Słoneczko
jesienne słońce za kratami żył okiennych
uśmiecha się do mnie tak dziwnie
prawie jak dyrektor
prawie jak kadrowa
prawie jak prostytutka
oj słoneczko
dam ja ci ty sprzedajne słoneczko
chodzisz tylko i obwąchujesz
węszysz
jak pies w śmietnikach czasami zlizujesz
ze stołów pańskich resztki wina czasami wchodzisz młodym
dziewczętom pod spódnice
oj ty figlarne
zostań proszę ciebie na chwilę
zatrzymaj się w miejscu
trzeba skazańcom pot wytrzeć z czoła
powróz przyszłym wisielcom zmiękczyć
młodym poetom dodać odwagi
spuścić ze smyczy
aby nie wyli nocami do księżyca
niech razem z tobą
polatają po polach kwiatom zajrzą w usta
niech będą ludźmi pełnymi
jak pola kłosujące żytem
pomóż im słoneczko
Po wieczorze autorskim niejakiego pana Baudelare’a
Bogusiowi Kiercowi
stał
w bramie własnego wstydu
podobny do trzęsącego się kundla
nerwowo szukał w kieszeni podziurawionej marynarki
pistoletu znalazł jedynie kawałek chleba
wysuszony
powtarzał trzęsącym się głosem
prawie tak samo jak moje życie
ot łajdaki
bawidamki
parszywce
nie podobała im się padlina
że jak tak można w żywe oczy o kobiecie
że ta plaża
te robaki
ten brzuch
jak tak można
przy ludziach w blasku dnia opowiadać
wierszem takie świństwa
takie podłości
taką hańbę
na całą Francję
na cały naród
ściągać
pan Baudelare
odpowie za to gardłem
krzyknął ktoś z rogu sali
lub lepiej moi państwo
wysłać tego zboczeńca jak zarazę
na banicję
niech tam w nędzy wącha sobie
te kwiaty zła
już my go nauczymy
wrzeszczeli z pianą na ustach krytycy
pisania wierszy
niech zapamięta sobie
raz na zawsze
że poezja to rzecz święta
w połowie drogi
gdzie pójść
w jakim kierunku
skoro wszędzie taka ciemność
warczy kłami wilka
wczorajszego przyjaciela
który wyciąga ci kawałek chleba
z ust krwawiących
zdziwieniem
przelatującego samolotu nad głowami
nocy pochylonej pętlą wybuchu
nienawiści zaciskającej się
wokół twoich dłoni
drżących lękiem człowieka oszukanego
w świecie zabijającym eksplozją
nerwów pękających
we wszystkich
kierunkach jęków konającego
na rogu ulicy
krwawiącej pytaniem
dlaczego trzeba zabijać w noc
tak jasną dlaczego trzeba mordować
w miesiącu tak pogodnym
wschodem księżyca
nad twarzami powykrzywianymi bólem
ognia zagryzającego do szpiku
kości próchniejących
gorączką radioaktywnej poświaty
wiatrów wyjących
huraganowymi nalotami
wymiotujących śmiercią nagłą
mało spodziewaną
jak eucharystia
w oczach dziecka topniejąca
łzami grzechów niezawinionych
w trawach wrześniowych
kiedy prosto do nieba czwórkami
szli żołnierze ze wszystkich kierunków
wojny cuchnącej
zapewnieniami o całkowitym
rozbrojeniu sumień
wystających ponad poziomy rakiet
miłujących człowieka
od najmniejszego palca
lewej nogi
po sam szczyt gór
wznoszących się rytmicznie
lawą wyciekającą z kraterów
oczu
mówiących że jeszcze można
zatrzymać
nóż
w połowie
drogi
CISZA
taka cisza aż uszy pękają z bólu
i tak jest jakby nikogo nie było na świecie
tylko moja choroba zakwitała majakami wierszy
świszczących na wietrze w usychających trawach
żalu za czymś co nie nadejdzie jest tak że mógłbym
wątrobę wyrwać z brzucha i dać jako prezent pierwszemu
człowiekowi a nie ma nikogo tylko moja samotność wyjąca
do nieba pustego gdyż aniołowie po końcu świata porzucili
trąby i poszli sobie gdzieś daleko gdzie wszelki ślad po nich
zaginął nawet ten czuły Pan Bóg też jakoś zapomniał o mnie jakbym
w ogóle nie był człowiekiem tylko czymś czego nie można rozpoznać
tutaj wśród tych grobów rozkopanych kamieni poprzewracanych całych
pokoleń powstających ze snu tysiącleci przesypywanych ziarenkami
piachu w ręku kogoś kogo w ogóle nie znam chociaż wiem dokładnie
że istnieję że dopiero zacząłem życie a wokoło mnie nie ma
nikogo chociaż widzę świeże ślady ludzkich stóp biegnących
na Sąd Ostateczny chociaż czuję wirowanie trąbki
archanioła mówiącego rozpalonym głosem miecza
ognistego tutaj potępieni za mną do piekła
wieczystego a co będzie ze mną
co będzie z moim sądem
Zwierzęcość
co noc skrzypiącymi zawiasami guzików
wypuszczasz zwierzątka błysków moich oczu
przyzwyczajeniem podchodzisz pod dźwięk
złocistych łańcuchów i uwalniasz drżenie
nagą rozpustnicę wystających bioder
potem psiarnia pożądania naszczekiwaniem
palców szuka dogodnego miejsca
zakrzywionych piersi na pastwisku brzucha
