż 14 wydań. Zastępowało bądź uzupełniało znane dzieło Eymeryka z 1376 r. „Directorium Inquisitorium”.
W Polsce książka ukazała się w 1614 r. w Krakowie pod tytułem „Młot na czarownice. Postępek zwierzchowny w czarach, a także sposób uchronienia się ich i lekarstwo na nie  dwóch częściach”. Swoją bogatą treścią popularyzowało wiarę w istnienie czarów oraz czarownic. Samo znaczenie „młota” odnosiło się tutaj do pracy, myśli czy twórczości, a także kowalstwa i płodności, będąc symbolem  męczeństwa, śmierci i przemocy Bernard Hamilton napisał z resztą  o „Młocie na czarownice”, że:
(…) trzeba go raczej uważać za symptom niż przyczynę (Hamilton 1990: 166)
W czasach średniowiecza oczywiście zaczynała dopiero wrastać histeria dotycząca polowań, która w czasach nowożytnych osiągnęła swoje apogeum. Bez względu na religię, polowania rozeszły się na całą średniowieczną, a następnie nowożytną Europę, gdzie sądy kościelne na zmianę ze świeckimi skazywały dość często na okrutną śmierć spore ilości kobiet.
„Młot na czarownice” – czyli nasze słynne Malleus Maleficarum już na wstępie oznajmia, że kobiety, jako te niższe intelektualnie i ułomne,  zarówno na ciele i umyśle, są bardzo podobne w swoich zachowaniach do zwierząt. Swoim postępowaniem niszczą bowiem obraz Boga i mężczyzny, współpracując z diabłem przez swoją lubieżną naturę. Samo dzieło podzielone zostało na trzy części, a każda z nich obejmuje inne zagadnienie dotyczące kobiet – czarownic. Nie było to jednak w tamtych czasach pierwsze dzieło o tej tematyce. I mimo, że nic odkrywczego inkwizytorzy w tym tekście nie stworzyli, to książka przez wiele stuleci, również w dawnej Polsce, wzbudzała  wiele zainteresowań, ale i kontrowersji. Przetłumaczone na liczne języki było podręcznikiem inkwizycji i katów, a w Europie wręcz propagandą obłędu. Traktowane było z resztą latami jako kodeks karny przeniesiony z Europy. Do dziś wznawiane jest jako traktat poświęcony czarownicom i postępowaniom wobec osób związanych z magią.

Procesy

   Pojawienie się tak licznych procesów o czary w historii świata wynikało z grona podejrzeń o istnienie osób posiadających magiczne zdolności, które mogły przyczynić się do popełnienia niecnych uczynków, choć często też w obronie własnej. Czary traktowane były bowiem jako malecifia czyli czynienie zła. Rozdzielano je jednak na dobre – używając do tego magii białej, często niegroźnej i raczej niekaralnej oraz na złe, w jakich wysługiwano się czarną magią. W Polsce określenie czarów i czarowania związane było z hasłami oczynić bądź odczynić. Według ówczesnego prawa były one jednak bez względu na wszystko zbrodnią wyjątkową, a przyznanie się do winy było wówczas najlepszym wyjściem z bycia oskarżony. Gdy jednak doszło do procesów, podział czarów niewiele znaczył, bowiem każde z poczynań  łączono z pomocą demona. Ze źródeł staropolskich wynika, że na naszych ziemiach używano raczej czarów w celu zwyczajnego zaszkodzenia drugiej osoby, często wywołując śmierć (wiele z tych podejrzewań związanych również było ze sprawami dnia codziennego). Wszelkie nieurodzaje, choroby zwierząt i bydła, doprowadzenie do czyjejś śmierci (często sąsiada), zdrady czy aborcje nie wpływały więc korzystnie na wizerunek często samotnej, nieco starszej kobiety w sąsiedztwie. 

