Demokracja

0
319

Demokracja

Ktoś, zdaje się, że był to Leszek Moczulski, powiedział kiedyś, że demokracja od demokracji socjalistycznej  (ludowej) różni się tak jak „krzesło od krzesła elektrycznego”, można również powiedzieć, że demokracja od demokracji liberalnej różni się tak jak „mieszkanie od celi”. Do słowa demokracja nie powinniśmy przydawać żadnych przymiotników. Nie można jej ograniczać żadną ideologią. Demokracja chrześcijańska, ludowa, liberalna itp. Każdy z dodanych przymiotników przecież ogranicza jej istotę, równe prawo głosu dla wszystkich. W demokracji tzw. socjalistycznej, pomijając to, że jej właściwie nie było (nie ma takiego ustroju, mieliśmy do czynienia w pierwszym okresie z dyktaturą, a później z rządami autorytarnymi)… w demokracji socjalistycznej uzasadniając ograniczanie dostępu do władzy znacznej części obywateli odwoływano się do tzw. idei socjalistycznych (dobra wspólnego), a ograniczano  prawa ludzi o odmiennych poglądach, mało tego o tzw. innym pochodzeniu społecznym. Oczywiście była to tylko zasłona, rządzący chcieli za pomocą tej idei chronić dobro własne. Pisząc kiedyś tragifarsę o tamtych czasach nadałem jej tytuł „Wszystko dla mas”, jednemu z bohaterów pomyliła się tylko jedna litera – chciał powiedzieć: wszystko dla nas.

Podobnie obrońcy tzw. demokracji liberalnej. Do jakich wartości odwołują się chcąc ograniczać prawa ludzi o innych, nie liberalnych poglądach: tradycjonalistów, chadeków, ludzi odwołujących się do wartości, których źródeł szukają w religii? Widocznie i im myli się tylko jedna literka.

Są zasady, reguły postępowania, reguły życia, które wiążemy z demokracją. Są nimi: wolność słowa (wszelkich form wypowiedzi), wolność zgromadzeń, równość wobec prawa, równe prawa polityczne (bierne i czynne). Nikt nie ma jednak prawa do wykorzystywania demokracji do narzucania innym jakiejkolwiek ideologii. Tu, bowiem wchodzimy w sprzeczność. Albo bowiem wolność słowa, albo narzucanie jednej, wybranej przez większość ideologii. Dotyczy to wszystkich ideologii, tych wywodzących się z religii, i tych, których twórcami są różni ideolodzy świeccy: marksiści, liberałowie itp. Nie tylko zresztą o ideologię chodzi. Obserwujemy dziś również toczącą się walkę o wybierany model życia, który każda ze stron politycznego sporu usiłuje skodyfikować, ująć w ramy prawne, narzucać innym.

Żyjemy w dziwnych czasach. Pamiętam z okresu studiów, że uczono nas odróżniania reguł prawnych od zasad moralnych. Moja młodość przypadała na czasy rządów autorytarnych (w Polsce). Mimo tego jednak ingerencja państwa w wiele kwestii moralnych była znacznie mniejsza niż dziś. Wbrew powszechnemu odczuciu wpływy kościoła były wówczas znacznie większe niż obecnie, a jednak społeczeństwa nie rozpalały spory dotyczące aborcji, życia erotycznego itp. ludzie rozstrzygali te kwestie we własnym sumieniu.

Czy rzeczywiście musimy ujmować w konstytucji aż tak szczegółowo kwestie prawa do aborcji, czy musimy „prawniczo” definiować małżeństwo? Czy też konstytucja, tak jak np. konstytucja Stanów Zjednoczonych powinna ograniczać się tylko do najważniejszych praw demokratycznych, zasad organizacji państwa? Myślę, że czas najwyższy zacząć zastanawiać się nad ograniczeniem praw polityków, którzy wybrani do reprezentowania nas w kwestiach stricte politycznych, od jakiegoś czasu wzorem polityków z czasów „ słusznie minionych”, choć jeszcze usilniej, zaczynają ingerować w kwestie moralne, artystyczne. Słuchając wypowiedzi wielu z nich, bardzo najczęściej emocjonalnych, mam przed oczyma różnych doktrynerów, sekciarzy. Odrobinę spokoju panie i panowie. Przestańcie wzbudzać emocje wokół kwestii, których nie sposób rozwiązać żadnymi dekretami. Zanim pewne normy moralne nabiorą umocowania prawnego musi minąć sporo czasu. Czy nie dostrzegacie, że wasze spory nie mogą rozwiązać żadnych problemów? Zyskawszy nawet chwilową większość możecie oczywiście wprowadzić pewne zapisy prawne, później (gdy np. w wyniku jakiegoś załamania gospodarczego utracicie władzę) dysponując znów niewielką większością wasi przeciwnicy przywrócą prawa poprzednie i tak dalej, w kółko Macieju. Po drodze wzrost emocji społecznych, rozruchy.

Tylko w celu własnych karier politycznych wielu polityków każdej ze stron wciąż nami manipuluje. Koszty społeczne takiej pseudo politycznej aktywności są ogromne. Rozbudzone emocje, podziały społeczne. Podsycane zresztą przez dziennikarzy. Widziałem wczoraj zdjęcia z tzw. „strajku kobiet”, tłumy dziennikarzy z aparatami fotograficznymi, smartfonami, kamerami. W jednym ujęciu widziałem ich więcej niż protestujących. Przecież tego sporu zakończyć nie sposób. Zostawmy te sprawy społeczeństwu. Na pewno znajdzie rozwiązanie. Oczywiście nie na ulicy. W taki sposób nigdzie w świecie, nigdy w historii żadnych problemów jeszcze nie rozwiązano, nie da się rozwiązać. Niech zagadnienia moralne podejmują pisarze, intelektualiści, moraliści „zwykli ludzie”. Niech nikt nie udaje, że w jakiś sposób (choćby regulując prawo) chce nam w tych kwestiach pomóc. Nie jest to możliwe. Kwestie moralne rozstrzygamy we własnym sumieniu, w sobie.

Politycy wszelkiej maści (ci z prawa i ci z lewa) odczepcie się od kwestii moralnych, obyczajowych. Nikt wam nie dał prawa by tym się zajmować. Przestańcie dla swych egoistycznych celów (utrzymania lub zdobycia władzy) szkodzić społeczeństwu, które macie reprezentować. Dziennikarzom zaś sugeruję, by mniej czasu poświęcali tego rodzaju wystąpieniom. By również schowali własne w kwestiach moralnych oceny  i zajęli się zagadnieniami, które są weryfikowalne.

                                                                                         Piotr Kotlarz