Poeci (Z cyklu: Cienie na ścianie) / Marek Weiss Grzesiński

0
217
fot. Zbigniew Herbert
Platon położył kamień węgielny pod monstrualną budowlę metafizyki, ale jej budowniczymi byli przede wszystkim poeci. Nie wszyscy, bo przecież jest kilku wybitnych, którzy potrafili wstrząsać naszymi sumieniami bez powoływania się na duchy i nieistniejących bogów. Takim był największy nasz współczesny Zbigniew Herbert, bo nawet jeśli wymieniał imię jakiejś mitycznej postaci, to po to, by mówić o niej jako o micie właśnie i na tym przykładzie analizować problem ludzkiej naiwności. Jednak dla większości poetów rzeczywistość realna była nie dość wzniosła, by zajmować się nią z tym gorącym ładunkiem emocji, jakie w sobie odnajdywali. Te emocje zmuszały do poszukiwania wysokich metafor, porywającej skali uczuć sięgających nieba, moralnej czystości oderwanej od ludzkich możliwości, autorytetów, przy których mizerne postacie marzycieli odnajdywały poczucie bezpieczeństwa, jak w ramionach matek. Po ziemi można mozolnie kroczyć, z trudem galopować, wreszcie pędzić autostradami respektując ograniczenia szybkości. W rzeczywistości idealnej zbudowanej na piaskach fantazji można szybować bez żadnych ograniczeń tak długo dopóki starczy tchu i wyobraźni. Wszystko jest możliwe w świecie idei, więc jak tu nie ulec pokusie fantazjowania? Im słabszy umysł, tym łatwiejsza iluzja. Więc nie ma co inwestować w mądrość i edukację, skoro tylko przeszkadzają w zaznawaniu szczęścia i wolności.
Fantazjując jest się wolnym także w doborze słów. Artysta układa je sobie jak chce, bo tak prozaiczna potrzeba, żeby zostać zrozumianym, nie krępuje jego wyobraźni. Ta swoboda surfowania po wyimaginowanych falach, poruszania się w dowolnych wymiarach absurdu funduje tyle radości i samozadowolenia, że powrót do realnej rzeczywistości staje się przykrą koniecznością, kiedy jednak trzeba nakarmić i napoić znużony organizm i dać mu trochę snu, żeby mózg odpoczął. Ale nawet wtedy mózg się nie uspokaja do końca. Tworzy obrazy i zdarzenia urągające logice, fizyce i chemii. Sny potwierdzają wyższość świata urojonego nad światem rzeczywistym. Tam nie ma bólu ani śmierci, a tu jest tego w nadmiarze. Jakże wolimy taki nasz mózg, który we śnie pracuje „na pół gwizdka” i pozwala nam fruwać ponad światem! Jakże kochamy taki jego stan, gdy zalany alkoholem kpi z rzeczywistości, albo wzmocniony kokainą, heroiną czy nawet zwykłą marychą buja w obłokach i przemierza galerie obrazów nie z tej ziemi. Temu służą zastępy poetów -oszustów. Natomiast ci z nich, którzy jak Norwid upierają się że „ponad wszystkie twoje uroki, ty poezjo i ty wymowo, jeden zostaje wysoki – odpowiednie dać RZECZY słowo!”
Tacy poeci, filozofowie, przewodnicy ludzkości są mniej kochani, gorzej opłacani, a często przeklinani i wypędzani ze społeczności. A przecież to oni odkrywają szansę miłosnych powiązań człowieka z otaczającą go rzeczywistością. Wskazują sposoby na dotarcie do PRAWDY o istocie człowieczeństwa, o jego bohaterskiej samotności w kosmosie eksplodujących gwiazd, w otchłani o temperaturze zera absolutnego, w zielonej przyrodzie, gdzie życie trwa krótko i nigdy nie powtarza się tak samo. Piękno takiego obrazu zgodnego z prawdą może być równie porywające, co uroda urojonych światów, których przygnębiającą cechą, w żaden sposób nie poddającą się fantazjom, jest prosty fakt, że nie istnieją realnie, tylko majaczą w naszych niezmordowanych zwojach mózgowych. Wszystkie razem – bogowie, dusze, idee i wyższe od naszego zaświaty – wszystkie krążą w neuronach, a dzięki nim w wierszach, obrazach, filmach i grach komputerowych. Kiedy ludzkość, która jest tak głupia, że nie potrafi zadbać o przetrwanie planety, zniknie w otchłani kosmosu, te nasze urojenia znikną razem z nami bez żadnego śladu.
                                                  Marek Weiss Grzesiński
[Tekst publikowany był pierwotnie na Facebooku pana Marka Weiss Grzesińskiego. Tu za zgodą autora.]