Site icon Miesięcznik internetowy WOBEC Piotr Kotlarz

Zdecydowanie dużo więcej niż zero. Recenzja spektaklu Radosława Paczochy „Punkt zero” . Teatr Wybrzeże Reżyseria: Adam Orzechowski / Marek Baran

 

Radosław Paczocha
„Punkt zero”
Teatr Wybrzeże
Reżyseria: Adam Orzechowski
Prapremiera 13 stycznia 2023

Zamiast gwiazdek –  rekomendacja

Polecam spektakl. Pozwolę sobie nadać mu rangę arcydzieła – niewiele więcej można oczekiwać od spektaklu idealnego. Biłem brawo na stojąco jako jedna z trzech osób.
Fabuła jednym zdaniem
Historia Marcina, który po latach robienia kariery uświadamia sobie konsekwencje swoich wyborów.
Didaskalia
Ten spektakl warto zobaczyć wraz z recenzowanym przeze mnie wcześniej spektaklem „Śmierć komiwojażera”. Łączy je dużo więcej niż tylko grana przez Mirosława Bakę postać głównego bohatera. Podobna jest historia tych postaci – obaj mają dwoje dzieci, żonę, kochankę sprzed lat i jako dojrzali mężczyźni podejmują refleksję nad swoim życiem. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Dramat Paczochy jest współczesny i odnosi się do rzeczywistości, którą możemy dzisiaj zobaczyć – jeśli ktoś o podobnym życiorysie pozwoli nam na wejście do swojego świata.
Złote lata dziewięćdziesiąte
Sztuka jest o ludziach sukcesu lat dziewięćdziesiątych. Mogłoby się wydawać, że są to ludzie szczęśliwi, żyjący w dostatku i cieszący się wszystkim, co ich w życiu spotkało. Tymczasem spektakl pokazuje nam gorszą stronę sukcesu. Tę, o której czytamy co jakiś czas, a która zapewne nieobca jest również wielu naszym znajomym. Z pozoru piękne życie w istocie jest koszmarem niedostępnym dla innych. Przekonujemy się jaki jest naprawdę koszt sukcesu i szczęścia, które tylko szczęściem się wydaje.
Inne spojrzenie
Oglądając spektakl „Punkt zero” miałem wrażenie, że odnosi się on do jakiegoś innego zestawu wartości niż ten, do którego zostałem przyzwyczajony. Głównym bohaterem jest osiągający sukces mężczyzna, rola kobiet jest raczej marginalna (żeby nie napisać negatywna), kultywowane są tradycyjne wartości, krytykowane są postawy godzące w dobrostan rodziny. Na dodatek nie ma kpin z religii, nawet użycie przekleństw jest napiętnowane. Jak na dotychczasowy dorobek skandalizująco-krytyczny to zdecydowana zmiana. Dotychczas nawet u Ibsena starano się znajdować postępowe idee (zamiast ochronki fundacja biotechnologiczna). Ciekawe w jakim stopniu jest to trwały trend kierujący Teatr w stronę prawej strony widowni, a na ile incydent. Osobiście w teatrze pozbawionym ideologii i polityki czuję się dobrze i mam nadzieję, że ten trend się utrzyma.
Najciekawsza scena
Tym razem dobrymi scenami można byłoby obdzielić kilka spektakli. Postanowiłem wybrać z nich tę najważniejszą – pierwszą, więc nie będzie spojlerowania. 
Opis tej sceny może wydać się banalny: aktor wygłasza monolog na środku estrady. Ile razy to widzieliśmy w teatrze? W przypadku tego monologu jest inaczej. Całą sztukę można zrozumieć (lub nie) w zależności od przyjętej interpretacji tej sceny. Nieprzypadkowo twórcy umieścili tę scenę na początku sztuki (i w centralnym miejscu teatralnych występów).
Czy aktor może żyć w opozycji do odtwarzanych przez siebie ról? W jakim stopniu kreacje teatralne wpływają na jego osobowość? Czy mamy świadomość na ile nasze otoczenie, w tym praca, determinuje nas? Czy pracy artysty (aktora) towarzyszy refleksja w jakim stopniu wpływa na niego to, co tworzy?
Mirosław Baka w wywiadach na temat „Punktu zero” odżegnuje się od tego, że w tej sztuce dokonuje rozrachunku ze swoim życiem i że jest to opowieść o nim. Jednak czy Radosław Paczocha nie zrobił bilansu za Bakę? Odnoszę wrażenie, że tak właśnie się stało.
