Ostatnia wielka poetka Hiszpanii i pierwsza wielka poetka Ameryki / Andrzej  Stanisław Sepioł

0
29

Sor Juana Inés de la Cruz, 1732 – Fray Miguel de Herrera. Domena publiczna.

[Esej]

Wyjazd na pielgrzymkę do Meksyku był pomysłem mojej żony  i ziścił się w drugiej połowie lutego 2026 r. Wylot nastąpił rankiem 16 lutego z lotniska w Balicach w Krakowie liniami niemieckiej Lufthansy. Najpierw miało miejsce  preludium do zasadniczego lotu, mianowicie trasa z Krakowa na lotnisko w Monachium  pokonana w  zaledwie godzinę i trzydzieści minut. Następnie przeżyliśmy  dość długie godziny  oczekiwania na lotnisku w Monachium i lot do miasta Meksyk. Trwał on aż 12 i pół godziny. Przelot przebiegał w pobliżu Islandii, Grenlandii, następnie wzdłuż południka  nad Stanami Zjednoczonymi  z północy na południe i ukosem przez Zatokę Meksykańską do stolicy kraju Mexico City.  Łącznie niespełna 11 000  km w powietrzu. Po wylądowaniu  okazało się, że  zegarki  należy cofnąć siedem godzin do tyłu. Po zebraniu się całej grupy i przybyciu do hotelu mieliśmy pierwszy kontakt z przewodnikiem. Okazał się nim nie miejscowy rezydent, ale  75-letni Jan G. z Łodzi, mimo wieku doskonale się prezentujący,  autor wielu książek podróżniczych. 
Nazajutrz  zwiedzanie Meksyku  rozpoczęło się, jak to zwykle bywa  wizytą w Sanktuarium Matki Bożej  z Guadalupe w Tepeyac, a więc  w najczęściej odwiedzanym sanktuarium Marii Panny na świecie, będącym jednocześnie  najświętszym miejscem w Ameryce Łacińskiej. Później był przejazd autokarem do starożytnego miasta religijnego (strefy archeologicznej )  Teotihuacán, podziwianie Piramidy Słońca, Piramidy Księżyca, wykonywanie zdjęć, aby poszczególne atrakcje napotkane na naszej drodze utrwalić w pamięci.  W następnym dniu dalsze zwiedzanie Mexico City, a później obiadokolacja podczas rejsu kanałami ( zespół zachowanych kanałów to tzw. Xochimilco) na płaskodennych łódkach (trajinerach), połączona  z występem meksykańskiej kapeli, tzw. mariachi ( mariaczi). Wioślarze popychają łódki drągami (tyczkami), a więc tak jak nakazuje tradycja od czasów Tenochtitlanu i Montezumy. W kolejnych dniach przejazd  trasą przez czwarte co do wielkości miasto Meksyku – Puebla, dalej przez Cholula, Taxco (meksykańską stolicę srebra) oraz wzdłuż gór Sierra Madre do Acapulco  nad Oceanem Spokojnym, gdzie zakwaterowanie w hotelu Copacabana ( bezpośrednio przy plaży nad Pacyfikiem), przepełnionym przez polskich turystów z wszystkich stron naszego kraju. I nie tylko z kraju, bo zastaliśmy też polonię z Chicago. 
Na tej dość długiej trasie oczywiście program był przeładowany, często też zmienialiśmy hotele, niemniej warto było także posłuchać opowieści naszego przewodnika.  Niewątpliwie był on typem gawędziarza . Przedstawiał nam historię tego kraju, ponad sześć razy większego niż Polska (2 mln km²) , a także zwyczaje jego mieszkańców ( największą część populacji stanowią Metysi) w sposób bardzo ciekawy, wciągający, z przywołaniem niejednej anegdoty. 
Były w tym również wtręty dotyczące literatury zarówno meksykańskiej, jak i polskiej. To dzięki niemu dowiedziałem się jako pisarz, poeta i dramaturg, iż w Meksyku kilka lat życia spędził na ranczo La Epifania autor Tanga Sławomir Mrożek.  Sam zaś podczas krótkiej rozmowy uświadomiłem go, gdyż o tym o dziwo  nie wiedział, mimo swojej ogromnej wiedzy o tym kraju, że z polskich pisarzy przez szereg lat w Meksyku mieszkał w ambasadzie polskiej jako attaché kulturalny twórca cyklu powieści  Nowa Baśń i  powieści Koniec „Zgody Narodów” Teodor Parnicki. Szereg jego dzieł  przecież zostało napisanych w Meksyku. 
W tym krótkim eseju nie będę opisywał kolejnych etapów  naszej wyczerpującej podróży (wstawaliśmy o piątej rano, a kończyliśmy dzień  o 22.00), piękna tego egzotycznego dla nas kraju, a także licznych ciekawostek i perypetii po drodze. Skupię się natomiast na opowiedzianej nam przez pilota wycieczki historii pewnej małej dziewczynki, później podlotka, a na koniec dorosłej i dojrzałej kobiety.  Któregoś dnia podczas długiej jazdy autokarem zaczął snuć poniższą opowieść. Tak była interesująca, że nie sposób było się zdrzemnąć. 

