„Walka o tożsamość i istnienie”: dziennik Raszy Abou Jalala z miasta Gaza / Rasha Abou Jalal

0
482
Rasha Abou Jalal przeprowadza wywiad z młodą kobietą siedzącą na gruzach zniszczonego domu jej rodziny w mieście Gaza.

Gdy Izrael dokonuje inwazji na główne miasto enklawy, rodzina kurczowo trzyma się domu, który, jak się obawia, może wkrótce zniknąć bezpowrotnie.

Kiedy na początku sierpnia izraelski gabinet bezpieczeństwa  zatwierdził plany całkowitego przejęcia miasta Gaza przez wojsko, dziennikarka Rasha Abou Jalal i jej rodzina  sprzedali ostatnie meble – zakupione podczas zawieszenia broni na początku tego roku – i przygotowali się na kolejną ewakuację. Tym razem obawiają się, że może ona mieć charakter trwały.
Teraz Abou Jalal, jej mąż i ich pięcioro dzieci mieszkają w namiocie w zachodniej części miasta Gaza. Ludzie uciekający z innych części miasta tłoczą się w tym rejonie, przynosząc opowieści o  ogromnych zniszczeniach, jakie izraelskie wojsko sieje w miarę swoich postępów.
Podczas gdy izraelskie wojsko zbliża się do obszaru, w którym przebywa Abou Jalal i jej rodzina, ona sama prowadzi dziennik opisujący jej codzienne życie w obliczu nasilających się ataków. Będziemy go okresowo aktualizować.
Przywódcy Izraela jasno dali do zrozumienia, że ​​planują przymusowe przesiedlenie prawie miliona Palestyńczyków z miasta Gaza, na południe od tego terytorium. Jeśli to zrobią, Abou Dżalal i inni obawiają się, że w przeciwnym razie zostaną oni ostatecznie przesiedleni do proponowanego  izraelskiego obozu dla przesiedleńców lub całkowicie wydaleni z Gazy.
Dzieje się to w czasie klęski głodu, którą Izrael zaaranżował izraelski rząd,  oficjalnie ogłoszonej pod koniec maja. Wraz ze wzrostem liczby zgonów z powodu głodu, co wywołało presję międzynarodową, Izrael zezwolił na dowóz żywności do miasta Gaza, ale zakończył  zapowiadane taktyczne przerwy w działaniach wojskowych, aby umożliwić dystrybucję pomocy humanitarnej. Mieszkańcy miasta Gaza obawiają się powrotu całkowitego oblężenia.
Ludzie, którzy już uciekli na południe, donoszą, że jest tam tak tłoczno, że nie ma miejsca na rozbijanie kolejnych namiotów. Pozostanie i odmowa wysiedlenia wydaje się teraz wyborem egzystencjalnym.
„W moim namiocie, tutaj, w zachodniej części miasta Gaza, widzę dzieci bawiące się wśród gruzów, kobiety piekące chleb nad otwartym ogniem i mężczyzn stawiających nowe namioty w miejsce tych, które rozerwał wiatr. Wszystko to wysyła jasny sygnał: Jesteśmy tutaj i nie odejdziemy” – napisał Abou Dżalal. „Pozostanie nie jest już tylko decyzją. Stało się walką o tożsamość i istnienie”.

29 sierpnia 2025 r. – Odmowa ucieczki na południe

Rodziny palestyńskie uciekają z północy i wschodu miasta Gaza na zachód po niedawnej inwazji izraelskiej armii na ich dzielnice mieszkalne.

Rasha Abou Jalal/TNH
Rodziny palestyńskie uciekają z północy i wschodu miasta Gaza na zachód po niedawnej inwazji izraelskiej armii na ich dzielnice mieszkalne.
Nadal jestem w zachodniej części miasta Gaza. Czuję, że siły izraelskie są coraz bliżej. Chwilę temu byliśmy w szoku, widząc quadrocopter unoszący się nad naszymi głowami. Zrobił nam kilka zdjęć, a potem nagle otworzył ogień do domu obok, tylko po to, żeby nas sterroryzować. Kobiety i dzieci uciekały w panice, a ja je uspokajałem, mówiąc: „Nie bójcie się, oni tylko chcą nas nastraszyć i zmusić do ucieczki na południe. Trzymajcie się”. I rzeczywiście, pozostali silni.
Teraz jestem wśród setek ludzi, którzy wciąż siedzą w namiotach, broniąc swojej pozycji i odmawiając ucieczki na południe. Ale nie wiem, jak długo damy radę.
Jest godzina 18:30. Chwile przed zachodem słońca stały się sygnałem ostrzegawczym, zapowiadającym kolejną noc grozy. Wokół nas ludzie wciąż napływają z północy i wschodu miasta, uciekając przed narastającą izraelską inwazją.
Zmrok już nie przynosi spokoju. Przynosi strach. Wraz z zapadnięciem ciemności izraelskie quadrocoptery zaczynają zawisać nisko, ostrzeliwując nas, by siać panikę i zmusić do ucieczki na południe. A jednak wciąż trzymamy się naszej ziemi, stawiając opór jedynie gołymi ciałami.
Tutaj ludzie próbują uciszyć swoje dzieci, stłumić ich szlochy, aby ich miejsce pobytu nie zostało ujawnione tym demonicznym maszynom. Nikt nie odważy się zapalić świecy ani lampy. Wszystko odbywa się w dusznej ciemności – usypianie dzieci, szeptanie matczynych zapewnień. Nawet oddechy wstrzymujemy, bojąc się, że zostaną wykryte.

