„Boję się tego spokoju”: Życie w czasie niepewnego zawieszenia broni w Strefie Gazy / Rita Baroud

0
454
Palestyńczycy powracający do północnej części Strefy Gazy po tym, jak Izrael pozwolił im przekroczyć korytarz Netzarim 27 stycznia.

 

Minęły prawie trzy tygodnie od rozpoczęcia zawieszenia broni – jak nazywają to media – a ja nadal nie mogę w to uwierzyć. Nie mogę uwierzyć, że wojna ustała, nawet tymczasowo. Nie mogę uwierzyć, że przeżyliśmy 15 miesięcy piekła. Nie mogę uwierzyć, że nadal tu jestem. Ale ostatnie tygodnie nie przyniosły również ulgi, o jakiej marzyliśmy, ani poczucia bezpieczeństwa, za którym tęskniliśmy.
Czekaliśmy na ten dzień tak długo. Miał być punktem zwrotnym, nowym początkiem, albo przynajmniej przerwą, w której mogłem odetchnąć i przetworzyć to, co się wydarzyło. Ale niektóre wojny nie są prowadzone wyłącznie przy użyciu broni; trwają w nas po zakończeniu bombardowań, zmieniając nas wbrew naszej woli.
Pierwszego poranka, w niedzielę 19 stycznia, obudziłam się w ciszy, której nie ufam. Cisza miała być błogosławieństwem, ale bardziej przypomina oszustwo – pustą przestrzeń między rundami śmierci. Nie jest pocieszająca, ale ciężka i dusząca, jakbyśmy wszyscy wstrzymywali oddech, czekając na coś nieznanego.
Nie było powrotu do normalnego życia. Właściciele sklepów nie otwierali drzwi z uśmiechem; ludzie nie rzucili się na targi, aby kupić potrzebne im rzeczy, jakby nic się nie stało. Zniszczenia nie są wymazywane za naciśnięciem przycisku; martwi nie wracają do życia; budynki zrównane z ziemią nie odbudowują się tylko dlatego, że podpisano porozumienie polityczne. Słońce wschodzi, ale nie przynosi nadziei – jego światło odsłania tylko więcej ruin.
Tego pierwszego poranka straciłam zdolność uwierzenia, że ​​przyszłość może przynieść coś innego. Moje stopy pozostają uwięzione w gruzach. Moje oczy wciąż widzą kurz unoszący się na horyzoncie. Moje uszy wciąż słyszą ostatnie eksplozje. Spodziewałam się, że będę płakać, że w końcu uwolnię cały żal, który nagromadził się we mnie przez ostatnie 15 miesięcy, że pozwolę sobie – choćby na chwilę – stawić czoła moim stratom bez przerywania bombardowań lub pilności przetrwania.
Ale teraz nie czuję nic. Żadnego przytłaczającego żalu. Żadnej radości. Żadnej ulgi. Nawet strachu. Tylko nieskończona pustka, powoli mnie pochłaniająca. Czuję się, jakbym chodził po świecie zawieszonym między przeszłością, która się nie skończyła, a przyszłością, której nie widzę.
Wszystko wokół mnie sugeruje, że życie, które kiedyś znaliśmy, dobiegło końca, że ​​to, co teraz przeżywamy, to nic innego, jak resztki życia – fragmenty rzeczywistości, która już nie istnieje. Pytanie, które nigdy mnie nie opuszcza, brzmi: jeśli tak wygląda ulga, to jak odczuwa się ból? Czy możemy zbudować życie spod gruzów? Czy nam na to pozwolą? Czy wojna pozostawi nam tylko popioły?

Niepewne decyzje

Na zdjęciu Rita Baroud wskazuje na znak drogowy z napisem „Do Gazy”, gdzie znajdował się dom jej rodziny, zanim został zniszczony na początku wojny, gdy jej rodzina została zmuszona do ucieczki.