Tylko przez zrozumienie tego, jak życie aktora „skleja się” z granymi przez niego postaciami, jak bardzo jest to niezauważalny proces, możemy odebrać ten spektakl na wykraczającym poza schemat fabularny poziomie interpretacyjnym. Według mnie warto tak odczytywać o przedstawienie. 
„Nasze pokolenie ma też swoje wady. My na przykład zniszczyliśmy wszystkie nasze autorytety”.
Cytat z próby medialnej pochodzi z relacji portalu Pomorze Kultury
Muzyka na żywo
O tym, że Michał Jaros gra na saksofonie naprawdę, a nie jest to tylko udawane musiałem się przekonywać kilka chwil. Nie ułatwiało mi to najdalsze miejsce na widowni. Muzyka wykonana na żywo nadaje wyjątkowy charakter spektaklowi, a brawurowa interpretacja sonaty b- mol op. 35 Fryderyka Chopina robi nieprawdopodobne wrażenie. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz zobaczę Jarosa grającego na scenie na instrumencie. Kompozycje muzyczne są mocną stroną tego spektaklu. Jednak wykonanie na żywo dodaje zdecydowanie charakteru całemu przedstawieniu. 
Bez mikroportów
Niestety w Teatrze Wybrzeże trzeba ciągle zaznaczać ten fakt – tym razem aktorzy grali bez wspomagania głosu. Według mnie powinno być to standardem, ale według profesor Kolak nie należy mieć pretensji, że aktorzy potrzebują wsparcia elektroniki w swojej ciężkiej pracy.
Brawa dla dyrektora Orzechowskiego (i Radosława Paczochy)
Dawno nie widziałem tak dobrego spektaklu Adama Orzechowskiego. Moi czytelnicy wiedzą, że zwykłem poddawać je druzgoczącej krytyce. Zawsze znajdowałem jakiś motyw niepotrzebnego jątrzenia, jakiś brud, który w jego sztukach mnie drażnił. Moja ostra krytyka dyrektora wynika z tego, że pełni tę właśnie funkcję i w większym niż inni stopniu odpowiada za poziom spektaklów – i całego teatru.
Tym razem mamy do czynienia z (jako się rzekło) przedstawieniem wybitnym. Jako widz życzyłbym sobie takich jak najwięcej. Mam nadzieję, że to początek nowej, świetnej passy tego reżysera.
Znalazłem oczywiście jeden, albo dwa przydługie monologi, widać, że sztuka jest grana po przerwie urlopowej i nie jest jeszcze ograna (pół roku po premierze), więc aktorzy mylą się. Ale jeśli tylko takie mają być mankamenty przedstawień w Teatrze Wybrzeże – jestem gotowy je zaakceptować. 
Serdecznie gratuluje Adamowi Orzechowskiemu świetnego przedstawienia i życzę utrzymania tak wysokiej formy w przyszłości.
Drugie gratulacje należą się Radosławowi Paczosze – twórcy scenariusza. 
Najlepsza rola
Tym razem Agata Woźnicka, której coraz przychylniejszym okiem przyglądam się ostatnio, zasłużyło na to miano. Gra tu rolę młodej kochanki głównego bohatera. Rola Joanny Kreft-Baki (kochanka w wieku dojrzałym) jest równie dobra, mimo, że ma raczej wymiar drugoplanowy, za to jest bardzo mocna w swym wyrazie, choć aktorka używa oszczędnych środków scenicznych. Agata Woźnicka wygrywa ze względu na jedną scenę – wyobraźcie sobie szpagat w leżeniu i utrzymanie się w tej pozycji przez kilka minut. Niewiele pamiętam z tej sceny, bo cały czas byłem skoncentrowany na … szpagacie. Po tym wyjątkowym elemencie aktorka wstała i zatańczyła przerażający, dynamiczny, ekscytujący taniec. Należą się wielkie brawa za taki występ. Jak analizuję teraz tę scenę przypomina mi się opowieść o Rudolfie Zioło, który powiedział kiedyś aktorowi: „Czy mógłby pan wskoczyć na tę ścianę i zatrzymać się na niej nie spadając z niej za szybko?”.  Odnoszę wrażenie, że czasami warto przezwyciężać ograniczenia. Po obejrzeniu takiej sceny zastanawiam się czy jej bohaterka nie potrafiłaby przeciwstawić się sile grawitacji i posiedzieć trochę na jednej ze ścian teatralnych.
