Moje przygody z teatrem szkolnym / Piotr Kotlarz

0
224

 

Tematem ma być teatr szkolny, ale zacznę od samej szkoły. Nie lubiłem jej, a ona nie lubiła mnie. Biorąc pod uwagę moje oceny i frekwencję, byłem jednym z najgorszych uczniów. Dzisiaj wiem, że wynikało to częściowo z mojego tak zwanego „pochodzenia społecznego”, które w czasach komunizmu miało duże znaczenie. Moja matka była rzemieślniczką, drobną kupcową, miała warsztat i sklep z wyrobami kaletniczymi, ona i my, jej synowie, byliśmy „prywaciarzami”, kapitalistami. Chociaż punkty za tak zwane „pochodzenie” zostały wprowadzone w Polsce, o ile pamiętam, dopiero w 1970 roku i dotyczyły dostępu do szkolnictwa wyższego, to już wcześniej w edukacji stosowano pewną selekcję.
Dotyczyło to nie tylko uczniów, ale także nauczycieli, przy czym osoby, które uczyły przed wojną, często otrzymywały pracę w mniej prestiżowych szkołach, często w odległych dzielnicach. Pod tym względem miałem dużo szczęścia, ponieważ dzięki temu moją nauczycielką języka polskiego w liceum była prof. Zofia Budrewicz. Jak się później dowiedziałem, była to wspaniała nauczycielka języka polskiego, pochodząca ze znanej rodziny polskich pedagogów, siostra Olgierda Budrewicza, autora około stu książek podróżniczych. Pomimo tego, że uważała mnie za „zdolnego, myślącego lenia śmierdzącego” (co często powtarzała podczas lekcji), wybrała mnie wraz z innym uczniem do bezpłatnych dodatkowych lekcji języka polskiego. Raz w tygodniu jeździłem więc z Gdańska do Sopotu (profesor mieszkała przy ulicy Monte Casino) na te dodatkowe zajęcia. Profesor zaś musiała codziennie dojeżdżać z Sopotu do Oruni. Później próbowałem podziękować profesor za jej nieocenioną pomoc, dedykując jej dwie moje książki i w zamian za to udzielając bezpłatnych dodatkowych lekcji wybranym uczniom, a nawet niektórym klasom w ramach mojej pracy nauczycielskiej.
Podobne szczęście miałem w szkole podstawowej, gdzie moją wychowawczynią była pani Romana Łapicka. Tak się złożyło, że nasza klasa była jedyną w jej karierze, w której podjęła się roli wychowawcy. Los znów okazał się przebiegły, ponieważ wiele lat później spotkaliśmy się ponownie w tej samej szkole, oboje jako nauczyciele, i myślę, że mogę powiedzieć, że zostaliśmy przyjaciółmi. Pani Roma podjęła się nawet korekty mojej pierwszej powieści. To dzięki niej po raz pierwszy zetknąłem się z teatrem szkolnym (pamiętam naszą wycieczkę klasową na jakiś festiwal teatru szkolnego w Wejherowie). Za miesiąc lub dwa planuję opublikować kolejny podręcznik o teatrze szkolnym i postanowiłem zadedykować go właśnie jej. Była wspaniałą nauczycielką.
Jak już wspomniałem, nie lubiłem szkoły i podczas studiów wybrałem inną, niepedagogiczną specjalizację, którą ukończyłem nieco później. Zostałem muzealnikiem, chociaż i ten zawód mnie nie interesował. Jeszcze jako student zdałem sobie sprawę, że inne zawody oferują lepsze wynagrodzenie, a będąc nieco hipisem, szukałem również większej niezależności. Wykonywałem dorywcze prace w Techno Serwisie, a po ukończeniu studiów pracowałem nawet przez krótki czas w rezerwie portowej. Później, pod okiem rzeźbiarza i ceramika Buniego Tuska, zajmowałem się wyrobem koralików, a w końcu, idąc w ślady mojej matki, produkowałem paski do spodni, a ostatecznie zostałem nawet kaletnikiem. A jednak trafiłem do szkoły, początkowo przez przypadek. Szukając zajęcia po wakacjach 1980 roku, w burzliwym okresie zmian związanych z tzw. Solidarnością, a później stanem wojennym, kiedy tzw. studencki handel uliczny i inne tego typu możliwości były dość ograniczone, a z drugiej strony panowała już duża konkurencja w tej dziedzinie i dochody z tego typu działalności stały się znacznie mniejsze. Ostatecznie w roku szkolnym 1984/1985 zdecydowałem się podjąć pracę w szkole ze względu na sytuację mieszkaniową. Dostałem pracę i mieszkanie w miejscowości na Żuławach. To właśnie tam po raz pierwszy wykorzystałem teatr szkolny w swojej praktyce nauczycielskiej. Uczyłem również moją córkę w jednej z klas i być może dzięki temu mogłem dostrzec, jak wiele korzyści edukacyjnych i wychowawczych przynosi ta metoda.