Rita Baroud/TNH
Rita Baroud wskazuje na znak drogowy wskazujący ulicę w kierunku miasta Gaza, gdzie znajdował się dom jej rodziny, zanim został zniszczony na początku wojny, po tym jak jej rodzina została zmuszona do ucieczki.
Na razie moja rodzina i ja przeprowadziliśmy się do innego domu w  tej samej dzielnicy Deir al-Balah, w której mieszkaliśmy od miesięcy. Najcięższą decyzją, jaka nas teraz ciąży, jest to, czy wrócić do północnej Gazy. Ponad  pół miliona ludzi wróciło. Ale wiem, że  mój dom w mieście Gaza został zniszczony trzy dni po rozpoczęciu wojny. Kiedy myślę o powrocie, żeby go zobaczyć – nawet tylko gruzy – waham się. Nie chcę go oglądać. Wiem, że nic nie zostało. Już noszę w sobie wystarczająco dużo bolesnych wspomnień.
Czy powinniśmy opuścić ten dom, który stał się naszym schronieniem, czy powinniśmy iść? Jak podjąć decyzję pośród takiego chaosu i niepewności? Nie ma jasnej odpowiedzi. Każda możliwość niesie ze sobą ryzyko, a każdy wybór wydaje się niekompletny, kruchy, tak jak wszystko inne w naszym życiu.
Ci, którzy powrócili na północ – którzy mimo wszystko pragnęli powrotu – stanęli w obliczu rzeczywistości, której nigdy sobie nie wyobrażali: całkowitego zniszczenia, porozrzucanych zwłok, czaszek bez imion i braku dróg prowadzących gdziekolwiek.
Nawet w Deir al-Balah jesteśmy otoczeni przez dewastację. Codziennie spędzamy godziny na rozmowach o tym. Miasto, które kiedyś tętniło życiem, zamieniło się w ruinę, a domy, które kiedyś dawały schronienie ich mieszkańcom, teraz są albo rozpadającymi się ścianami, albo rozrzuconymi gruzami. Rozmawiamy o rosnących kosztach wynajmu, jakby wysiedlenia nie były wystarczające, jakby wojna nie zabrała nam już zbyt wiele.
Próbowałem się przemieszczać, odwiedzać różne miejsca, aby przekonać siebie, że istnieje rozejm, aby spróbować go poczuć. Ale jak mogę go poczuć, skoro drony wciąż krążą mi nad głową? Brzęczący dźwięk przypomina mi, że niebo nie jest nasze, że nawet powietrze jest pod nadzorem.
Czasami leżę w łóżku godzinami, myśląc: Co powinienem dzisiaj zrobić? Czy w ogóle istnieje „dzień” w jakimkolwiek sensie? Czy istnieje rutyna, którą mogę odzyskać? Wstaję powoli, poruszam się i wychodzę na zewnątrz – nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że nie chcę być sam ze swoimi myślami.
Ale kiedy chodzę ulicami, czuję się jak obcy w miejscu, które kiedyś tak dobrze znałem. Są puste przestrzenie, które wcześniej nie istniały – części miasta, które zostały całkowicie wymazane.

Wśród gruzów

Jedzenie to wciąż niekończąca się codzienna rozmowa. Na rynkach słyszę sprzedawców wykrzykujących swoje towary. Słyszę targowanie się. Widzę nieśmiałe uśmiechy tu i ówdzie – próby normalizacji naszej nienormalnej rzeczywistości.
Teraz jest więcej dostępnych towarów. Kurczaki i jaja stały się powszechne. Owoce i warzywa są nagle wszędzie. Czekolada wróciła na półki. Ceny spadły, ale nieznacznie. Nadal pochłaniają to, co zostało z naszych oszczędności.
Zobaczyłem dziecko siedzące samotnie – nie bawiące się, nie biegające. Trzymało małe kamyki w rękach, układając je jeden na drugim. Podszedłem do niego i zapytałem: „Co robisz?” Spojrzał na mnie i powiedział: „Odbudowuję nasz dom”.
Widząc tę ​​dziwną obfitość, czuję, że coś jest nie tak, jakby to była próba przekonania głodnych, że ich głód nigdy nie był prawdziwy, że podstawowe potrzeby nie były  celowo ukrywane przed nami w ramach systematycznej polityki, która zamieniła głód w kolejną broń wojenną. Ale prawda jest jasna – jest wyryta w rozbitych ścianach, odbita w bezsennych oczach, zapisana w nazwiskach, które wciąż są dodawane do list zmarłych.
Na ulicach widzę dzieci bawiące się wśród gruzów, jakby nie postrzegały już zniszczenia jako czegoś niezwykłego. Niektórzy zamieniają kamienie w zabawki lub robią piłki ze skrawków materiału. Niektórzy biegają, jak zawsze, ale ich oczy nieustannie spoglądają w niebo, jakby upewniając się, że nic nagle na nich nie spadnie.
Inną rzeczą, którą zauważyłem, jest to, że niektóre dzieci zaczęły bawić się w „wojnę”. Słyszę, jak naśladują dźwięki samolotów; widzę, jak jedno trzyma kij, udając, że to karabin, a drugie podnosi ręce, jakby było więźniem. W innym momencie zobaczyłem dziecko siedzące samotnie – nie bawiące się, nie biegające. Trzymało w rękach małe kamyki, układające je jeden na drugim. Podszedłem do niego i zapytałem: „Co robisz?”. Spojrzał na mnie i powiedział: „Odbudowuję nasz dom”.