30 sierpnia 2025 r. – Powrót do całkowitego oblężenia

Dziś nastąpił gwałtowny wzrost zakupów wśród mieszkańców Gazy po tym, jak rozeszła się wiadomość, że Izrael może ponownie zablokować wjazd food trucków, próbując zmusić ludzi do przeniesienia się na południe. Jak wielu innych, którzy odmawiają ewakuacji, wybrałem się na zakupy i zaopatrzenie się w niezbędne produkty żywnościowe. Spodziewamy się jeszcze większego głodu.
Ludzie kupują i przechowują wszystko, co mogą, przygotowując się na ewentualną nową kampanię głodową, którą może wprowadzić Izrael. Obecnie w Strefie Gazy jest wiele produktów dostępnych od czasu, gdy Izrael zezwolił na wjazd food trucków kilka tygodni temu, po ostrej międzynarodowej krytyce wywołanego przez nie głodu.
Te zapasy pomocy są jednak rabowane przez uzbrojone gangi, które następnie odsprzedają je po wygórowanych cenach, na które większość tutejszych rodzin nie może sobie pozwolić. Mąka jest sprzedawana po 2,50 dolara za kilogram; przed wojną kosztowała 1 dolara. Ryż jest sprzedawany po 5 dolarów za kilogram; przed wojną kosztował 1 dolara. Makaron jest sprzedawany po 4 dolary za kilogram; przed wojną kosztował mniej niż 1,50 dolara.
Większość rodzin w Gazie straciła źródła dochodu z powodu wojny i nie stać ich na takie ceny. Utrzymują się dzięki darmowej pomocy humanitarnej. Dlatego wczoraj rozdawałem paczki z żywnością. Zakupiłem potrzebne produkty za zebrane przeze mnie darowizny oraz za własne pieniądze, a następnie rozdałem paczki przesiedlonym i ubogim rodzinom.

31 sierpnia 2025 r. – Roboty z ładunkiem wybuchowym

Dziś powitaliśmy kolejne rodziny, które uciekły z północnej części miasta Gaza.
Siedziałem i słuchałem ich rozdzierających serce opowieści. Opowiadali mi, jak długo wytrzymali w swoich domach i namiotach, nie chcąc odejść pomimo bombardowań, głodu i strachu. Powtarzali: „Urodziliśmy się tutaj i tutaj chcemy umrzeć. Nie opuścimy naszej ziemi”.
Ale izraelska armia wysłała  w ich okolicę zdalnie sterowany pojazd z ładunkiem wybuchowym. Ten robot, jak mi wyjaśnili, daje ludziom nie więcej niż 15 minut na ucieczkę, zanim eksploduje i zamienia wszystko w promieniu 200 metrów w gruz. Nie mieli innego wyjścia, jak tylko uciekać.
„Nie mogliśmy niczego ze sobą zabrać. Zostawiliśmy ubrania, materace, koce. Nawet zabawek naszych dzieci nie udało nam się uratować” – powiedziała jedna z przesiedlonych matek, próbując uspokoić płaczące, drżące z zimna i głodu dziecko.
Do wszystkich czytających: To nie jest tylko przelotna wiadomość. To nasza codzienność. 
Kiedy dotarli do zachodniej części miasta Gaza, byli wyczerpani – czasem boso, z twarzami pokrytymi kurzem, ciałami wyczerpanymi biegiem. Nie mieli namiotów ani schronienia i spędzali noce pod gołym niebem, narażeni na bezpańskie psy i ukąszenia komarów. Staraliśmy się, jak mogliśmy, zmieścić jak najwięcej rodzin w kilku namiotach, które mieliśmy, ale większość rodzin siedziała na ziemi, czekając na cud.
Piszę te słowa, patrząc na dzieci śpiące na żwirze, kobiety przykrywające się zniszczonymi kawałkami materiału i mężczyzn szukających czegokolwiek, co mogłoby posłużyć za przykrycie do spania.
Nie jestem tylko świadkiem tego, co się dzieje. Dzielę ich strach i głód. Dzielę ten okrutny los, który obrócił nasze domy w ruinę i zmusił nas do wysiedlenia we własnym kraju.
Do wszystkich, którzy to czytają: To nie są tylko przelotne wieści. To nasza codzienność. Jesteśmy ludźmi, wyrwanymi z naszych domów, siedzącymi na kamieniach, czekającymi na nieznane jutro. Potrzebujemy schronienia, namiotów, materacy, koców. Potrzebujemy waszej solidarności i wsparcia, aby nasze dzieci nie musiały spędzić kolejnej trudnej nocy bez przykrycia.