pierwsze krety gładkości zaznaczają
swą obecność małymi kropelkami potu
tym sypiącym wysuszeniem piasku
już zgodność języka do trawy
miarowość odcinanych przyspieszeń
byle głębiej do ziemi odchodzenia
w dalsze stadia zwierzęcości
teraz wargi i wścieklizna jęku
skurczem paznokci pogłębiają ciągłość
tego samego trwania w jednym sińcu
tryskającego skurczu pomieszania serca
a trzeźwość naszej miłości powraca
wątlejącym słońcem szumiącego lasu
tylko czy trafi do tych samych kształtów
pierwszego pocałunku
Człowiek konający o czwartej nad ranem
rzekami żył płynę w górę serca
jestem na skrzyżowaniu
w małej łupince zakrzepu
w lewej aorcie wodospady
szaleją
niebo ma zapach twej skóry
chociaż nie znam twej twarzy
ale wiem że jesteś obok mnie w kroplach
deszczu wzbierasz coraz gwałtowniej
podchodzisz do mego gardła
aż brak mi oddechu
ale czuję całą twoją obecność
w rzekach żył wzbierających pożądaniem
słodkiej błogości a więc tak wygląda konanie
o czwartej ranem
we własnym łóżku pękającym
snami otwierającymi się
spojrzeniem nagłym jak burza
rozlewająca się snami przywoływanych widzeń
piękna realnego błogością twoich rąk
dotykających mojego czoła spoconego
nieświadomością konania
a może właśnie tak wygląda śmierć
rozebrana w rwących potokach całująca
a może tylko pokazująca piersi
ziarenkami piachu pieszczącego
mrowieniem końców palców
mego ciała
śpiewającego miłosne pieśni
bezruchu o jak mi dobrze moja ty kolorowa
jedyna śmierci nareszcie płynę w górę
rzek tak rozłożystych
jak twoje biodra
wbrew naturze wędrując w górę
chociaż wszystkie wody świata spadają
wodospadami tylko ja wędruję
a raczej płynę
niesiony dziwnymi prądami w górę
i znowu stanę na skrzyżowaniu rozlewisk
bulgoczczącego zakrzepu
patrzę w twoje oczy podwójne
ale nie widzę twarzy
tylko słodki sen obejmuje nas zielenią
kwitnącego nieba
jest błogo
przyjemnie tym razem
przeżyłem we własnym łóżku
o czwartej nad ranem
ale jutro będzie inaczej
a może za kilka dni
miesięcy
lat
wówczas zobaczę twoją twarz
i utonę raz na zawsze w śmierci
tylko nie wiem
czy już aż tak błogiej
jak ten sen do którego
chciałbym wrócić wejść jak w świat
mało znany
tylko czy rzeczywiście chciałbym w tak młodym
wieku umierać
Krasnoludki
w mdłym świetle snu księżycowego z choinki
nagle rozpoczynają schodzić krasnoludki zieloną
ścieżką zapachu jodłowego widzę dokładnie jak maleńkimi
nóżkami zeskakują z płatków śniegu coraz bliżej aż do samego
pnia moich nóg jak wdrapują się na mój palec lewej nogi
podskakując wesoło niczym rudopuszyste wiewiórki albo
gwiazdy wybiegłe dzisiaj stadem saren na skraj lasu
mej zimy bielejącej radością słów wypowiadanych
jak się masz wielkoludzie w Boże Narodzenie
jesteś sam jak ten palec u nogi a widzisz
tylko my krasnoludki twoje łzy serdeczne
twardsze od kryształów przyszłyśmy do ciebie
więc daj nam orzeszka z zaśpiewaj razem z nami kolędę
nie czyń drugiemu zła przecież jesteśmy twoją krwią
serdeczną twoim pulsem lasu głębokiego myślami zwierząt
których nie znasz więc przebudź się ze snu księżycowego
Stanisław Gostkowski
Stanisław Gostkowski – Urodzony 1 sierpnia 1948 w Kościerzynie, studiował polonistykę na Uniwersytecie Gdańskim, w 1971uzyskał magisterium. Debiutował w 1967 wierszem Zmęczenie, opublikowanym w piśmie „Kamena” (nr 11); za właściwy debiut uważał wiersze ogłoszone w 1971 na łamach miesięcznika „Odra” (nr 1). W 1971ożenił się z Anną Fajnd, polonistką, i powrócił do Kościerzyny, gdzie podjął pracę jako bibliotekarz w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Kontynuował naukę w dwuletnim Studium Krytyki Literackiej i Artystycznej w Warszawie (1977-79). W 1978 przeniósł się do Gdańska i pracował jako kustosz w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej. W 1979 został członkiem Związku Literatów Polskich. Od 1986 pracował jako wychowawca w Technikum Budownictwa Komunalnego w Gdańsku. Był laureatem konkursów poetyckich, za całokształt twórczości otrzymał przyznawane przez Klub Studentów Wybrzeża Żak nagrody Pierścienia (1984) i Czerwonej Róży (1987 oraz 1995 – nagrodę główną). W 1976 otrzymał odznakę im. Janka Krasickiego. Zmarł nagle 28 października 2000 w Warszawie podczas Warszawskiej Jesieni Poetyckiej; pochowany na Cmentarzu Srebrzysko w Gdańsku.