Stygmaty diabelskie

  Jak można w takim razie było rozpoznać czarownicę w dawnych czasach? Zapisane zostało, że nie musiała ona być typową, starszą panią, która osamotniona spędzała dnie w domu zajmując się zielarstwem. Często były to wspomniane młode dziewczyny parające się magią, chętne na lepsze życie z mocami nieczystymi u boku. Przede wszystkim więc domniemaną czarownicę posądzano o liczne kontakty z diabłem, a co za tym idzie wykolejenie moralne i religijne. Potwierdzano wówczas takie kontakty dość konkretnymi zdarzeniami czy znamionami (określanymi diabelskimi stygmatami) pojawiającymi się na ciele domniemanej czarownicy. Traktowane je jako rodzaj „szkarłatnej litery” czy znaku, bo tylko wtedy diabeł mógł bez problemu poznać, która z niewiast należy do niego. Uważane [stygmaty] były wręcz za milczący symbol przynależności do Szatana, wywołany ugryzieniem czy zadrapaniem na łopatce, pośladku, pępku czy pod pachami. O tym oczywiście doskonale wiedziała panująca Inkwizycja, która domniemanych znaków (małych rozmiarów) dopatrywała się we wszystkim, co było nienaturalne, mając na myśli znamiona, pieprzyki, ugryzienia przez owady czy nawet blizny, bo wszystkie traktowała jako oznaki bycia czarownicą. Często też te miejsca mogły być po prostu znieczulone czy niewrażliwe przez jakiś wypadek, albo najzwyczajniej w świecie wytrzymałe na wysoki próg bólu, co nie dawało żadnych potwierdzeń w przypadku nakłuwania ich igłą. Na nic jednak były tłumaczenia. To bowiem, co odchodziło od normy, było znamieniem złego, będące wielokrotnie wspominane w procesach o czary jako dowód na bycie czarownicą. To pokazuje nam tylko jak bardzo były nieświadome umysły tamtych czasów, gdyż przez źle interpretowane zjawiska ludzkiej natury odeszło z ziemi zbyt wiele, często niewinnych kobiet. 

Przebieg unicestwienia czarownicy

  Wśród oskarżonych o czary największą grupę stanowili mieszkańcy wsi, będący sądzeni według prawa niemieckiego. Sam jednak Ząbkowicz w polskim przekładzie „Młotu na czarownice” z 1614 r. nadmienił, że za czary nie sądzono zbyt wielu, bo ostatecznie niewielu w nie wierzyło bądź lekceważyło dotyczące ich pogłoski. Z tym powiązane jest właśnie stwierdzenie, że Polska była praktycznie krajem bez stosów, w przeciwieństwie do Europy.
Sposób toczenia się spraw o czary był jednak różnorodny w zależności od tego czy dana osoba oskarżająca wywodziła się z miasta czy wsi. W mieście osobą, która rozpoczynała dany proces była właśnie oskarżająca, udająca się do wójta czy kogoś z rady. Wówczas zaczynała się cała procedura i areszt czarownicy. Na wsi donos oraz pojmanie związane było jednak często z plotką, która następnie stawała się dochodzeniem. Osoba, do jakiej oskarżający mógł się udać był przeważnie sołtysem lub dziedzicem zanoszącym skargę do władz.
Cechą mocno rzucającą się w oczy z zapisków z tamtych czasów jest bez wątpienia brak wśród oskarżonych osób wywodzących się ze stanu szlacheckiego lub wyżej postawionych. Być może związane to było z tym, że bogaci wykorzystywali procesy do swoich prywatnych celów, sami nie będąc najczęściej oskarżanymi, gdyż w tamtych czasach procesy były problemem zwykłego ludu. Jednak gdy już doszło do procesu domniemanej czarownicy, w skład osądzanych wstępował wójt i dwóch ławników zasiadających przy stole, a obok znajdował się pisarz notujący zebrane zeznania. Na Sali rozpraw byli z kolei ludzie związani z urzędami państwowymi, w tym przedstawiciel samorządu wiejskiego bądź miejskiego (stanu mieszczańskiego). Ludzie zasiadający w sądach świeckich składali się właśnie z osób z wyższych warstw społecznych, ponieważ w Polsce nie skazywano raczej na śmierć osoby wyższego szczebla. Często po prostu posądzano osoby niewygodne dla władzy, które w ich mniemaniu zagrażały, a sadzając je tyłem na sali zapewniano sobie bezpieczeństwo w razie próby rzucenia uroku. Znając polskie prawo, mimo iż wyrok mógł zostać wydany dopiero po udowodnieniu winy, zupełnie inaczej wyglądało to w przypadku czarów. To stąd swój początek wzięły w trakcie procesów tortury, poprzedzone oczywiście rozmową i sporą ilością zadawanych czarownicy pytań (o czym zostało zapisane między innymi w „Młocie na czarownice”), a także proszeniem ją o przyznanie się do winy. Jeżeli to nie poskutkowało, oddawano taką osobę w ręce kata, a takie precedensy dość często stawały się widowiskami dla ludzi, złaknionych rozrywek.

