NOWE – 2025 – LUBLIN
O ŻYCIU
powiedział
ja się swojego
nie wstydzę
i nie wypieram
bo wiem
że jest
ze mnie
dumne
chociaż zdarza się
że odburknie
prawdą
niekiedy jak krokuta
zachichocze
już czas
nic tu
po tobie
wtedy myślę
a nawet
trochę się boję
że jednak
za wcześnie
i że zasłużyłem
na więcej
ON
udawał herosa
Martina Edena
drwił z losu
nie wiedział
że krok w krok za nim
czołga się
to znów przyśpiesza
egzekutor
z workiem trucizn
na plecach
i z mizerykordią
za paskiem
nagle pojął
( o życie za późno )
że był to
także
jego czas
PLISZKA Z PODWÓRKA
przez cały dzień
nie opuszczała mnie myśl
o śmierci
rano
gdy pakowałem do torby
książki i zeszyty
kot przybłęda
odkrył w stosie drewna
gniazdo szarej pliszki
zabił
i uciekł
z łupem w pysku
w przydrożne pokrzywy
tego dnia
nie poszedłem do szkoły
włóczyłem się po łąkach
obwiniałem siebie
pliszka
jeszcze pół tygodnia
łkała na płocie
domagała się sprawiedliwości
O POWROTNEJ DRODZE
Józkowi K.
kumie brachu
nie ma powrotnej
drogi
to mit
omam którym
karmi nas mózg
a jednak
wspaniale jest marzyć
i z tym żyć
SEN
śni mi się
że idziemy
czerwcowym świtem
do lasu
przez pola miedzami
pośród falujących zbóż
żeby sfotografować zielonego dzięcioła
naskubać do blaszanego kubka poziomek
pobyć z sobą
i posłuchać wiatru
hulającego nad sosnami
nie budzę się
bo wciąż pamiętam
że w drodze powrotnej
trzymaliśmy się za ręce
TAMTE POLA
wtedy jeszcze
sitnickie pola
nie były
urodzajne
na gnoju
rodziły się tylko
kartofle
rzepa
i żyto
ale dobrze się po nich
chodziło
za krowami
czy pługiem
równinne
z widoczną na przestrzał
dalą
ach jak znów
chciałoby się po nich pobiegać
puścić na przełaj
po rżysku
za zającem
schować za horyzontem
upiec w ognisku
podebrane na polu sąsiada
młode ziemniaki
w żwirowni zbudować zamek
w piasku ogrzać stopy
zabłądzić w olszynie
żeby usłyszeć o zmierzchu
jak matka wykrzyczy
Józiu Józiczku
chodź na ciepłe kluseczki
ale to
nie chodziło
o mnie
bardzo mu
zazdrościłem
TAK BĘDZIE
być może
pojadę tam wkrótce
lada dzień
po niedzieli
jak mawiała matka
gdy wrócą do obory jaskółki
wyfruną z uli pszczoły
i młode kawki z ceglanego komina
w starej szkole
a jastrząb
znów będzie polował nad łąkami
na moje gołębie
późnym wieczorem
już przy naftowej lampie
wejdzie do domu
ojciec
przemoknięty
w zabłoconych gumowcach
bardzo zmęczony
przyniesie zapach ziemi
odradzających się po zimie chwastów
i nadchodzącej wiosny
tylko nie wiem
po której niedzieli
i czy na pewno
tak będzie
ZAROŚLA POLA DROGI
a w Zaroślach
to ja
najbardziej lubiłem
drogi
rozpoznawałem tropy
zajęcy saren borsuków
szukałem wilczych
i kłusowników
udawałem Apacza
i poziomki na polanach
staw z zatopionymi obłokami
w którym żyły traszki
też piaszczyste pagórki
zarosłe na obrzeżach
dzikimi malinami
i wiatr odurzony zieleniną
gdy wracał wieczorem z pól
na krótką drzemkę
w koronach sosen
smukłych i strojnych
jak kawalerka z dożynkowej remizy
kołysał je delikatnie
jak dziadek ukochaną wnuczkę
skrzypiały
zrzucały szyszki
ocierały się zalotnie
o brzozy
i usypiał w gniazdach
krzykliwe
młode gawrony
wtedy jeszcze
nie wiedziałem
że je bezpowrotnie utracę
i że zatrują mnie
ulice
za którymi skrycie
tęskniłem
SAMOOCENA
dobry byłem
asysty zaliczałem
bliźnich szanowałem
i zdaje się
że ze wszystkim
zdążyłem
bo niczego
nie pominąłem
wszystkiego spróbowałem
ależ się działo
dzielnie mnie wspomagałeś
aniele stróżu mój
chciałbym cię zobaczyć
pokaż się wreszcie
i unieś mnie w powietrze
Henryk J. Kozak







