Polak ma żonę psa i półtora dziecka. Statystyczny
Polak jest po rozwodzie czyli po przejściach
Przeważnie jest kobietą z domu czasami primo voto
bywa mężczyzną choć to teraz niemodne
Chętnie bierze pieniądze od państwa. Statystyczny
Polak ma zróżnicowane potrzeby i wielkie oczekiwania
Robi zdjęcia chińskim aparatem pije czeskie piwo
pali rosyjskie papierosy z kontrabandy
Seks uprawia na tylnym siedzeniu
samochód musi być niemiecki. Statystyczny
Polak czyta pół książki rocznie do lektury wypija
dziesięć litrów spirytusu książki nie pamięta
Alkohol i owszem. Lubi wypowiadać się na tematy
na których się nie zna raz na dziesięć lat zasypia
W teatrze. W sklepie samoobsługowym testuje
nowe napoje wyskokowe bierze mnóstwo tabletek
Rzadko chodzi do lekarza nie lubi matematyki
a tym bardziej statystyki umiera rzadko przeważnie
Raz w życiu
Parszywa trzynastka
Markowi
Mój ojciec długo wierzył w magię liczby trzynaście.
Nieraz powtarzał, że jest szczęśliwa i zsumowywał cyfry z tablic
rejestracyjnych, dat urodzenia, godzin przyjazdów, numerów odlotów.
Nigdy nie czuł lęku w dniu trzynastego w piątek, a raczej przyjmował
ten dzień z nadzieją.
Nie przeszkadzało mu to, że trzynastka wpisała się w stan wojenny –
a dekret i represje junty Jaruzelskiego odcisnęły na jego życiu
diabelskie piętno. Dopiero śmierć mojej matki w 2013 roku
otrzeźwiła jego miłość do tej liczby. Teraz stała się „parszywą
lub przeklętą trzynastką”.
O tym wszystkim myślałem w tunelu, opodal tureckiego kurortu
Alanya, który liczy 1541 metrów, ale po zsumowaniu cyfr
nie osiągnąłem zamierzonego efektu.
Zachód słońca w Alanyi
Piękne są Rosjanki na plaży w Alanyi.
W swych celebryckich pozach oczekują na zachód słońca.
Spaceruję wzdłuż morza, błyskają flesze, ich zgrabne
ciała wyginają się harmonijnie. Być może
pojawię się w pierwszych wersjach foto,
ale później zostanę wycięty. Gdybym był wielbłądem,
palmą, arbuzem lub wielką muszlą, ale biała, nieznana
twarz z nieregularnym zarostem musi zniknąć.
Piękne są Rosjanki na plaży w Alanyi,
słyszę ich śpiewny język, który wplata się w jasne warkocze.
Tyle w nich niewinności. Wydaje się, że te bóstwa
dopiero co wyszły z morskiej toni i zamieszkały
w pięciogwiazdkowym hotelu, na którym powiewa trójkolorowa
flaga. Poszedłem tam po śladach pewnego czworonoga
zwiedziony samczym instynktem spełnienia, ale zostałem
zawrócony przez ochronę obiektu.
Piękne są Rosjanki na plaży w Alanyi –
te młode dwudziestoletnie córki i ich czterdziestoletnie mamy,
tak samo zadbane i utkane w każdym detalu przez
niewidzialną rękę bizantyjskiego mistrza.
Ich celebryckie maniery budzą we mnie niesmak,
ale uroda ponad normę przyciąga. Właśnie słońce zachodzi,
nastoletnia Sonia karmi bezdomnego kota,
a potem gładzi go po brzuchu, jakby chciała całemu światu
coś wykrzyczeć, podczas zachodu słońca w pięknym mieście Alanya.
Lipiec 2024 r.
Czas szakali
Jeszcze nastąpi czas szakali,
oni wyjdą z mrocznych zakątków wyobraźni,
lasów przeszłości, mokradeł strachów.
Jeszcze nastąpi czas szakali,
sprawcy, siepacze spod ciemnej gwiazdy
będą szykować nam miejsca kaźni.
Będą się mnożyć niczym wirusy,
pączkować, tańczyć w rytm jednostajnej
melodii pejcza, obłudy, nędzy.
Znani są ze swoich zwyrodniałych zabaw,
przyrządzają potrawy z ludzkiego
mięsa, które nazywają dziczyzną.
Będzie wesoło, zobaczysz, głowa do góry,
choć pusto wokoło, wesoło – to kwestia gustu –
wszystko zależy od ciebie.
Oni już tylko czekają na znak, ostrzą bagnety,
kosy, maczety, szpikulce, noże, lancety, sierpy.
Śpiewają razem: wszystko, co złe, jeszcze
przed nami, zło jest jak wino, rośnie latami.
Lecz nigdy nie śpi, tylko w nas drzemie,
jeszcze zobaczysz jego prawdziwą twarz.
Wszystko przed nami, a dni zasłane będą
trupami, wasza naiwność – rzecz niebywała!
Jeszcze to wszystko będzie przed nami,
bądź dobrej myśli, zginiesz na końcu.
Głupiec z Lovanium,
Anno Domini 2000
Po zakończeniu niezbyt udanych studiów
politologicznych, które nie gwarantowały
mi nic oprócz bezrobocia, pojechałem na
stypendium do Leuven.
Słabo posługiwałem się angielskim,
co było dość kompromitujące na tle
błyskotliwych Rumunów, Słowaków,
Czechów, Węgrów i Słoweńców.
Wszyscy razem mieliśmy wstąpić do
Unii Europejskiej, a młode kadry przecież
są najważniejsze.
Miałem plan: wyjechać na Zachód, dać
nura i zaczepić się gdzieś na lewo,
w jakiejś popularnej kafejce internetowej
oferującej świetne piwo Stella Artois.
Zacząć zarabiać prawdziwy hajs.
Mój plan jednak nie wypalił.
W ramach stypendium zorganizowano
nam wycieczkę z przewodnikiem;
pojechaliśmy na miejsce bitwy pod Waterloo.
Innym razem powiedzieli mi, że będzie barbecue.
Pomyślałem, że to jakiś belgijski barbakan.
Niewiele rozumiałem, więc udawałem
idiotę. Nosiłem czapkę leninówkę
i mówiłem, że jestem Vladimir Ulyanov
Lenin – chief of revolution.
Byłem stypendialnym pajacem, a wszyscy
lubią pajaców. Na zajęciach, będąc przeważnie
skacowany, spałem. Budziłem się i mówiłem:
„Belgium will first victim of revolution”
i spałem dalej.
Tutejsi księża profesorowie z tej
dostojnej kuźni katolickich kadr klepali
mnie po plecach i częstowali papierosami.
Mówiłem im, że palę tylko rosyjskie
z kontrabandy.
Czasami, żeby zrobić wrażenie twardziela,
demonstracyjnie odrywałem ustnik.
I zaciągałem się żarłocznie na widok
pięknych studentek z belgijskiego
Konga.
Na jednych z zajęć dowiedziałem się,
że w Lovanium wykładał słynny
Erazm z Rotterdamu. Autor Pochwały
głupoty.
Tylko dlatego napisałem ten szczery
wiersz.
Bartłomiej Siwiec