1 września 2025 r. – Dlaczego nalegamy na pozostanie w mieście Gaza

Dziś widziałem rodziny, które kilka dni temu uciekły na południe, a teraz wracają do zachodniej Gazy, by znów rozbić namioty pośród gruzów.
Podszedłem do jednej z tych rodzin i zapytałem ojca, dlaczego wrócili. Odpowiedział zmęczonym głosem: „Sytuacja na południu jest ekstremalnie przeludniona. Nie ma wolnego miejsca. Nie możemy nawet znaleźć miejsca na rozbicie namiotu”.
Ta scena powtarza się z coraz większą liczbą rodzin. Wracają pomimo niebezpieczeństwa, pomimo bombardowań, pomimo zniszczeń. Wracają, bo południe nie jest już w stanie przyjąć kolejnych przesiedleńców.
Uważam, że trzymanie się Gazy i pozostanie w niej, niezależnie od wyzwań, jest obroną naszego prawa do ziemi i do życia. Namioty nie są już tylko kruchymi schronieniami; stały się symbolami oporu wobec planu opuszczenia Gazy i wykorzenienia nas.
Tutaj, w zachodniej części miasta Gaza, pośród namiotów i ruin, rodzi się nowa świadomość: przesiedlenie na południe nie jest rozwiązaniem. Nie mamy innego wyjścia, jak tylko bronić się tam, gdzie jesteśmy, ponieważ ewakuacja miasta Gaza oznacza pierwszy krok w kierunku zmuszenia jego mieszkańców do emigracji.
Osobiście podzielam to przekonanie. Uważam, że trwanie i pozostanie w Strefie Gazy, niezależnie od wyzwań, jest obroną naszego prawa do ziemi i do życia. Namioty nie są już tylko kruchymi schronieniami; stały się symbolami oporu wobec planu opuszczenia Gazy i wykorzenienia nas.
W moim namiocie, tutaj, w zachodniej części miasta Gaza, widzę dzieci bawiące się wśród gruzów, kobiety piekące chleb nad otwartym ogniem i mężczyzn stawiających nowe namioty w miejsce tych, które rozerwał wiatr. To wszystko wysyła jasny sygnał: jesteśmy tutaj i nie odejdziemy.
Pozostanie nie jest już tylko decyzją. Stało się walką o tożsamość i istnienie.

3 września 2025 r. – Ścieki i bomby

Rzeka ścieków rozlała się między namiotami w obozie, w którym mieszkała Rasha Abou Jalal i jej rodzina, gdy pękł uszkodzony rurociąg.

