Oświecenie (Z cyklu: Cienie na ścianie) / Marek Weiss Grzesiński

0
265

Fot. Tzw. Dom Kanta, stan w 2013 roku…

Wydawać by się mogło, że wreszcie Kartezjusz swoim rewolucyjnym stwierdzeniem „Cogito ergo sum” zakończył tysiącletni spór o to, jaka rzeczywistość jest prawdziwa, a jaka urojona. Oto wreszcie doceniony został rozum, który nawet największe wątpliwości rozstrzyga w taki sposób, że nie da się go wykluczyć z rozważań, co istnieje, a co nie. Odkrycie francuskiego filozofa dokonane w atmosferze najbardziej liberalnego kraju, jakim była już wtedy Holandia, rozwijał po swojemu miejscowy mędrzec Baruch Spinoza, a finalny akord tej wspaniałej umysłowej pracy zagrał skromny profesor z prowincjonalnego Królewca na wschodzie Europy, który w zdumiewający sposób osiągnął najwyższe podium w rankingu filozofów światowych. Całe swoje długie życie nie opuszczał małego miasteczka, które przemierzał codziennie spokojnym spacerkiem, ale za to imponująco używał nadzwyczajnego mózgu. Nazywał się Immanuel Kant, i to jemu zawdzięczamy pewność, że wszystko, co wiemy o bycie jest uzależnione od naszego rozumu, poza który nigdy nikomu nie uda się wyjść, by sprawdzić, czy się mylimy, czy nie.

Racjonalizm zawładnął umysłami tej pięknej epoki, w której człowiek wyzwolił się z uzależnienia od metafizyki i przekonania, że tylko ona rzutuje na ścianę przed nami swoje platońskie cienie, które nazywamy rzeczywistością. To był powrót Arystotelesa i jego wiary w sens poznawania zmysłowego przyrody, i wyciągania z doświadczeń w tych badaniach rozumowych twierdzeń, co i jak jest w otaczającym nas świecie zbudowane. A jednak ani Kartezjusz, ani Spinoza, ani Kant nie ośmielili się zakwestionować istnienia Boga. Tkwił on we wszystkich odkryciach ludzi Rozumu czy Logosu jako najwyższa prawda i prawodawca. Wyzwalanie z prymatu metafizyki zatrzymało się na tej jednej najważniejszej idei, z którą wątłe Oświecenie nie mogło się mierzyć. Dary oświecenia były w dodatku śmietanką spijaną w siedzibach wykształconych i zamożnych ludzi nie przejmujących się, że jest ich garstka, podczas kiedy pozostali mieszkańcy globu tkwili dalej w ciemnocie, zabobonach i lękach. A przede wszystkim tkwili w biedzie i głodzie. Słynna rada królowej francuskiej, że „skoro brakuje ludziom chleba, niech jedzą sobie ciastka”, zaprowadziła ją na szafot, a piękna epoka zakończyła się krwawą rewolucją i wojnami Napoleona.

Racjonalizm na zawsze w historii został oskarżony o ojcostwo burzliwych zmian, jakie nastały i romantycznych prób naprawiania światowych niesprawiedliwości. Prowadziły one przecież do niekończącego się wzajemnego mordowania w imię idei Wolności, Równości i Braterstwa. Rozpędzone pokolenia idealistów nie rozumiały, że ich irracjonalne dążenia i marzenia o wprowadzeniu szczytnych haseł w życie będą wykorzystane przez podłych, pokrzywdzonych, mściwych kanalii takich jak Napoleon, Hitler, Stalin i ich naśladowcy. Tak trzeźwy i racjonalny umysł jak Marksa na zawsze został sprzęgnięty z chorym i fanatycznym umysłem Lenina w absurdalny duet filozofii „marksizmu – leninizmu”. Ponieważ krwawy terror, jaki był efektem takiego „filozofowania” wystąpił przeciwko władzy Kościoła, religia z systemu opresyjnego stała się ostoją skrzywdzonych i Bóg odzyskał swoje absolutne panowanie w sercach milionów, a wraz z nim przekonanie, że tylko Wiara, Łaska i Miłość są drogą do prawdy, a rozum stoi na przeszkodzie jej poznawania. Pięknie i lapidarnie opisał to Mickiewicz w balladzie „Romantyczność” na sto lat przed nadejściem komunizmu i nauczania o wyższości nauki nad metafizyką. Wyższości opartej na argumencie siły, a więc wyższości nieakceptowalnej dla każdego człowieka kochającego swoją wolność.

Nauka tak intensywnie rozwijająca się pod patronatem wielkiej Encyklopedii Diderota wciąż miała za mało danych, by właściwie odpowiedzieć na odwieczne zasadnicze pytania o początki bytu, jego cele, o narodziny człowieka i jego losy po śmierci. Wciąż tylko Bóg ustami swoich samozwańczych ambasadorów na wszystkich kontynentach odpowiadał bez wahania na te pytania i utrzymywał ludzkość w przekonaniu, że fakt bycia niewidzialnym, niesłyszalnym i niedotykalnym wcale nie znaczy, że się nie istnieje. Przeciwnie, można było przez pokolenia utrwalić w ludziach przekonanie, że odbierana zmysłami rzeczywistość jest mniej wartościowa, mniej wzniosła i przyjazna człowiekowi, niż ta istniejąca w księgach, podaniach, kazaniach i poezji rzeczywistość metafizyczna, piękniejsza i doskonalsza od brudnej i nieżyczliwej planety, która jest naszym domem, a raczej jaskinią, w której zostaliśmy uwięzieni tyłem do wyjścia i zmuszeni do oglądania cieni na ścianie i słuchania ich kakofonii. Metafora Platona wciąż działała na wyobraźnię ludzi bezradnych w swojej niewiedzy i strachu wobec tajemnic bytu.

                                                         Marek Weiss Grzesiński

Obraz wyróżniający: fot. Dom Kanta w dzisiejszym Kaliningradzie. Z Wikimedia Commons, repozytorium wolnych multimediów

 

Dom Kanta, po remoncie – stan w 2021 roku… Z Wikimedia Commons, repozytorium wolnych multimediów.