Tortury

  Określane jako męki czy spytki przyszły do nas z Saksonii wraz z prawami miejskimi. Stosowane były w dużej mierze wobec osób oskarżonych o bardzo ciężkie przestępstwa wyłączając w to dzieci, niewiasty mające ponad 60 lat, ciężarne czy również upośledzone.
Tortury były dzielone na wstępne oraz końcowe i próbowano przed nimi traktować czarownicę ogniem (poprzez przypalanie jej ciała), wodą (tak zwanym pławieniem), ukazaniem się łez (uznawane jako oznaka niewinności), szpilkami (poszukując nieczułych na ból znamion Szatana, wspomnianych stygmatów) czy wysługując się wagą (kobieta im bardziej była lżejsza to łatwiej mogła być podatna na wpływy diabelskie).  Już na wstępie tortury miały pomóc w uzyskaniu szeregu interesujących władzę odpowiedzi. Stosowano dodatkowo liczne groźby, biczowanie, rozciąganie czy ściskanie palców, ale już na tym etapie osoba oskarżana przyznawała się do popełnionych win. Być może spowodowane to było także wcześniejszym zażywaniem roślin o działaniu halucynogennym które i bez tortur często pomagały się przyznać. Tortury kilkustopniowe miały bowiem na celu złamanie nawet najbardziej wytrzymałej na ból osoby, która za cenę wolności była w stanie zrobić wszystko.
Najbardziej popularną metodą tortur w Polsce było bez wątpienia pławienie lub kąpiel. Wszystkie niewiasty we wsi, traktowane jako czarownice były wówczas pławione. Związywane sznurem i opuszczane po kolei na wodę, utrzymujące się na jej powierzchni uważano za winne. Często jednak spora ilość materiałów z jakich szyte były suknie uniemożliwiały jej zejście na dno. Z kolei jeśli się utopiły, wedle rozumowania tamtejszych społeczności były czyste. Wiele z oskarżonych zachowała jednak życie po tej próbie, będąc następnie poddaną przesłuchaniu, a w międzyczasie przetrzymywane w więzieniu.  Znano wówczas dwa sposoby więzienia czarownic – pobyt w beczce (związywano delikwentce ręce i nogi) bądź umieszczając w kłodzie (wkładając dłonie i stopy, a następnie zawieszając przyrząd uniemożliwiano osobie w niej uwięzionej dotykać ziemi). Nie chciano bowiem, aby czarownica miała kontakt z ziemią, która prawdopodobnie była jej największym źródłem mocy.
  Wiele z kobiet wplątywało często niewinne osoby w oskarżenia, aby tylko wyzwolić się z nadchodzących tortur. Jedna z niewiast potrafiła być bowiem torturowana nawet trzy dni, aby następnie wyznać, że tak naprawdę nigdy nie przyczyniła się do czynów jakie jej zarzucano, oskarżając o kontakty z Szatanem zgoła kogoś innego. Prosiła wówczas o przebaczenie, bo chciała się wyzwolić z jarzma zbliżającej się śmierci. Większość jednak takich procesów o czary kończyła się niechybnie śmiercią oskarżonego. Tortury jednak ostatecznie zostały w 1776 r. w Polsce zakazane poprzez wydaną ustawę za ostatniego króla Polski. 