             

         Pomnik Jana Pawła II w Sanktuarium Matki Bożej  z Guadalupe

Zacznę może od końca, nie od początku.  W odległości ok. 87 km od stołecznego miasta Mexico City licząc po trasie drogowej, a w linii prostej nieco mniej,  w stanie Meksyk w gminie Tepetlixpa u stóp wulkanu Popocatépetl (5465 m n. p. m. – drugi pod względem wysokości szczyt kraju) znajduje się miejscowość Nepantla de Sor Juana Inéz de la Cruz, znana dawniej jako San Miguel Nepantla. Przed zasadniczą treścią eseju warto w tym miejscu w formie dygresji odnieść się do słynnego poety argentyńsko-meksykańskiego Juana Gelmana, który  w 2007 r. otrzymał jako uwieńczenie swej kariery literackiej  Nagrodę Miguela de Cervantesa, a więc najbardziej prestiżowe wyróżnienie dla pisarza  tworzącego w języku hiszpańskim. Ma to związek z podejmowanym tematem, gdyż na prośbę tego wielkiego poety jego prochy, gdy zmarł w 2014 r.,  zostały rozsypane nieprzypadkowo właśnie  w wyżej wspomnianej osadzie Nepantla.  To stało się w XXI wieku.  Ponad trzysta lat wcześniej w XVII wieku była to niewielka wioska  bliżej nieznana w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów mieście stołecznym  Meksyk, siedzibie wicekróla Nowej Hiszpanii, jak wówczas nazywano ten rozległy kraj. Nikt wtedy nie przewidywał, że z tej miejscowości wyjdzie osoba, która przejdzie do historii literatury i tym samym rozsławi tę osadę.  Nie dotyczy to oczywiście wspomnianego Juana Gelmana, gdyż był to twórca pochodzący z Argentyny, a jedynie późniejsze lata życia spędził w Meksyku.
W dniu 12 listopada 1648 roku w tej malowniczej okolicy i osadzie  przyszła na świat w związku niesakramentalnym dziewczynka wychowywana następnie przez osiadłych tam Hiszpanów. Od dzieciństwa ujawniała nieprzeciętną na swój wiek lotność i bystrość umysłu. Jej rozumowi i inteligencji dorównywała nieprzeciętna uroda. Już w trzecim roku życia opanowała sztukę czytania. Osiągając wiek lat sześciu zdołała przewertować i częściowo przyswoić sobie  domową bibliotekę dziadka. Wieść o takim uzdolnionym  dziecku powoli zataczała coraz szersze kręgi. Kiedy ukończyła osiem lat, niezamożni rodzice wysłali to cudowne dziecko do miasta Meksyku pod opiekę krewnych. Tam dzieweczka ta  natychmiast zwróciła na siebie wśród wyższych sfer  uwagę urodą, wdziękiem, inteligencją, zdolnościami muzycznymi i dowcipem. Wypatrzyła ją  wicekrólowa i spowodowała, iż szybko zabrano ją na dwór wicekróla. Lata mijały i stała się ulubienicą wicekrólowej. Jako dama dworu szybko wspinała się po szczeblach dworskiej kariery. Adorowana przez mężczyzn, z zazdrością podziwiana przez dwórki, postrzegana była jako ozdoba w kręgach stołecznej arystokracji. W takim klimacie zaczęły powstawać jej  pierwsze wiersze i inne ulotne utwory literackie.  Stały na tak wysokim poziomie, iż ówczesny  wicekról, Antonio Sebastián Álvarez de Toledo y Salazar, markiz Mancery  urządził dla niej konkurs z udziałem czterdziestu najwybitniejszych profesorów uniwersyteckich. Postawiona przed tym wyszukanym i górującym wiedzą gronem, nastolatka, zasypywana lawiną pytań z różnych dziedzin wiedzy, potrafiła na wszystkie dać prawidłową odpowiedź. Tym wprawiła w podziw i zdumienie słuchaczy. Odtąd nikt jej nie mógł zatem na tym polu lekceważyć.
Koleje jej życia z własnego nieprzymuszonego wyboru stały się niezwykłe. Wszyscy wokół byli nią oczarowani i pewni, że w przyszłości wyjdzie za mąż za jakiegoś majętnego szlachcica, za barona, czy nawet hrabiego, bo być może niejeden byłby gotów popełnić  mezalians. Jakież wielkie było zdziwienie i zdumienie jej adoratorów, a także zaskoczenie i podziw innych, gdy ta  mająca wspaniałe perspektywy przed sobą dziewczyna jeszcze przed ukończeniem 19 lat wstąpiła do klasztoru.
Siostra Janina od Krzyża ( Sor Juana Inés de la Cruz), bo o niej jest ten esej,  wybrała przy tym zakon karmelitanek klauzurowych o bardzo surowej regule. Wielu z czytających ten felieton w tym miejscu pomyśli, że ta pełna wdzięku i elokwencji młoda kobieta po prostu się zmarnowała. Nic bardziej błędnego. Był to jej świadomy wybór. Nie można do niej stosować miary przeciętnego człowieka. Zważyć należy, że każda istota ludzka jest inna, obdarzona innymi  predyspozycjami, więc niech to pozostanie tajemnicą jej duszy, dlaczego zamykając się w celi klasztornej uznała paradoksalnie, że jednocześnie uzyskuje wolność i niepodległość. Po jakimś czasie dostała od biskupa dyspensę i przeniosła się do zgromadzenia hieronimitek, zapewne z powodu większego otwarcia konwentu na świat. 