Fragment tej sceny można obejrzeć – została zaprezentowana w czasie próby medialnej i jest dostępna w relacjach internetowych. Niestety, nie ma najciekawszego, szaleńczego tańca wieńczącego scenę.
Aktorce przyglądam się dokładnie od czasu, kiedy zaszokowała mnie w „Powarkiwaniach Drogi Mlecznej”. Rola we wspomnianym przedstawieniu wzbudziła we mnie tyle negatywnych emocji, że do dzisiaj walczę ze sobą, żeby oceniać aktorkę dystansując się wobec tamtej roli. Dostrzegam wielki talent i potencjał – stąd wyróżnienie. A w tym spektaklu takich wyróżnień można byłoby przyznać więcej.
Spektakl szyty na miarę
Oglądając ten spektakl nie sposób nie dostrzec, że Paczocha pisał (prawdopodobnie) scenariusz pod konkretnych aktorów. Wszyscy dobrze znają się od lat. Pełniąc rolę dramaturga wielokrotnie mógł ocenić możliwości (i ograniczenia) każdego z aktorów. To zapewne pomogło w napisaniu spektaklu pod określone aktorskie emploi (Jaros, Woźnicka) i podprogowe skojarzenia (Baka – Kreft-Baka).
Strategia sukcesu
Co sprawiło, że ten spektakl jest na tak wysokim poziomie? Duet twórczy Paczocha – Orzechowski tworzy czasem dobre, czasem złe spektakle. Analizując przykład „Punktu zero” i wcześniejszych realizacji odnoszę wrażenie, że arcydzieło powstaje kiedy autorem oryginalnego scenariusza jest Paczocha, a reżyseruje Orzechowski. Czasami bywa inaczej – Paczocha jest dramaturgiem pracującym z cudzym tekstem, bywa asystentem reżysera i wtedy efekt nie jest tak dobry. Ważne jest też, żeby tekst dotyczył współczesności, ale Paczocha chyba tylko takie teksty pisze.
Moją tezę pozwolę sobie podeprzeć przykładem spektaklu „Faza Delta”, który też był wspólnym dziełem obu artystów. Do dzisiaj uważam go za jeden z najlepszych, mimo, że od jego premiery minęła ponad dekada. Jeśli dobrze pamiętam – wówczas też zgotowałem twórcom owację na stojąco.
Drugim czynnikiem sukcesu spektaklu „Punkt zero” być może był czas jego powstania – czas pandemii. Powoli już o tym zapominamy, ale był to czas spowolnienia, większej refleksji. I może atmosfera tamtego czasu spowodowała, że jest to spektakl bardziej przemyślany przez twórców – zwłaszcza autora i reżysera. Śladem tego czasu w spektaklu jest  mniejsza dynamika i emanujący spokój, żeby nie napisać – powolność, która jest zaletą nie wadą w przypadku tego przedstawienia.
Trailery, spoilery, cytaty
Wśród dostępnych w Internecie materiałów filmowych na temat tego spektaklu dominują materiały z prób. Wyglądają one jakby autor materiału wszedł na stosunkowo wczesnym etapie pracy nad spektaklem na próbę. Świadczyć może o tym fakt, że aktorzy są bez kostiumu. Gorzej, że nie do końca jeszcze wiedzą, co im wyjdzie. 
Druga seria materiałów to wywiady przeprowadzone przez portal Pomorze Kultury. Ważny jest moment ich przeprowadzenia – jest to czas po tak zwanej „próbie medialnej”. Tutaj konieczny jest komentarz – „próba medialna” w Teatrze Wybrzeże to wydarzenie polegające na prezentacji jednej, dwóch scen ze spektaklu, na której media mogą zrobić zdjęcia, obejrzeć scenę, która ma posłużyć do dyskusji o spektaklu. Dziennikarze nie znają spektaklu, jest jeszcze przed premierą. Nawet twórcy nie wiedzą jeszcze, jak wyszedł im ten spektakl. Widać to, niestety, w niepewności twórców. Z zapisu tamtego czasu widać, że nikt jeszcze nie wie z jaką materią mamy do czynienia. Jest też widoczne wielkie napięcie i atmosfera oczekiwania – na premierę i na odbiór oraz ocenę sztuki.