Cicha, wewnętrzna wojna

Czuję ciężar imion osób, z którymi rozmawiałem codziennie. Teraz wymawiam je na zniszczonych ścianach, szukając ich na długich listach zaginionych. Dwóch moich najlepszych przyjaciół zginęło, a my nie wiemy, gdzie jest mój wujek. Nawet jeśli został zabity, nie wiemy, gdzie jest jego ciało.
Wielu innym znajomym i osobom, które znam, udało się opuścić przejście graniczne w Rafah, zanim Izrael przejął je na początku maja ubiegłego roku. Jak mogę się cieszyć, gdy moi przyjaciele są na wygnaniu, błąkają się między miejscami, które do nich nie należą, i przez granice, które ich nie uznają, niosąc ze sobą swoją rozbitą ojczyznę?
Czy moje emocje mogą się uleczyć? Czy mogę odzyskać zdolność odczuwania życia tak, jak kiedyś? Czy też pozostanę taki – uwięziony w tej pustce, niezdolny do odczuwania radości, niezdolny do odczuwania smutku, tylko cień poruszający się przez świat, który już nie jest mi znany?
Jak mogę odpocząć, skoro mój dom został zniszczony? Jak mogę szukać pocieszenia, skoro nie mam już dokąd wrócić? Jak mogę odzyskać poczucie bezpieczeństwa, skoro wszystko, co kiedyś uważałem za „moje”, stało się tylko wspomnieniem?
Czy to normalne, że wśród gruzów widzę szczątki moich bliskich, widzę czaszki, resztki dusz, które kiedyś tętniły życiem?
Moje ręce nie przestawały drżeć przy każdym głośnym hałasie, jakby moje ciało nadal żyło w tych długich nocach pod ostrzałem, w tych momentach, gdy cienka granica między życiem a śmiercią się zacierała.
Teraz prowadzę psychologiczną wojnę nie mniej brutalną niż ta, którą przeżyliśmy pod bombami. Jedyną różnicą jest to, że ta wojna jest cicha – nikt jej nie słyszy, nikt jej nie widzi – ale powoli wżera się w nas, pozostawiając blizny niewidoczne dla oka, ale pogłębiające się z każdym dniem. Wiem, że każdy w Gazie również prowadzi tę wojnę, każdy na swój sposób.
Nie chcę, aby ktokolwiek upraszczał ten ból gotowymi słowami, jakby cierpienie można było wyjaśnić, zorganizować lub sprowadzić do konsultacji medycznych i wyuczonych porad. Jak coś takiego może być normalne?
Czy to normalne, że widzę szczątki moich bliskich wśród gruzów, widzę czaszki, resztki dusz, które kiedyś tętniły życiem? Jak mogę przekonać siebie, że mój dom, miejsce, które dawało mi schronienie przez 20 lat, jest teraz stertą kamieni i że to jest po prostu coś, co muszę zaakceptować?
Prawda, której nikt nie chce usłyszeć, jest taka, że ​​niektórych rzeczy nie da się wyleczyć. Niektóre straty są nie do naprawienia, niektóre blizny nigdy się nie zabliźniają, niektóre uczucia nigdy nie mogą zostać odzyskane, a niektóre wojny trwają nawet po ich zakończeniu.

Jak możemy wierzyć?

Teraz jestem pochłonięta próbą powiedzenia światu, aby nie przestawał mówić o Gazie, aby nie dał się zwieść temu kruchemu rozejmowi, aby nie myślał, że odporność, którą widzą, jest wyborem. Nie jesteśmy odporni; jesteśmy zmuszeni do tego stanu.
Masakry ustały i to jest najważniejsza zmiana, jaka się wydarzyła. Ale nawet teraz, gdy piszę te słowa, czuję, że kłamię. Jak zakończyły się masakry, skoro wciąż żegnamy chorych? Wciąż dodajemy ich nazwiska – w tym matki mojego przyjaciela – do stale rosnącej listy męczenników.
Przejście graniczne w Rafah zostało  otwarte , ale jakie to ma znaczenie, skoro każdego dnia zezwala się na opuszczenie kraju zaledwie kilkudziesięciu rannym i chorym osobom, a ci, którzy próbują opuścić granice, są traktowani jak zwykłe numery w okrutnym równaniu, a reszta pozostaje tu uwięziona?
Jak mogę uwierzyć, kiedy izraelscy żołnierze  wciąż strzelają do cywilów; kiedy pracownicy obrony cywilnej wciąż przekopują się przez gruzy gołymi rękami, ponieważ ciężki sprzęt nie jest wpuszczany, szukając  14 000 zagubionych dusz? Jaka jest różnica, kiedy oni mówią o pomocy humanitarnej, a ja wciąż widzę głodne dzieci i słyszę ich krzyki w nocy? Teraz prezydent Stanów Zjednoczonych mówi  o etnicznym oczyszczeniu nas z naszej ziemi i jej kradzieży.
Dlatego bardziej boję się tego „ciszy” niż bombardowań – bo wiem, że to, z czym się teraz mierzymy, będzie trudniejsze, bardziej bolesne, bardziej wyczerpujące. Próbuję przekonać samą siebie, że to tylko faza i że pewnego dnia będę w stanie poczuć coś innego niż ta pustka. Ale nie wiem jak ani kiedy. Wojna wyczerpuje cię fizycznie, ale to, co następuje później, wyczerpuje twoją duszę. 
Rita Baroud jest na zdjęciu patrząca w dół i uśmiechająca się do kamery. Zdjęcie jest zrobione pod niskim kątem. Ma na sobie szary graficzny t-shirt i srebrny łańcuch.

Dziennikarz i korespondent z miasta Gaza w Palestynie

 

Redakcja: Eric Reidy.

Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie The New Humanitarian

 

Link do artykułu: https://www.thenewhumanitarian.org/opinion/first-person/2025/02/06/i-fear-calm-life-during-gaza-uncertain-ceasefire