                                 

           Wizerunek Juany Inés de la Cruz na banknocie 100 pesos

Stała się niezwykłą zakonnicą, bo od tej chwili na poważnie zajęła się pisarstwem, a szczególnie ulubioną przez nią liryką.  Podejmowała poza tym twórczość w  wielu innych  gatunkach literackich. W wierszach odsłaniała głębię swej duszy i uzewnętrzniała nieprzeciętność umysłu, zasięg swego wewnętrznego mikrokosmosu. Dzieliła się swymi przeżyciami natury intelektualnej, które to przeżycia zdominowały jej życie. Nieraz pod wpływem natchnienia wstawała w środku nocy, zapalała świecę w celi klasztornej oraz chwytała za pióro i kałamarz z atramentem w celu uwiecznienia swych myśli, aby przetrwała  dana chwila. Zdawała sobie sprawę, że wyobraźnia i pamięć płatają różne figle i po wybudzeniu się ze snu porankiem może tych przemyśleń nie być w stanie zapisać.  Wszystkie te doznania przenosiła na papier ad maiorem Dei gloriam
Spod jej pióra wychodziły, o dziwo,  subtelne liryki miłosne, jakkolwiek przedmiotem jej wzruszeń i westchnień nie był konkretny człowiek, mężczyzna, lecz sama miłość jako taka, miłość nie zmysłowa, miłość czysta, sama idea miłości. Czyż w tym, co przelewała na papier nie była na drugiej półkuli w Ameryce jakimś odpowiednikiem w pewnym sensie,  jako osoba głęboko wierząca,  Św. Teresy z Ᾰvili, a może też Św. Jana od Krzyża, doktorów Kościoła i założycieli karmelitów bosych? Wątek głębokich refleksji i przejmujących wzruszeń duchowych w swojej twórczości poszerzała o przedmiot zachwytów nad urodą świata, będącego eo ipso odbiciem piękna i doskonałości Stwórcy. W jej przypadku nie chodziło wyłącznie jednak  o zewnętrzny świat, ten świat postrzegany zmysłami podczas podróży i wędrówek, wszak sama z własnej woli zamknęła się w klasztorze i tym samym była w zasadzie odcięta od zewnętrznego świata. Zaś wysoki mur izolował klasztor Św. Hieronima od hałasu wielkiego  miasta. Głównym przedmiotem jej zachwytów był natomiast świat przeżyć wewnętrznych,  z niezmierzoną obfitością  i różnorodnością  doznań intelektualnych. Ażeby wykazać głębinę doznań, szlachetność usposobienia i bogactwo duszy  uciekała się czasem do rozbudowanych na modłę barokową dłuższych utworów wierszowanych w postaci poematów. Wykazywała w swych utworach, jak ludzki mikrokosmos mimo swego potencjalnego bezkresu, jest jednocześnie w każdym człowieku ograniczony, jak ludzkie sądy i oceny są przyziemne, zdumiewała się nad małostkowością wobec spraw naprawdę wielkich, nieprzemijających, po prostu wiecznych. Mistrzostwo w budowaniu zdań, doborze słów, wirtuozerię w konstruowaniu nastroju, w umiejętności kojarzenia przejawiała w wyszukanych sonetach. Opracowywała sztuki teatralne o wysokim ładunku moralizatorskim, komponowała także komedie. Jako utwory drobne pisała kolędy i pastorałki. Na koniec stworzyła utwór w rodzaju swojej autobiografii. Poważną część jej spuścizny stanowią również listy.
Być może żyjąc poza klasztorem mogłaby znacznie  więcej dokonać i lepiej rozwinąć swe zdolności. Wszak jednak to z klasztornego zamknięcia zaczęły promieniować jej urok i chwała. A ona jako skromna zakonnica o to naprawdę nie zabiegała. To jej talent literacki, erudycja i jej pisarska płodność przysporzyły jej admiratorów. Była na ustach całego miasta Meksyku. Mówiono o niej na salonach i nie tylko. Oczekiwano kolejnych jej utworów, które jakimś tajemnym  sposobem w odręcznych odpisach przedostawały się poza mury klasztorne, były odręcznie przepisywane w setkach egzemplarzy, w końcu  drukowane w mieście, a nawet w dalekiej  Hiszpanii.  Stamtąd powracały zaś drogą odwrotną  znów do Meksyku w postaci drukowanych tekstów.