Z wszystkich tych materiałów polecić wypada najbardziej wywiad Piotra Wyszomirskiego z Mirosławem Baką, z którego pozwolę sobie zaczerpnąć dwie wypowiedzi aktora:
„Jak się tworzy rolę to można wszystko zmieścić: wzruszenie, humor i farsę – wszystko. W dobrze zainscenizowanym dramacie to spektrum jest ogromne”.
„Często jest tak, że widz albo recenzent nazywa to, co zobaczy. Dobrze – niech nazywa. Potem ktoś przeczyta recenzje i powie: ja się z tym recenzentem nie zgadzam. I też będzie miał rację, bo inaczej to nazwie, albo co innego z tego spektaklu wyniósł. Nie wiem, co tutaj będzie – państwo recenzenci napiszą, widzowie ocenią. Nie uprzedzajmy faktów”.
Plusy dodatnie
W podsumowaniu warto zwrócić uwagę na świetną rolę Mirosława Baki i Agaty Woźnickiej oraz brawurowo zagraną muzykę na żywo Michała Jarosa. Warto podkreślić świetny tekst Radosława Paczochy i takąż reżyserię Adama Orzechowskiego.
W spektaklu debiutuje Katarzyna Borkowska. Warto przyglądać się tej najmłodszej uczestniczce trupy Adama Orzechowskiego. Na razie zagrała niezbyt nachalnie, może nawet było jej w spektaklu za mało, ale jest on skoncentrowany na kryzysie głównego bohatera, Dlatego rodzina, a zwłaszcza dzieci są na drugim planie tego dramatu. Ważne, że Radosław Paczocha pozwolił uwspółcześnić młodemu pokoleniu język, jakim się posługuje – jest on przez to bardziej bliski realiom.
Minusy ujemne
Poza wspomnianymi małymi błędami, które pewnie niewielu dostrzeże, mnie zdziwił jeden element scenografii. Nie wiem na ile był to element zaplanowany a na ile błąd inspicjenta/tki. Chodzi o kroplówkę – nie zdradzam zbyt wiele, bo pojawia się ona w pierwszej fazie spektaklu – moim zdaniem za wcześnie. Żeby to wyjaśnić muszę opisać scenografię, którą widzimy po wejściu na widownię. Jest to pokój, który zwiastuje spokojne, rodzinne życie. Co prawda jest pewien element burzący ten obraz – wanna, która nieco razi i tworzy paradoksalne wrażenie funkcją, w jakiej jest wykorzystana. Tymczasem rzucająca się w oczy kroplówka daje nam sygnał, że poza idyllą rozegra się tutaj jakiś dramat. Wolałbym być tym dramatem zaskoczony niż domyślać się go już na wstępie.
Moje zastrzeżenia budzi też sposób gry z tym rekwizytem. Postać nie jest z nią trwale związana i to widać. Chciałbym nawet zobaczyć moment „przywiązywania” się aktorki do tego przedmiotu, który warunkuje i determinuje jej życie. Zwykły plaster albo zaczep sprawdziłby się w tym wypadku jako widoczny symbol tragizmu jej sytuacji życiowej.
Ekspresja emocji, czyli spektakl 49 przekleństw
Jak już wspomniałem – używanie słów powszechnie uznanych za obelżywe jest w spektaklu napiętnowane. Upominane są dzieci głównych bohaterów. Mimo to, ze sceny usłyszeć można całkiem pokaźną liczbę przekleństw. Na szczęście zauważyłem, że czasami są to przekleństwa markowane – zatrzymane w połowie sylaby. Ciekawy sposób, żeby pozostać w zgodzie ze scenariuszem i nie epatować widzów nadmiarowo wulgaryzmami. W tym zabiegu przoduje Mirosław Baka, którego doświadczenie zapewne podpowiadało, że zbyt częste używanie mocnego słowa tępi jego moc.
Plakat (i program) – Justyna Czerniakowska
Radykalną zmianą jaka zaszła w informacjach dotyczących twórców jest ujecie w programie nazwiska projektantki. Z nazwisk wymienieni są też twórcy muzyki. To dobra zmiana w tradycji. Dotychczas mieliśmy możliwość dowiedzieć się z programu jak nazywa się inspektor przeciwpożarowy, natomiast  nazwisko twórcy (czasami wybitnego) mogliśmy poznać jedynie kupując plakat przez stronę internetową.