Poezja Stanisława Gostkowskiego nawiązuje do utworów nowofalowych oraz tzw. poezji lingwistycznej, może być obecnie uznawana za prekursorską dla tzw. nowej prywatności.
Stanisław Gostkowski publikował wiersze m.in. w:
„Kamenie” (1967-68, 1970); „Głosie Młodzieży” (1969); „Literach” (1969, 1971-72, 1995); „Nadodrzu” (1970, 1981); „Odrze” (1971, 1972, 1976, 1982); „Nowym Wyrazie” (1974, 1978, 1981); „Punkcie” (1978-80); „Zwierciadle” (1978); „Faktach” (1979, 1986, 1989); „Poezji” (1979, 1981-83, 1985, 1988); „Kulturze” (1981); „Miesięczniku Literackim” (1981); „Pomeranii” (1981, 1984); „Tygodniku Kulturalnym” (1981); „Póki my żyjemy” (1982); „Dzienniku Bałtyckim” (1983, 1985-86); „Głosie Wybrzeża” (1983-86, 1988-89); „Tu i Teraz” (1984); „Życiu Literackim” (1984); „Integracjach” (1985, 1995); „Moście” (1985); „Gdańskim Roczniku Kulturalnym” (1986, 1990); „Autografie” i „Autografie Post” (1988-89, 1995-96, 1998, 2000, 2006); „Wiadomościach Kulturalnych” (1995); „Metaforze” (1996); „Tytule” (1997); „Poezji. Dzisiaj” (2000); „Migotaniach, Przejaśnieniach” (2006).
Tomy poetyckie Stanisława Gostkowskiego:
nie chowajcie mnie żyjącego, tom poezji, Gdańsk 1974;
wyłącznie twoja osobista sprawa, tom poezji, Gdańsk 1978;
Marsz gladiatorów, tom poezji, Gdańsk 1983
Śmierć ma słodki zapach, tom poezji, Warszawa 1989
Od Redakcji
To wielki zaszczyt i przyjemność (dzięki uprzejmości Michała Gostkowskiego, syna Stanisława) móc na łamach WOBEC publikować wiersze Stanisława Gostkowskiego, jednego z największych poetów drugiej połowy XX wieku. Właściwe powinienem pozostać tylko przy podziękowaniach, o wierszach wszak nie powinno się mówić, niemniej jednak uznałem za konieczne dodać tu kilka zdań. Nie wiem, czy to redaktor działu poezji Ludwik Filip Czech, który również znał Stanisława, czy też Michał dołączył do biogramu Stanisława Gostkowskiego informację jakoby jego poezja: nawiązuje do utworów nowofalowych oraz tzw. poezji lingwistycznej, może być obecnie uznawana za prekursorską dla tzw. nowej prywatności. Na szczęcie nie jest to prawda. Poezja Stanisława Gostkowskiego nie mieści się, ani nie nawiązuje do żadnego z tych nurtów. Jest inna, autentyczna, osobista, prawdziwa. Jeśli już to jej źródeł możemy szukać właśnie u Baudelare’a, choć odnosi się to tylko do swego rodzaju tragizmu, gdyż Stanisław zmagał się z innym światem wartości. Mam nadzieję, że nad twórczością Stanisława Gostkowskiego pochyli się jeszcze niejeden krytyk, że doczeka się ona jeszcze wielu wydań.
Piotr Kotlarz