Rasha Abou Jalal/TNH
Rzeka ścieków rozlała się między namiotami w obozie, w którym mieszkała Rasha Abou Jalal i jej rodzina, gdy pękł uszkodzony rurociąg.
Obudziłam się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Jak zwykle zaczęłam ugniatać resztki mąki, które zostały do ​​upieczenia chleba, podczas gdy mój mąż spieszył się, by rozpalić ogień, próbując przygotować coś, co pozwoli nam przetrwać ten długi oblężenie.
Nagle zanieczyszczona woda zaczęła zalewać ziemię, szybko zbliżając się do naszej sypialni, plamiąc nasze ubrania i resztki koców. Pękł kanał ściekowy – uszkodzony przez wojnę.
Pospieszyliśmy z telefonem do władz miasta Gaza, licząc na ich pomoc. Odpowiedź była równie rozczarowująca, jak zawsze. Pracownik działu skarg wyraził ubolewanie i poinformował nas, że władze miasta nie są w stanie naprawić linii. Skończyło się paliwo, maszyny nie działały, a niezbędne zasoby były niedostępne.
Zostaliśmy sami, by stawić czoła tej okropnej powodzi, ale od dawna przyzwyczailiśmy się do uczucia, że ​​zostaliśmy pozostawieni losowi. Mieszkańcy obozu zebrali się i zaczęli kopać prowizoryczny kanał wzdłuż drogi, kierując do niego ścieki, aby nie zalewały naszych namiotów. Namioty zamieniły się w małe wyspy otoczone czarną wodą.
Gdy chaos nieco przycichł, doszło do jeszcze większej tragedii: izraelskie drony zrzuciły bomby na klinikę medyczną Sheikh Radwan – oddaloną o 1,5 kilometra – jedyną klinikę w dzielnicy przepełnionej przesiedleńcami. Cel był jasny: zamknąć klinikę, aby zmusić nas wszystkich do ucieczki na południe.
Piszę dziś pamiętnik z sercem przepełnionym żalem, ale piszę też po to, by świat wiedział, że się nie poddajemy. Żyjemy między ściekami a bombami, między głodem, ukąszeniami komarów i użądleniami owadów. A jednak wciąż próbujemy budować życie z popiołów i zachować człowieczeństwo w tym duszącym oblężeniu.

4 września 2025 – Ziko, mysz

Dzisiejsza noc była spokojniejsza niż poprzednie. Hałas samolotów nie dawał nam się we znaki tak jak zwykle i mieliśmy wrażenie, że w naszym namiocie na chwilę zagościł spokój. Mój mąż, dzieci i ja szykowaliśmy się do snu, gdy zegar wybił dziewiątą. Byliśmy kompletnie wyczerpani po długim dniu zdobywania wody z odległych miejsc, kupowania jedzenia po cenach wielokrotnie wyższych niż zwykle i prania dziecięcych ubranek, które szybko brudziły się od kurzu i błota.
Pralki dawno zniknęły z naszego życia, odkąd Izrael odciął prąd na początku wojny. Podobnie jak inne matki, piorę wszystko ręcznie i czuję się, jakbym żyła w innej epoce.
Przyzwyczaiłem się do zasypiania w chwili, gdy położyłem głowę na poduszce, z czystego zmęczenia. Ale nagle zobaczyłem, jak dzieci wyskakują z łóżek w przerażeniu.
Przez chwilę myślałem, że izraelska armia dotarła do naszej dzielnicy. Ale wtedy mój dwunastoletni syn, Zain ad-Din, przełamał moje wątpliwości krzykiem: „Mysz wkradła się do naszego namiotu!”.
To była ostatnia rzecz, jakiej potrzebowałam. Nic nie przeraża mnie bardziej niż myszy. Mój mąż próbował nas uspokoić, mówiąc: „To tylko mysz szukająca czegoś do jedzenia”.
Spojrzałam na niego gniewnie i warknęłam sarkastycznie: „Może powinniśmy go też nakarmić?”
Uśmiechnął się i zapytał łagodnie, obserwując panikę dzieci: „Czemu tak boisz się myszy? Czy cię zabije? To tylko mysz”.
Przeszukaliśmy każdy kąt namiotu, przewróciliśmy torby, podnieśliśmy koce, ale nie znaleźliśmy po nim śladu. W końcu poddaliśmy się zmęczeniu i położyliśmy się z powrotem. Ale spokój nie trwał długo. Po kilku minutach usłyszeliśmy szelest. Dzieci znowu zaczęły krzyczeć. Wtedy mój mąż wpadł na pomysł, jak zmienić nastrój. Usiadł z nimi i powiedział z uśmiechem: „To tylko mała myszka szukająca miejsca do spania. Może pomyślimy o niej jak o naszym przyjacielu?”
Po raz pierwszy od dawna wybuchnęłam śmiechem. Propozycja była jednocześnie absurdalna i zabawna. Kontynuował z przekonaniem: „Nadajmy mu imię. Łatwiej będzie się z nim dogadać, jeśli potraktujemy go jak gościa”.
Dzieci z zapałem zaczęły proponować imiona, aż w końcu wszystkie zgodziły się na jedno: Ziko. Nie mogłam uwierzyć, że mój mąż przekonał je do przyjęcia myszy w naszym namiocie. To było absolutnie szalone.
Wkrótce zaczęli wołać do niego: „Ziko! Ziko!”
Nawet moja najmłodsza córka, Misk, mająca zaledwie pięć lat, wyciągnęła rękę i zaprosiła go, żeby spał obok niej. W tym momencie napięcie opadło, a namiot wypełnił się śmiechem.
Zaczęliśmy słyszeć drobne kroczki Ziko, poruszające się wśród naszych rzeczy, i nie drżeliśmy już jak wcześniej. Nawet go widzieliśmy i nie próbowaliśmy go odpędzać. Mruknąłem do siebie z niedowierzaniem: „Co to za szaleństwo? Jak to możliwe, że strach tak szybko przerodził się w znajomość?”
A potem, tuż przed tym, jak sen mnie pochłonął, wyszeptałam do siebie: „Wszystko tutaj stało się szaleństwem… ta wojna sprawiła, że ​​zaprzyjaźniliśmy się z myszą o imieniu Ziko”.