Projekt programu do spektaklu jest ascetyczny. Nie ma zdjęć ze spektaklu, jest za to krótki esej Krzysztofa Vargi. Nie odniosę się do niego, bo mam w zwyczaju czytać opinie innych o spektaklu dopiero po napisaniu swojej recenzji. Cokolwiek jest w tym tekście – zamówienie tekstu u zewnętrznego obserwatora jest ciekawym posunięciem. Nawet jeśli objętość tekstu uniemożliwiła zamieszczenie zdjęć – warto było to zrobić. Zastanawiam się czy tekst Vargi powstał po obejrzeniu spektaklu, czy po przeczytaniu scenariusza. Dyrektor Orzechowski dba o dyskrecje w czasie pracy nad spektaklem. Próby generalne nie są dostępne nawet dla prasy, więc wpuszczenie kogoś z zewnątrz na trzecią generalną wygląda na zdarzenie nieprawdopodobne.
Plakat (i okładka programu) jest skonstruowany głównie przy pomocy narzędzi typograficznych. Centralnym elementem jest przechylone zero – jakby napisane kursywą. Podpiera go postać męska – prawdopodobnie głównego bohatera, bo to on jest zarazem narratorem opowieści. Zero jest nadnaturalnie duże, mężczyzna jednak podtrzymuje je przed upadkiem. Uwagę zwraca zastosowanie proporcji mężczyzny względem zera. Być może autorka nie odebrała pierwszego monologu jako historii aktora grającego postać – jak ja. 
Poza tymi dwoma elementami również tytuł napisany jest w konwencji typograficznej. Swoją warstwą wizualną nawiązywać może do stylistyki lat dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Wydaje się być zamierzoną grą z widzem, bo z bliska dokładnie widzimy, że to co braliśmy za wrażenie pochodzące z monochromatycznego monitora ówczesnych lat jest wymyśloną przez artystkę konwencją graficzną.
Poza tymi elementami plakat / okładka zawiera nazwiska autora i reżysera oraz nazwę teatru. Elementy te są obwiedzione linią stylizowaną na pisaną ręcznie.
Kolorystyka plakatu jest przenikaniem się czerwieni i bieli po przekątnej kompozycji. Wnętrze programu jest wykonane z najbardziej intensywnej czerwieni zastosowanej na plakacie.
Linie oddzielające akapity pojawiają się również wewnątrz programu, co może sugerować, że Justyna Czerniakowska projektowała również program (o czym nie ma wzmianki). Układ jest wzbogacony o elementy typograficzne stosowane zwykle do zaznaczenia końca frazy, rozdziału albo akapitu. Tutaj jednak są zastosowane w nietypowej funkcji – są jedynie elementem ozdobnym, a na końcu tekstu zbudowana jest z nich kompozycja graficzna.
Plakat, który obecnie możemy zobaczyć jest kolejną jego wersją. Na próbie medialnej został zaprezentowany w innej formie. Znajdowało się na nim więcej informacji. Porównując obie realizacje trzeba przyznać, że ograniczenie tekstu wpłynęło korzystnie. Poprzednio sprawiał wrażenie notatek sporządzonych pospiesznie. Obecnie koncentruje wzrok na najważniejszych elementach informacyjnych.
Typograficzna stylistyka plakatu (i programu) wynika z zainteresowań i poszukiwań twórczych artystki. Jest ona projektantką graficzną i typografką. Na co dzień wykłada te właśnie przedmioty w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Swój dyplom obroniła na Wydziale Projektowania u profesora Lecha Majewskiego. Od lat jest uznaną i nagradzaną autorka projektów plakatów. Specjalizuje się w plakacie historycznym i kulturalnym. 
Plakat do spektaklu „Punkt zero” został finalistą European Design Awards EDAWARDS. Jest to jedna z najbardziej prestiżowych nagród w dziedzinie wzornictwa.
Ciąg dalszy poleceń
Ten spektakl koresponduje z dwoma innymi będącymi w repertuarze Teatru Wybrzeże – „Śmiercią komiwojażera”, którego recenzja już została opublikowana oraz „Inteligentami”, którym będzie poświęcona ostatnia część recenzyjnego tryptyku.
                                                       Marek Baran

 

Autor zdjęć: Marek Baran

Exit mobile version