Do teatru szkolnego wróciłem później, pracując w liceach. Zdałem sobie sprawę, że teatr szkolny może być doskonałym narzędziem do przygotowywania różnych wydarzeń okolicznościowych. Wspólnie z uczniami przygotowywaliśmy i wystawialiśmy przedstawienia z okazji rocznicy niepodległości, powstania styczniowego i innych okazji.
Pewnego rodzaju przełom nastąpił podczas mojej pracy w Liceum Księgarskim w Gdańsku. W połowie października dyrektor tej szkoły poprosił mnie (mimo że miałem już własną klasę) o przejęcie klasy mojej koleżanki, ponieważ nie radziła sobie ona z uczniami. Niechętnie się zgodziłem. Długo zastanawiałem się, jak przeprowadzić moją pierwszą z nimi lekcję wychowawczą. W końcu, po pewnym namyśle, a może wybierając łatwiejsze rozwiązanie, zdecydowałem, że zamiast jakiejś eksploracyjnej i edukacyjnej dyskusji, zaproponuję klasie wspólną pracę nad sztuką teatralną, którą napiszą z moją pomocą, a następnie wystawimy. Praca przebiegała z oporem, ale w końcu jedna z uczennic, Monika Kupis, napisała tę krótką sztukę. Uczniowie wybrali temat już podczas pierwszej lekcji – uzależnienie od narkotyków. Od razu domyśliłem się, że to główny problem tej klasy. Delikatnie zasugerowałem młodym ludziom, żeby w swojej sztuce spróbowali zestawić prawdziwe, autentyczne doświadczenia z iluzją, jaką dają im narkotyki, żeby mogli zobaczyć, na czym polega prawdziwa przyjaźń, szacunek i zaufanie. Zwróciłem uwagę, że chociaż dealerzy narkotyków udają przyjaciół, w rzeczywistości czują się lepsi i wykorzystują uczniów. Wtedy nie wiedziałem, że ich dealerem był ich kolega z klasy.
Wystawiliśmy sztukę. Udało mi się uratować klasę. Prawie wszyscy (oprócz jednego) zdali egzaminy końcowe. Jak się okazało, dealer oblał, ale jego przyjaciele pomogli mu i zdał egzaminy w następnym roku. Myślę, że mój wkład w to był niewielki; większą rolę odegrała empatia i przyjaźń Moniki Kupis. Niemniej jednak po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że teatr szkolny jest wspaniałym i skutecznym narzędziem pedagogicznym. Rok lub dwa lata później przygotowałem i opublikowałem podręcznik do teatru szkolnego, Sztuka dramaturgii, który zawierał rozdział „Jak napisać sztukę teatralną”.
W tej książce wspomniałem, że historia teatru szkolnego w Polsce nie została jeszcze zbadana, na co zareagował mój kolega ze Związku Pisarzy Polskich, profesor Andrzej Żurowski.
– Piszesz, że teatr szkolny nie został zbadany. To zabierz się do pracy!
Zaproponował mi napisanie pracy doktorskiej na ten temat.
W tym czasie borykałem się z poważnymi problemami finansowymi, bezrobociem i bankructwem kawiarni, którą próbowałem prowadzić… Przy tym i temat okazał się bardzo szeroki – Teatr szkolny II Rzeczypospolitej (za radą Andrzeja ograniczyłem go do 1939 roku). Nie spodziewałem się, że w okresie międzywojennym teatr szkolny był uważany za tak ważny, że miał tak szeroki zasięg i wpływał na postawy patriotyczne młodzieży w tym okresie, podczas wojny i okupacji oraz w okresie powojennym. W końcu napisałem pracę. Obroniłem doktorat we Wrocławiu. Została ona bardzo wysoko oceniona przez wspaniałego profesora języka polskiego Janusza Deglera.
Często poruszam temat teatru szkolnego na świecie na łamach wydawanego przeze mnie magazynu Miesięcznik WOBEC (miesiecznik-wobec.pl). W ramach Fundacji Kultury WOBEC, która wydaje ten miesięcznik, zorganizowałem na własny koszt dwa ogólnopolskie konkursy na spektakle teatru szkolnego.
W ten sposób spłacam dług wdzięczności wobec moich wspaniałych nauczycielek języka polskiego: pani Romy Łapickiej i prof. Zofii Budrewicz.
Piotr Kotlarz
Teatr-szkolny-w-Drugiej-Rzeczypospolitej-1918-193922