5 września 2025 r. – Trzymając się cienkiej nitki nadziei

Otwieram oczy i patrzę na sufit naszego namiotu, który nie chroni nas ani przed upałem, ani przed ulewnymi, zimowymi deszczami, które – jak wiemy – nadchodzą. Moje dzieci przewracają się obok mnie na cienkich materacach, które ledwo chronią je przed szorstkością podłoża.
Życie tutaj jest niezwykle prymitywne. Kopiemy w ziemi, żeby dotrzeć do wody, i rozpalamy drewno na opał, żeby ugotować jedzenie, które ledwo zaspokaja głód. W kącie namiotu ustawiłem małą, drewnianą łazienkę, która nie oferuje ani prywatności, ani higieny. Kiedy uda mi się znaleźć trochę czystej wody, raz w tygodniu kąpię dzieci w krótkiej kąpieli.
Mimo wszystko, kurczowo trzymamy się cienkiej nitki nadziei, że wojna się skończy, że to ludobójstwo, które nas wszędzie ściga, ustanie. Ale wiadomości, które otrzymujemy, roztapiają resztki tej nadziei. 
Śledzimy rozwój sytuacji związanej z izraelską inwazją na miasto Gaza i próbami armii, by zmusić nas do odejścia na południe. Większość z nas odmawia posłuszeństwa. Pozostajemy na zachodzie miasta, pomimo niebezpieczeństwa, jakby chcąc powiedzieć światu: „To nasza ziemia. Tu się urodziliśmy i tu przetrwamy”.
W ostatnich godzinach izraelska armia zaczęła atakować wieżowce w Gazie. Jednym z nich był 13-piętrowy  wieżowiec Mushtaha w zachodniej części miasta. W jednej chwili zamienił się w gruz, a ponad 200 rodzin zostało bez dachu nad głową. Wyobraziłem sobie tę scenę – głosy kobiet i dzieci krzyczących pośród dymu i kurzu – scenę, która odzwierciedla los, którego wszyscy obawiamy się w każdej chwili.
Jako matka, czuję, jak strach wdziera się do oczu moich dzieci każdego wieczoru, gdy słyszą odgłosy bombardowania. Przywierają do mnie, jakby szukały bezpiecznej twierdzy, podczas gdy ja sama drżę ze strachu. Jak mogę je uspokoić, skoro sama nie potrafię?
Jako dziennikarka dźwigam na sobie kolejny ciężar: dokumentować i przekazywać cierpienie ludzi wokół mnie, będąc jednocześnie jedną z nich. Staram się pisać, mimo że drżą mi ręce, a myśli kłócą się między obowiązkami zawodowymi a lękiem o dzieci.
Trzymamy się nikłej nadziei, że jutro będzie lepsze, jednocześnie żyjąc w strachu, że piekło izraelskiej armii zbliży się do naszego namiotu, zmieniając nasze życie w kolejną opowieść w trwającej tragedii Palestyny.

      Rasha Abou Jalal

Redakcja: Eric Reidy.

 

Zdjęcie Raszy Abou Jalala.
Autor i dziennikarz z Gazy, który zajmuje się wydarzeniami politycznymi i problemami humanitarnymi, publikuje regularne aktualizacje na Substacku

 

Powyższy artykuł był pierwotnie publikowany na stronie „The New Humanitarian”.

Link do artykułu:

https://www.thenewhumanitarian.org/opinion/first-person/2025/09/08/battle-identity-existence-rasha-abou-jalal-gaza-city-diary

„The New Humanitarian” relacjonuje wydarzenia z samego serca konfliktów i katastrof, o których niewiele innych mediów pisze. Cieszymy się, gdy nasza praca dociera do nowych odbiorców. Śmiało, kradnij nasze materiały. Większość artykułów można publikować bezpłatnie na licencji Creative Commons (CC BY-NC-ND 4.0).