Jako osoba głęboko wierząca uważała, że poprzez pisanie i poszerzanie  wiedzy, działalność literacką i naukową,  zbliżamy się do Stwórcy, stajemy się do Niego podobni.  Chciałoby się rzec : Ad imaginem quippe Dei factus est homo ( Na obraz bowiem Boży stworzony jest człowiek). Ze względu na swą wrażliwość i subtelność nie była jednak do końca szczęśliwa.  Kilka miesięcy przed śmiercią sporządziła dokument napisany własną krwią pobraną z żyły. Odnowiła śluby zakonne, wyraziła swoje przywiązanie do zakonu i zadeklarowała  posłuszeństwo Kościołowi. Pismo opatrzyła autografem:  „Sor Juana Inés de la Cruz, najgorsza na świecie”. 
Sor Juana komponowała melodie do własnych utworów. W jej posiadaniu były też podstawowe instrumenty muzyczne. Posiadała sporą  bibliotekę, na którą składały się tomy poezji hiszpańskiej, opracowania dotyczące mitologii, zbiór pism pisarzy rzymskich, wiele ksiąg religijnych, traktaty teologiczne. Wszystko, co miała, w tym  instrumenty do muzykowania, na których pięknie grywała, przyrządy matematyczne i astronomiczne, zbiór książek, które były dla niej bardzo cenne, a także stanowiły źródło poznania i medytowania, kazała przed śmiercią  sprzedać, a pieniądze przeznaczyć na dzieła miłosierdzia.  Zmarła na chorobę zakaźną, posługując ofiarom epidemii w 1695 r. w wieku niespełna 47 lat. Do dnia dzisiejszego jej niezwykłe życie nie przestaje intrygować naukowców i biografów. Jest dla nich nie rozwiązaną zagadką. Gdy zmarła, nad grobem mowę pożegnalną wygłosił jej przyjaciel, Don Carlos de Sigüenza y Góngora. A zakończył  słowami, że pamięć o tej niezwykłej kobiecie potrwa aż do końca świata.
Jeden z biografów określił ją jako „ostatnią wielką poetkę Hiszpanii i pierwszą wielką poetkę Ameryki”.  
Klasztor hieronimitek , w którym spoczęła Sor Juana, położony był kilka przecznic na zachód od  Zócalo, największego placu w mieście Meksyk, a drugiego pod tym względem na świecie. Chociaż klasztor ten został zamknięty w 1863 roku w następstwie antyreligijnych reform liberalnego, antyklerykalnego prezydenta Meksyku Benito Juáreza nie zmienia to faktu , że Sor Juana Inés de la Cruz uznawana jest za wielką poetkę, a jej wizerunek widnieje na będącym współcześnie w obiegu  banknocie 100 pesos (aktualnie odpowiednik ok. 20 zł polskich).
Dotychczas w języku polskim ukazał się w zasadzie tylko zbiór  jej liryków  pt. Moja bardzo wielka wina…wiersze wybrane w przekładzie Agaty Joanny López Kornackiej w 2020 r., a także przekłady pojedynczych wierszy. Może kiedyś znajdzie się śmiałek i znawca języka hiszpańskiego, nie pozbawiony też zmysłu literackiego, który odważy się przetłumaczyć na język polski jej okazały dorobek. Rozmawiałem o tym z przewodnikiem Janem G.  podczas zwiedzania przepięknej  tzw.  starej Hacjendy  Hernána Cortéza (Vista Hermosa). Twierdził, że ma krewnego, który bodajże jest po filologii hiszpańskiej i biegle posługuje się językiem hiszpańskim. Niemniej na sugestię naszego przewodnika  nie podjął się tego dzieła. 
Pozostała część wielkiego dorobku Juany Inés de la Cruz oczekuje zatem nadal na tłumacza, który podejmie się takiego zadania. Byłoby to z korzyścią dla literatury polskiej i dla polskich czytelników. Skoro nikt się o to dotychczas nie pokusił, nie znając języka hiszpańskiego, frapującą mnie lekturę jej innych dzieł odłożyć muszę z przymusu  ad kalendas Graecas.   

                  Andrzej  Stanisław Sepioł