Pieśń o robocie
Interesuje mnie tylko luksus
małym kosztem — najlepiej tani.
Sporo mnie kosztowało,
by wreszcie nauczyć się gardzić drożyzną.
Czas jest względny,
ale zawsze teraźniejszy.
Zmęczone oczy szybciej się zamykają.
Może się zdarzyć,
że zaraz ich ubędzie.
Ubywa?
Strasznie mnie to ubodło.
Tak — w łóżkach jest jak w łodzi.
Cicho? Swojsko? Może.
W robocie mam ich pod dostatkiem.
Widzę sztorm —
tupię w ciszę i gubię rytm.
Daj spokój
Po głosie poznaję,
że sprawy za jej oknem
zdają się wysokiej rangi.
Pośpiech poniża, ale raz
od wielkiego dzwonu można
przymknąć na to oko.
Wyjedźmy godzinę szybciej.
Odkładam telefon. Słyszysz?
No i co z tego,
że przyleciały bociany?
Chichot
Dzieciak wszedł do wody i krzyknął:
„Ratunku, nie umiem pływać!”
i cicho śmieje się do siebie.
To jasne,
cicho śmieję się do siebie,
ten dzieciak potrafi pływać.
Karta win
Dłuto otulone tetrą, cicho
rzucone kombinatowi na żer.
Oset z rynny, krople rdzy,
chemia zatopiona w zieleni.
Karą za bierność – osad płucny,
kilogramy pamięci tonące w aerozolu.
Wreszcie torfowisko, tryb nocny,
fosforyzująca szata podbiału.
Przy piątku, kipiąc kompetencją,
kieruję strumień, pompuję, spuszczam.
Zbiornik wzbiera ponad zwyczaj.
Refluks ustąpił, ścisk warg zelżał.
Pokarm wchłania się coraz lepiej,
wsiąka, sięgając rdzenia.
Zielsko
Straciłem rachubę i przestałem liczyć.
Szacuję stertami te wokół żwirowni.
Nawet nie wdeptuję w ziemię.
Szkoda mi na to czasu.
Opalam się w cieniu migdałowca.
Śnię taflę betonu, plan miejscowy.
Kamil Galus