Zakończenie

  Zjawisko prześladowań kobiet, tak szeroko znane w nowożytnym świecie, wywarło ogromny wpływ na postrzeganie niewiast i ich ról w społeczeństwie. Długo jeszcze należało czekać, aby mogły one wyjść do świata ludzi o ile, jak zostało wspomniane, w Europie procesy czarownic wygasały na przełomie XVII – XVII w., to w Polsce owe zjawisko trwało aż do czasów oświecenia, często stanowiąc rozrywką dla tłumów. Zakończyło je dopiero pojawienie się w Konstytucji 3 maja, która zakazała tworzenia kolejnych procesów o czary. Sporadyczne przypadki pojawiały się jednak jeszcze w dawnej Polsce w XIX w.
Ustalenie prawdziwej liczby polowań na terenie państwa polskiego jest dzisiaj dość trudne gdyż na pewno nie spłonęło 20 tys. czarownic jak pisał to sam Baranowski. Nowe badania na ten temat wspominają,  że nasz kraj zdecydowanie nie przodował w polowaniach, bo było to niecałe 800 świeckich procesów na przełomie trzech stuleci. Oskarżono niecałe ponad tysiąc, z czego może połowę uśmiercono. Mimo tak małych liczb, warto wspominać długie wieki historii kobiet, podczas jakich były oskarżane i męczone w trakcie tortur.
Mogłoby się nam wydawać, ludziom XXI w., że takich procesów można byłoby uniknąć, uświadamiając ludzi z tamtego okresu o ich błędnych wyobrażeniach na temat czarownic jak i samej magii. Rzeczywistość była jednak zgoła inna. Strach przed złymi mocami był w dawnej Polsce bardzo wielki, a absurdalne zarzuty stawiane oskarżonym i niesprawiedliwość sądów (gdzie osoba uznana za winną nie mogła się obronić), sprawiała, że posądzeni o czary praktycznie nie unikali kar. Z naszej oczywiście pespektywy polowania na czarownice i procesy to wyłącznie klasyczny przykład ludzkiej głupoty, którą należy piętnować i dbać, aby nigdy więcej nie powróciła. Ludzki strach pokazał nam jednak, że kobieta nawet w obliczu śmierci nie przyznała się do winy, zwyciężając męską dominację. 

 

Bibliografia:

Baschwitz K. (1963). Czarownice. Dzieje procesów o czary. Wydawnictwo Cyklady.

Baranowski B. (1965). Pożegnanie z diabłem i czarownicą. Wydawnictwo Łódzkie.

Callejo J. (2006). Historia czarów i czarownic. Tłum. Magdalena Adamczyk. Wydawnictwo Bellona.

Gałuszka T. (2016). Inkwizytor też człowiek. Intrygujące karty Kościoła. Wydawnictwo: W Drodze.

Harris M. (1985). Krowy, świnie, wojny i czarownice. Tłum. Krystyna Szerer. Państwowy Instytut Wydawniczy.

Levack B. (2009), Polowanie na czarownice w Europie wczesnonowożytnej.  Ossolineum.

Pierścińska – Maruszewska A., Bakalarz – Kowalska B., Grudziewski T. (2009). Wizerunek kobiety na przestrzeni wieków. Wydawnictwo Naukowe SILVA RERUM.

Ryś B. (2020). Inkwizycja. Wydawnictwo ZNAK.

Sprenger J., Kraemer H. (2000). Młot na czarownice. Tłum. Stanisław Ząbkowic. Wydawnictwo Graf-ika Iwona Knechta. 

Szenborn M. (1992). Czarownice i heretycy. Tortury, procesy, stosy. Wydawnictwo: BORNWEB.PL.

Thurston R. (2007). Polowania na czarownice. Tłum. Jerzy Kierul. Państwowy Instytut Wydawniczy. 

Wańczowski M., Lenart M. (1993). Księga żałoby i śmierci. Opolskie Zakłady Graficzne im. Jana Łangowskiego w Opolu. 

Wrzesiński S. (2009).  Inkwizycja na ziemiach polskich. Wydawnictwo Replika.

Wrzesiński S. (2006). Wspólniczki Szatana. Czarownice na ziemiach polskich. Agencja Wydawnicza Egros. Seria: W Kręgu Średniowiecza.

Szandor LaVey A. (1989). Szatańska czarownica. Tłum. Marek Skierkowski. Wydawnictwo: XXL Media.

Agnieszka Banaś – absolwentka trzech kierunków na stopniu magisterskim – historii, filologii polskiej oraz turystyki i kultury śródziemnomorskiej WT. Redaktor działu historia nauki w czasopiśmie „Pharmacopola”, archiwistka w opolskiej Kurii Diecezjalnej, członkini Polskiego Towarzystwa Historyków, studentka opolskiej „orientalistyki chrześcijańskiej” Wydziału Teologicznego. Uczestniczka kilkudziesięciu konferencji oraz autorka ponad 80 publikacji z zakresu historii medycyny i literatury dawnej. Zainteresowania badawcze skupione wokół epidemii, medycyny, literatury XVI – XIX wieku, studentów Padwy, historii kobiet, literatury fantasy, śmierci w tekstach dawnych, orientalistyki chrześcijańskiej oraz hagiografii.