MOJA MATKA
Moja matka ma lat piętnaście
pod Krzemionką w cieniu błękitnego kamieniołomu
zbiera storczyki ostatni raz
słońce dzwoni w przeźroczystym błocie
Wielki świat kołysze się na horyzoncie
zdziwione okna rodzinnego domu ślepną
Moja matka ma lat dziewiętnaście
w Cygańskim Lesie przyjmuje gałązkę kwitnącej czereśni
z rąk mojego ojca
biegną razem w otwartą przepaść
września 1939
w wypalonej piwnicy z czarnych klocków nocy
cierpliwie buduje dzień.
*
Na górze pod którą się urodziłem
bukowe złoto kapie z liści
szeleści płonie i ścieka do Wisły.
JEST TAKA PIEŚŃ
Z cienia twoich drzew
i złotego szumu
pszczół
co nad polem łubinu
muzykę lata słodką rozwieszają
jak muślin weselny
Z rzek co jak trzy siostry
z południa na północ
niosą swe warkocze
by spotkać się z morzem
Z równin gdzie kępy drzew
strony świata mierzą
idę w Polskę
Brzozy jak palce światła
między czarną ziemią i nocą czarniejszą
wskazują mi drogę
Z kapliczek białych
sczerniałe Madonny schodzą
We mgle
co nad doliną
jak smutny dym z wypalonych ognisk
czepia się gałęzi
bo jest pamięcią drzewa
tak ja biegnę
przez mój kraj do jutra
Jest w moim kraju taka noc najkrótsza
kiedy płyną Wisłą zapalone wianki
Jest taka pieśń
która na końcu świata
z Polaka czyni Polaka.
GORĄCZKA
Kiedy upadnę twarzą do ziemi
za wcześnie
w rodzinnej stronie
Nad chorym ciałem
zakołyszą się dziurawce
piołuny
a górski oset nakarmiony słońcem
dziewięć ramion wyciągnie do mnie
i powrócą mi siły
żebym twarz mógł podnieść
Bo z tej ziemi jestem ulepiony
z jej świerków, buków i sosen
zapach żywicy jak pieśń
przypomina
gdzie jest moje miejsce
I tyle jest we mnie światła
ile potok niesie
i tyle mroku
ile pod kamieniem
W Górach
ta sama muzyka – echo słońca
która w mojej krwi
jak gorączka
wypala chore miejsca
obce zabłądzone.
MAJ PRZELEWA SIĘ
Otwieram oczy
i potok
jasny szum wszechświata
wbija się
w śpiew wiatru
miesza się ze słońcem
i krzykiem bażanta
w trawach
Maj
przelewa się
z kielichów
zapachów kolorów i kwiatów
do otwartych tętnic
żeby obudzić moje serce
łakome
pieszczoty i śpiewu
ptaków
co nad czeremchą rozkrzyczane
płoną
a żółte mlecze
jak tysiące słońc zapalają łąki
żeby wybuchnąć za chwilę
białą chmurą
dmuchawców
nad gorącą ziemią
otwartą
na deszczu krople
ciepłe
rozrzucone jak ziarno.
BRZOZY
Urodzone nocą
wrastają w ciało
cicho
jak nóż
Oddychają
tym samym słońcem
co twoja krew
Na ich powietrzu
koszulę bielisz
w poprzek
bólu
cieknącego
z zegara
W milczeniu kory
biel
pierwsza
i
ostateczna
Z ich ciała
śmierć
zbuduje twoją
Arkę.
1977
MLECZNA DROGA
Życie
to żywa kolorowa dolina
pełna śpiewu ptaków
modlącego się słońca w liściach
i przebudzonego strumienia
Rodząc się
zaczynamy schodzić do niej
z Góry białego gęstego milczenia
gęstego szkła
matowej ciepłej mgły
Z miejsca urodzenia
nie widzimy nic
Mleczna Droga.
ŹRÓDŁO
Ten dom
miał wybite oczy
z uchylonych warg sączyła się nieobecność
motyl trzepotał w pajęczynie
zawisł na ścieżce której nie było
kwaśny chłód
i mokre światło między gontami
Złota pleśń na tarczy zegara
wypełnia nie odwiedzone lata
dzikie wino upiło się samotnością
i tańczy po ścianach
Zatoczyłem się w połamane ramiona snu
śni mi się hejnał mariacki
i suknia matki w ogromne kwiaty
Pobielane ściany wznoszą się stromo
do nieba
Gorące malwy wspinają się na palce
by dotknąć dachu
Złoty zaskroniec ognia ślizga się między krokwiami
Budzę się w garstce popiołu.
Jan Strządała

